
Zaprzyjaźniony
blog Loyolnego Papisty roziskrzył się ostatnio ciekawymi wpisami. Po intrygującej
"Mszy bez konsekracji" pojawiła się
notka poświęcona dziejom uniatyzmu i współczesnym relacjom katolicyzmu i prawosławia. Refleksje, do których zainspirował mnie wpis Loyolnego, podzieliłem na dwie części. Zacznę od „ludzi pogranicza” czyli unitów.
1.W sierpniu 1996 roku synod będącego w unii z Rzymem melchickiego Kościoła greckokatolickiego opublikował dokument zatytułowany „Zjednoczenie Patriarchatu Antiocheńskiego”. Biskupi melchiccy uznali, że nastał czas zabliźnienia schizmy, jaka istnieje od 1724 roku wśród arabskich prawosławnych historycznie związanych z katedrą antiocheńską i przypomnieli Deklarację Wiary, sformułowaną na identycznym synodzie rok wcześniej przez libańskiego arcybiskupa melchickiego Eliasa Zoghby i podpisaną przez 24 z 26 uczestniczących w obradach biskupów:
1/ Wierzę we wszystko, czego naucza wschodni Kościół prawosławny.
2/ Pozostaję w jedności z biskupem Rzymu jako pierwszym wśród biskupów, zgodnie z granicami uznawanymi przez Świętych Ojców wschodnich w pierwszym tysiącleciu, przed podziałem.
Więcej o samej deklaracji oraz reakcjach Kongregacji Doktryny Wiary i prawosławnego Patriarchatu Antiocheńskiego można przeczytać
w tym miejscu.
Niezależnie od indywidualnych opinii na temat tej deklaracji, jest ona bardzo symptomatyczna dla współczesnej sytuacji wszystkich grekokatolików. Poziom latynizacji teologicznej i liturgicznej jest różny w poszczególnych Kościołach unickich, jednak, na co wskazał Loyolny, wszyscy pragną większej autonomii i uznają się za chrześcijan prawosławnych, chcąc zarazem trwać w łączności z Rzymem. Deklarację biskupa Zogby’ego przywołałem nieprzypadkowo. Jeszcze sto lat temu za tego typu wyznanie biskup zostałby zapewne ekskomunikowany albo przynajmniej zesłany do jakiegoś odległego klasztoru kamedułów, tymczasem kard. Ratzinger potraktował melchitów dość łagodnie. O żadnych karach kanonicznych nie było mowy. Czy był to sygnał z Watykanu, że można jakoś umościć sobie stanowisko pośrednie między upragnioną unią z prawosławiem a subordynacją wobec Rzymu? Zapewne nie, jednak praktyka melchicka pokazuje, że Kościół ten znajduje się w swoistym teologiczno-jurysdykcyjnym zawieszeniu. Dotyczy to, w mniejszym wprawdzie stopniu, właściwie wszystkich Kościołów unickich. Istnieje wprawdzie Kodeks Kanonów Kościołów Wschodnich (złośliwi twierdzą, że pisano go metodą
cut and paste z Kodeksu Prawa Kanonicznego), jednak w praktyce nie jest aplikowany przez unickie synody. Często ignoruje się tekst przysięgi małżeńskiej w sposób sztuczny dodany do bizantyjskiej liturgii ślubnej. Wielu greckokatolickich biskupów otwarcie twierdzi, że ich Kościoły nie są związane definicjami dogmatycznymi soboru Trydenckiego i Vaticanum I. Podobne przykłady można by mnożyć. Z drugiej stronie w łonie unitów istnieją też prądy modernizacyjne, opowiadające się za latynizacją rytów liturgicznych i generalnym przewietrzeniem uniatyzmu podmuchem „posoborowej wiosny Kościoła”. Na dużych greckokatolickich forach takich jak amerykańskie
The Byzantine Forum można bez większego problemu natrafić na gorące dyskusje w tym temacie.
Podsumowując: istnieje bardzo wielu grekokatolików, którzy w praktyce realizują Deklarację Zoghby’ego zaś całkowite niemal milczenie „centrali” utwierdza ich w przekonaniu, że jest to stan akceptowany przez Watykan. Przypuszczam jednak, że taki stan nie będzie trwać wiecznie. Ciche wrzenie w łonie Kościołów wschodnich w jedności z Rzymem nie jest zjawiskiem, które umrze sobie naturalną śmiercią. Prędzej czy później problem teologicznej i jurysdykcyjnej sytuacji Kościołów unickich przybierze takie rozmiary, że Rzym będzie musiał zadziałać surowiej, w sposób zdecydowany. Nie wykluczam więc, że w dłuższej perspektywie wielu świadomych grekokatolików będzie musiało wybrać między powrotem do prawosławia a akceptacją zlatynizowanego i ściślej podporządkowanego Watykanowi uniatyzmu.
2.Drugą cześć zacznę od korekty stwierdzenia o. Tafta, cytowanego na blogu Loyolnego Papisty:
To właśnie we Florencji łaciński Zachód i bizantyjski Wschód próbowały zmierzyć się twarzą w twarz, jak równy z równym. W odróżnieniu od reszty artykułu, to zdanie trudno uznać za prawdziwe. Delegacja grecka w Ferrarze i Florencji była mała, skłócona i słabsza pod względem teologicznym od łacinników. Wszyscy jechali do Włoch z niechęcią, nakłonieni przez cesarza. Wiadomo, że w zamian za unię Zachód miał udzielić wsparcia militarnego beznadziejnie osłabionemu Cesarstwu Wschodniemu. Część z Greków (np. Bessarion) szczerze dała się przekonać łacińskiej argumentacji, ale już wielki filozof
Gemisthos Plethon miał obrady w „dużym poważaniu” i wolał wykładać w pobliskiej akademii, biskup gruziński po wygłoszeniu filipiki przeciwko tym, którzy wyżej od Piotra, Pawła i Bazylego stawiają Arystotelesa spakował się i wyjechał, zaś biskup Efezu Marek Eugenikos czyli
św. Marek z Efezu po długich debatach z teologami strony przeciwnej utwierdził się w przekonaniu, że Kościół łaciński wyznaje szereg poglądów niekatolickich i odmówił podpisania postanowień synodu. Św. Marek nie był jakimś outsiderem z prowincjonalnej katedry znajdującej się na ziemiach tureckich, lecz pełnomocnikiem patriarchatów Antiochii i Jerozolimy, więc brak jego podpisu, który mocno rozgniewał papieża, oznaczał de facto odrzucenie unii przez Kościół wschodni, mimo nacisków bazyleusa i formalnej zgody pozostałych greckich delegatów. Zatem synodu Florenckiego nie można stawiać ani za wzór udanego soboru zjednoczeniowego ani za przykład debaty teologicznej o wyrównanych siłach. Kiedy Florