poniedziałek, sierpień 31, 2009

Zmiana adresu

.
Zapraszam:

http://theoros.wordpress.com


.

wtorek, czerwiec 30, 2009

Obwieszczenie

Drodzy i szanowni!

Jak mawiali starożytni Słowacy: shit happens. Z przykrością oznajmiam, że wyczekiwane przez Loyolnego „mnięso” e-diabli wzięli: plik z mozolnie skrobanymi tezami i słusznymi poglądami wcięło mi ostatecznie :-(

Nie będzie więc na razie „Notatnika synkretyka” ani innych wpisów, bo czasem nawet media elektroniczne dają nam sygnał, że trzeba zastopować.

Wszystkim a szczególnie grupie Jedenastu życzę udanych wakacji.


S.

poniedziałek, czerwiec 15, 2009

Luksemburski

.



W zamierzchłym 1992 roku trafiłem w charakterze młodego bankowca z dalekiego kraju postkomunistycznego na trzymiesięczny staż w oddziale Lloyds Bank w Luksemburgu. Był to mój pierwszy z prawdziwego zdarzenia (wcześniej były tylko krótkie wyjazdy) pobyt TAM i do tego pobyt całkiem przyjemny: miałem własne mieszkanko, całkiem przyzwoite stypendium w wysokości prawie 30 tys. franków belgijskich miesięcznie i możliwość zaznajomienia się z zupełnie egzotycznym wtedy dla mnie funkcjonowaniem zachodniego banku, zajmującego się na dodatek private banking oraz inwestycjami giełdowymi, czyli sprawami znajdującymi się wówczas w Polsce w zupełnych powijakach.

Ten maleńki kraj, w którym gazety ukazują się po niemiecku a ustawy pisane są po francusku, po dziś dzień wspominam z sympatią, szczególnie stolicę: nieduże, malowniczo położone na skraju Ardenów miasto, poprzecinane głębokimi wąwozami. Była tam nawet rosyjska cerkiew „zarubieżników”, w której odprawiano nabożeństwa raz w miesiącu.

Pierwszym zaskoczeniem była wielonarodowość luksemburskiej populacji. Ten przemyślny lud, zamiast sprowadzać sobie do pracy Turków wybrał Portugalczyków, którzy stanowią bodajże 30% luksemburskiej ludności. Podobnie wielonarodowo, choć bez Portugalczyków, było w banku. W dziale back-office – nie będę nudził, co to jest, bo nie ma to większego znaczenia - gdzie początkowo trafiłem, pracowali rodowici ponoć Luksemburczycy, tyle, że zwali się Yvan de Paoli, Colette Migliosi i Paola Buffadini. Z pobliskiej belgijskiej Bastonii dojeżdżał z kolei do roboty „rdzenny Belg” Salvatore Calvano. Szefem tego i kilku innych działów był już „Belg prawdziwie belgijski”, niejaki Marc de Leye. Kiedy zdziwiony zapytałem, czemu ów dyrektor codziennie przesiaduje w swojej kanciapie do godziny 21, wyjaśniono mi, że właśnie rozwodzi się z żoną. A całym bankiem zarządzał facet pochodzący ze starej szkockiej rodziny arystokratycznej zwący się – autentico - Manliffe Patrick Goodbody. Lubił żartować, że jest spokrewniony z rodziną Goodbodych, wzmiankowanych we „Władcy Pierścieni”. Człek był z niego zbrytfanniały do szpiku kości, choć mieszkał w Luksemburgu z żoną to swoją siedmioletnią córkę zostawił w Anglii w boarding school, z dala od niebezpieczeństw i dziwactw kontynentalnej edukacji. Takie to było towarzystwo.

Prawdziwi Luksemburczycy pracowali jeszcze w dealing roomie i nazywali się, zabawnie, Haas i Haartz – ten drugi, gładko ostrzyżony i o spiczastych uszach, mocno przypominający Mr Spocka, zapytał mnie od razu czy lubię Leszwaleza (z akcentem na ostatnie „a”). Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że pytał, co sądzę o Lechu Bolęsie.

Z wydarzeń ściśle zawodowych: byłem podczas tego stażu świadkiem pamiętnej Czarnej Środy, kiedy to fundusz George’a Sorosa zarobił na dewaluacji funta ponad miliard dolarów. Przywiązani do funta brytyjscy klienci banku dzwonili w ten i następne dni do dealerów posyłając im telefonicznie blady, damny i faki na przemian. Szczególnie celował w tym pewien emerytowany pułkownik armii brytyjskiej, który spędził prawie całe życie w Hong-Kongu i dużą część majątku ulokował w brytyjskich obligacjach, których ceny spadały wtedy w tempie zawrotnym.

W Luksemburgu (miejscowi, w zależności od tego czy pochodzili z południa czy z północy kraiku, wymawiali to Lücberś lub Lücebejesz) dowiedziałem się również, że istnieje coś takiego, jak język luksemburski. Ale to nieprawda, szepnął mi kiedyś przy piwie pewien Luksemburczyk, który, ożeniony z Austriaczką, od lat mieszkał w Wiedniu i tylko czasami wpadał, żeby odwiedzić krewnych. W zachodnim Tyrolu górale mówią tak samo, powiedział, po prostu nam udało się nasz dialekt przelobbować w instytucjach europejskich. Co nie dziwi, kiedy sporą ich cześć ma się na swoim terytorium.

Instytucje europejskie to kolejny element krajobrazu Luksemburga, który zapadł mi w pamięć. Kirchberg, dzielnica mieszcząca biura eurokratów, oddzielona od miasta imponującym mostem, sprawiała ponure wrażenie. Bylejakie oszklone bryły, porozrzucane na ogromnej trawiastej równinie, po latach kojarzą mi się ze sterylnymi futurystycznymi krajobrazami z „Gattaki” Andrew Niccola.

Ale prawdziwy krok naprzód zrobiłem w Luksemburgu w dziedzinie picia. Knajp było bowiem w tym Mieście Stu Pięćdziesięciu Banków od trąby. A że mieszkało tam wtedy ponad pięć tysięcy Brytyjczyków, to znaczące miejsce na knajpianej mapie miasta zajmowały różnorakie puby, najlepsze ulokowane były w położonej w wąwozie, którym płynęła rzeczka Alzette, dzielnicy Grund.





Nie ma co kryć, wcześniej znałem tylko upiorne studenckie balangi wódczane do samego rana, albo – też do rana – nocne Polaków rozmowy o poezji przy słodkim, wzmacnianym winie-czaszkotrzepie. W Luksemburgu zetknąłem się po raz pierwszy z wielką paletą zachowań trunkowych: piątkowe angielskie binge drinking, kufelek ciemnego bittera do obiadu, pierwsze w życiu Beaujolais Nouveau (w przeciwieństwie do wielu pseudokoneserów lubię to wino), pogodne luksemburskie święta wina w miasteczkach położonych nad Mozelą i, last but not least, pierwszy poważny kontakt z tradycyjnymi belgijskimi piwami górnej fermentacji, w tym z piwem warzonym w położonym nieopodal Luksemburga opactwie trapistów w Orval . A gdzie alkohol tam i tytoń, nierozłączni przyjaciele od kilku wieków towarzyszący biesiadującym ludziom :-)

Dlatego tak bardzo wkurzają mnie, choć palacz ze mnie żaden, nakładane od kilku lat restrykcje na palenie w knajpach. Obawiam się, że to dopiero przygrywka i w przewidywalnej przyszłości czekają nas także ograniczenia w dostępie do alkoholu. Troska naszych władców ma ściśle utylitarny charakter: stawiają na zdrowie swojej trzody. Przedkładając to, co mamy wspólne ze zwierzętami (zdrowie fizyczne) nad to, co wyłącznie ludzkie (biesiada jako jedna z najlepszych form międzyludzkiej komunikacji) stawiamy kolejny krok ku zezwierzęceniu. „Tylko niewielu nie da się w końcu zaprowadzić za uzdę do stajni”, powiada Samotnik z Bogoty, ale to już zupełnie inna, nie-luksemburska historia.


.

niedziela, czerwiec 07, 2009

Popołudnie z wampirem

.





Wczoraj, w przerwie między porannym profanum (odwiezienie dzieci na urodziny koleżanki, poremontowe zakupy oświetlenia) i wieczornym sacrum (nabożeństwo wigilii Zesłania Ducha Świętego) udało mi się wygospodarować okno czasowe i odwiedzić Etnomuzeum, gdzie w ramach trzymiesięcznego cyklu wystaw i imprez poświęconych demonologii ludowej odbywały się prelekcje pisarzy-fantastów, poświęcone rasie krwiopijców i ich miejscu w literaturze.

Z grona prelegentów zdecydowałem się na Łukasza Orbitowskiego, gdyż pisarstwo Witolda Jabłońskiego zupełnie mi nie leży, Forysia i Bochińskiego nie czytałem, zaś prozę autora „Tracę ciepło” śledzę od dłuższego czasu z dużą sympatią i podniesionymi kciukami. Ale był też inny, pewnie ważniejszy od moich literackich preferencji, powód, mianowicie temat prelekcji: „Nowe wątki wampiryczne. Od Anny Rice do Stephanie Meyer”. Zastanawiałem się bowiem od dawna co sprawiło, że w popkulturowej wyobraźni wampir utracił status demona-potwora-wyrzutka (nieraz, przyznajmy to, fascynującego i intrygującego swoją odmiennością) stając się po prostu przedstawicielem jednego z obcych gatunków o odmiennej fizjologii, jakich pełno w Gwiezdnych Wojnach” czy „Star Treku”.

W prelekcji Orbitowskiego nie znalazłem może odpowiedzi jak doszło do tej redukcji, ale jego występ był na tyle interesujący, że warto streścić kilka jego wątków na blogu:

1/ Orbitowski przedstawił ewolucję wampirycznego bohatera od posępnego siedmiogrodzkiego potwora z powieści Stokera do jego podrasowanej w latach siedemdziesiątych, amerykańskiej wersji z powieści „Miasteczko Salem” Stephena Kinga. O ile Drakula Stokera mógł żyć w Londynie wraz ze swoimi strzygami niezauważony a jego działalność, ograniczona do wąskiego kręgu osób, nie wpływała właściwie na życie miasta, o tyle pan Barlow z książki Kinga to prawdziwy amerykański rzeźnik, działający na masową skalę i niszczący w krótkim czasie spokojne życie miasta Salem. Jako że u Kinga każdy ukąszony skazany jest na zostanie wampirem, tworzy on podwaliny pod późniejsza innowację, jaką jest wampirza społeczność. W „Miasteczku Salem” jednak jeszcze jej nie ma – ofiary Barlowa są bowiem ściśle od niego zależne, to wampiry drugiej kategorii, służące swemu panu.

2/ Drugiego i większego przełomu dokonuje Anne Rice swoim klasycznym już dziś (w pewnych kręgach) cyklem „Kroniki wampirów”. Rice jako pierwsza zerwała ze schematem przedstawiania wampira z perspektywy zewnętrznego obserwatora. Nie tylko zadała sobie pytanie, co wampir porabia w wolnych od konsumpcji krwi chwilach, ale też odpowiedziała na nie, przedstawiając po raz pierwszy życie wampirów jako starożytnej, zakonspirowanej przed światem ludzi społeczności powiązanej skomplikowanym splotem zależności i układów.

Rice, zdaniem Orbitowskiego, zdejmuje klątwę ciążącą nad postacią wampira w literaturze. To już nie potwór-samotnik, ale żyjąca na swój sposób społecznie istota, cywilizowana i wyrafinowana, choć nieskończenie groźna i obca. Wszystkie filmy o wampirach typu Blade, Buffy czy Underworld opierają się na tej redefinicji wampira dokonanej przez pisarkę z Nowego Orleanu. Ale ta redefinicja, udana w przypadku Rice, dysponującej nietuzinkową wyobraźnią i dobrym zapleczem literackim, otworzyła drogę do stopniowej degradacji demonicznego wizerunku krwiopijcy, kiedy trafił on na warsztat wyrobników znacznie słabszych literacko od amerykańskiej autorki.

3/ Ukoronowaniem tego prądu jest megapopularny na świecie cykl Stephenie Meyer „Zmierzch”, rzecz podobno wyjątkowo fatalna literacko. Wampiry, które spotyka tam bohaterka, są świętsze od jezuitów, zajęte głównie ochroną rasy ludzkiej, cudownych zdolności mają znacznie więcej niż wampiry „tradycyjne” a ciężar i niedogodność ich egzystencji są tak znikome, że właściwie nieobecne. To po prostu nowa postać superbohaterów z komiksów lat trzydziestych, skrajnie odległa od wampirów klasycznych i właściwie tylko z nazwy wampirami będąca. Meyer dokonuje też kolejnej, zbrodniczej zdaniem Orbitowskiego, operacji na literackim wizerunku wampira, dokonując jego deseksualizacji – w jego opinii wiązane jest to z faktem, że Meyer jest mormonką, ale przecież mormonem jest również znakomity Orson Scott Card, w którego prozie jakoś brak takich zabiegów. Istotnie postać wampira i szczególnie jego ukąszenie od zawsze niosły w sobie ogromny podtekst seksualny, którego ze świecą szukać w produktach pani Meyer.

Orbitowski tawia tezę – ryzykowną, ale fajną – że wampir w literaturze bywa rewersem panującej w danej epoce oficjalnej moralności. W zewnętrznie purytańskich czasach wiktoriańskich wampir był nosicielem seksualnej swobody, wręcz anarchii; dziś – w czasach postrewolucyjnych (mówimy oczywiście o rewolucji seksualnej), kiedy współżycie nastolatków staje się, czy nam się to podoba czy nie, w coraz większym stopniu normą, czysty, wręcz niechętny wobec zbliżeń płciowych wampirzy bohater „Zmierzchu” staje na biegunie przeciwnym nowej seksualnej ortodoksji a jego dzieje sprzedają się w milionach egzemplarzy od San Francisco po Władywostok.

Co będzie dalej z wampirami? Czy możliwe jest jeszcze w literaturze twórcze nawiązanie do wampira klasycznego? Może szkic takiego dzieła leży gdzieś w szufladzie Łukasza Orbitowskiego? Co sądzi o tym Jedenaścioro Czytelników?


Zabrakło mi w prelekcji krakowskiego pisarza nawiązania do wampirycznych wątków w innych mediach, szczególnie w filmie („Zagadka nieśmiertelności” i „Nosferatu wampir”!). Nie znalazłem w niej wyczerpującej odpowiedzi na pytanie o przyczyny wampirzej metamorfozy, ale zaproponowana przez niego chronologia tej przemiany dużo mi wyjaśniła. Kilkadziesiąt minut spędzonych w Muzeum Etnograficznym nie minęło na próżno.


.

czwartek, czerwiec 04, 2009

Seks, mass media, życie typu instant – czyli zwykłe studyckie tematy

.

Wiele atramentu wylano na temat upadku życia seksualnego w naszym współczesnym pop-świecie. Swoją małą cegiełkę dorzucił i autor tego wpisu w jednym z ostatnich numerów „Arcanów”. W skrócie: w dobie panseksualizmu akt seksualny i kobiety zostały uprzedmiotowione, zamiast spotkania kochających się osób mamy użycie innej osoby dla własnej przyjemności. To nie jest oczywiście żadne novum, prostytucja i zapotrzebowanie na nią istniały zawsze, chodzi raczej o rozpowszechnienie takiego „etosu” na coraz szersze kręgi społeczeństwa.

Z pewnością powyższy opis zawiera w sobie wiele prawdy. A raczej zawierał.

Dziś skłonny jestem uznać, że pojęcia takie jak „uprzedmiotowienie” stały się rodzajem chrześcijańskiego newspaeaku, który niewiele wyjaśnia, ale pozwala sformułować zgrabną wypowiedź, która będzie „po linii i na bazie”. Tymczasem sytuacja jest znacznie gorsza. Obawiam się, że wielu ludzi nie jest już w stanie nikogo „uprzedmiotowić”, gdyż choroba depersonalizacji dotknęła nie tylko stosunków międzyludzkich, ale także relacji człowieka z otaczającymi go przedmiotami.

W świecie-strumieniu, który jest ciągiem szybko zmieniających się obrazów, dźwięków, pustej „informacji” i jednorazowych opakowań, w szybkim tempie oduczamy się podstawowych czynności, które konstytuują nasze człowieczeństwo: jedzenia, picia, mowy i rozmowy, dotyku, słuchania jak człowiek. Życie jako projekcja obrazu „siebie-jakim-chciałbym-być” nie pozostawia czasu na zwyczajne, prawdziwe życie. Nie ma czasu, żeby cos poznać, na coś czekać, nad czymś głębiej się zastanowić, docenić to, co dobre i znaleźć jasną stronę w tym, co niedoskonałe.

Ludzie, którzy wyrośli w takim świecie, nie znają świata a więc trudno im naprawdę poznać innego człowieka.

Instant, instant, instant… Trudno mówić o erotyzacji czy nadmiernej zmysłowości, tak było w epoce baroku i później, w czasach, kiedy kobiety wciąż nosiły długie kiecki a język posiadał słownictwo zdolne wyrazić całą paletę ludzkiej zmysłowości. Dziś mamy redukcję erotyki do poziomu reakcji chemicznych stymulujących szybkie zaspokojenie, które opisywane jest językiem o mechanistycznej leksyce, właściwie pozbawionej odniesienia do sfery zmysłów, czyli posterotykę.

I jak zwykle kobiety tracą więcej. Trudno znaleźć faceta gotowego poślubić kobietę, która „z niejednego pieca chleb jadła”, miała kilkunastu partnerów, z kilkoma mieszkała przez dłuższy czas itd. Jest to zapewne atawistyczna asymetria, ale nie sposób wykorzenić jej z ludzkiej natury.

A kiedy przeminą najlepsze lata, wtedy, jak mawia los, nawet buty od Manolo Blahnika nie pomogą.


.

środa, czerwiec 03, 2009

Deep South

.

Sporo moich znajomych, zwykle zaliczających siebie do „prawicowców” - choć nie wiem, co to właściwie oznacza i czasem zastanawiam się, czy oni to wiedzą - darzy ogromnym sentymentem amerykańskie Południe oraz Konfederację. Wielu z nich opowiada się zarazem za opcją atlantycką, a więc jankeską, w polskiej polityce. Taki rozziew między wymogami Realpolitik a odruchem serca nie jest oczywiście niczym zaskakującym, a jednak umiłowanie tego, co przeminęło z wiatrem, pozostaje dla mnie zagadką. Być może bierze się ono z typowego dla Polaków, utrwalonego w historii nawyku utożsamiania się ze słabszym?

Skłamałbym mówiąc, że amerykańskiego Południa całkiem nie lubię. Bliska jest mi literatura południowców, szczególnie wspaniałe opowiadania Flannery O’Connor, która nazwała ten rejon Stanów „Południem znękanym przez Chrystusa”. Lubię tamtejszą kuchnię, najbardziej nowoorleańskie cudeńka z owoców morza i kurczaka „southern fried”, którego przed smażeniem należy długo marynować w ziołach i maślance. Ale nie potrafię wykrzesać w sobie miłości do mitycznego „etosu Południa” i jego „wartości”.

Fundamentalną słabością Południa (wyłączam z niego Teksas, bo to państwo w państwie) była niezdolność do organizacji, w tym także organizacji politycznej. Wiedzieli chyba o tym sami południowcy a na pewno wiedział generał Robert E. Lee, wykrzykując po którejś z rzędu wpadce logistycznej wojsk Konfederacji: nasi ludzie nie są zdolni do wykonywania jakiejkolwiek pracy! W odróżnieniu od stanów północnych, brak było na Południu potencjału zdolnego nadać formę państwową luźnej konfederacji stanów. Południe było po prostu zbiorem kolonii dla niepoznaki noszących nazwę „stanów” Luizjana, Alabama, Wirginia itd. Ale były to kolonie bez metropolii, bo więź z Wielką Brytanią został zerwana dawno temu. Z czasem rolę metropolii postanowiła zająć Północ, której przestały się podobać cła zaporowe na bawełnę a stąd do wojny tylko krok...

Jak wszystkie inne kolonie, Południe nie było nosicielem żadnego etosu prócz etosu życia kolonialnego: niespiesznego, opartego na kastowym ustroju społecznym (niewolnictwie) i rolnictwie sprowadzonym do kilku monokultur. Życie południowców było podobne do życia w innych koloniach: sztywne podziały społeczne, paternalizm, nienaganne maniery wynikające z dbałości o własne życie (znudzeni leniwym życiem plantatora mężczyźni chętnie sięgali po broń, warto więc było nie dawać im pretekstu). Istniała tam także, spotykana w koloniach francuskich i hiszpańskich, tradycja międzyrasowego konkubinatu. Młody, wchodzący w dorosłość dżentelmen brał sobie kreolską kochankę, z którą płodził gromadkę dzieci. Kiedy nadchodził czas ożenku konkubinat rozwiązywano zaopatrując eks-konkubinę w odpowiednią kwotę pieniędzy. Córki z takich związków kontynuowały karierę matek, bo też i nie przewidywano dla nich innej drogi. Bracia – ci mieli nieco lepiej, gdyż jako bękarci o podwyższonym statusie wiedli prym w kreolskiej społeczności. Tak to była południowa dolce vita sprzed Wojny Secesyjnej.

Dziedzictwo kolonialnego stylu życia widoczne jest po dziś dzień w uprzejmej mowie południowców, którzy zawsze mówią ci to, co chciałbyś usłyszeć, co powoduje nieraz komiczne nieporozumienia w kontaktach z prostodusznymi, pozbawionym poczucia humoru mid-westernerami. Widać je również w fakcie istnienia ogromnej podklasy dziedzicznie nisko opłacanych i niewykształconych pracowników, czarnoskórych i white-thrashów. W odróżnieniu od Środkowego Zachodu, gdzie oczekuje się solidnego wykonania każdej pracy, od pracowników tej podklasy nikt nie wymaga ani solidności ani umiejętności. Oni mają tacy być. Zupełnie jak kiedyś niewolnicy. Śnijmy więc dalej słodki sen o Południu, pamiętając, że usługę, wykonaną z opóźnieniem i niechlujnie Hamerykany określają mianem done Memphis- style.



.

piątek, maj 22, 2009

Pan Studyta zaprasza do Klubu N44

.

Od kilku lat ludzie zawodowo związani z Internetem lub po prostu aktywnie korzystający z niego w pracy zaczęli skarżyć się na trudności z koncentracją i skupieniem, a w szczególności na trudności z uważnym czytaniem. Jest to zjawisko nowe i słabo zbadane; jak dotąd nie istnieją żadne badania rzucające w sposób definitywny światło na zależność między aktywnością w Sieci a osłabieniem koncentracji. A jednak te alarmistyczne głosy nie biorą się znikąd. Kilka lat temu zbyłbym może takie doniesienia wzruszeniem ramion, ale od pewnego czasu, od roku, może od dwóch - a był to okres mojej największej aktywności internetowej - sam zauważam u siebie podobne objawy. Po kilku latach aktywnej pracy w Internecie i z Internetem z większym niż kiedyś trudem przychodzi mi skupienie się nad interesującą monografią, esejem a nawet dobrą powieścią. Po trzydziestu, czterdziestu minutach umysł traci koncentrację i zaczyna podsuwać obrazy nowych zajęć (może czas sprawdzić pocztę elektroniczną, sięgnąć po inny tekst, odwiedzić forum dyskusyjne lub jakiś internetowy portal?). Umiejętności tak naturalne, że kiedyś nawet za umiejętności nie uważane: skupiona lektura, dociekanie autorskich inspiracji i intencji, aktywny dialog z jego myślą, dziś wymagają ode mnie zwiększonego wysiłku. I choć wiem, że ta przypadłość nie dotyczy w równym stopniu wszystkich użytkowników Internetu, jestem zdania, że warto już dziś zastanowić się, dlaczego tak się dzieje z coraz większą ilością osób?
.
O tym i nie tylko o tym powiem kilka słów w najbliższy wtorek 26 maja w czasie kolejnego spotkania "dusznego cyklu 44" w Klubie N44. Tutaj zajawka prelekcji.
.
Wszystkich chętnych zapraszam na spotkanie i spotkanie po spotkaniu.
.

środa, maj 13, 2009

Ja tu jeszcze wrócę!

.

Dostaję ostatnio sporo sygnałów od moich Jedenastu Czytelników zaniepokojonych brakiem wpisów na blogu. Dlatego informuję, że Studion nie został porzucony a brak wpisów jest skutkiem zaangażowania w inne, nieco ważniejsze w tej chwili dla mnie projekty. Postaram się jednak do końca maja coś tu zamieścić, na warsztacie mam cykl wpisów poświęconych wielowiekowej i nie zawsze pokojowej koegzystencji chrześcijaństwa i pogaństwa. Tak więc, miłośnicy i wrogowie szeptuch, curanderos, benandantich i tauromachów, czekajcie cierpliwie na zapiski pochodzące „Z notatnika synkretyka”.



.

sobota, kwiecień 18, 2009

Pascha 2009

.

ΧΡΙΣΤΟΣ ΑΝΕΣΤΗ!

ΧРІСТОС ВОСКРЕСЕ!

CHRISTUS RESURREXIT!

CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ!







Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem. Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. [Mt 28,1-8]







Zmartwychwstał Chrystus — i upadły demony.
Zmartwychwstał Chrystus — i weselą się aniołowie.
Zmartwychwstał Chrystus — i życie świeci swą pełnią.
Zmartwychwstał Chrystus — i nikt martwy nie pozostał w grobie.
Chrystus bowiem powstawszy z martwych
Stał się pierworodnym pośród umarłych.
Jemu chwała i królestwo na wieki wieków. Amen.

.


Święta i Wielka Sobota

.






O jakże wielka to radość,
jakże obfita słodycz,
którą przyniosłeś będącym w otchłani,
jak światłość jaśniejącą w jej mrocznych głębinach.
Chcąc zbawić Adama,
zstąpiłeś na ziemię, o Panie.
A nie znalazłszy go na ziemi,
szukając go zstąpiłeś aż do otchłani.


(z „pieśni pochwalnych” jutrzni Wielkiej Soboty)


.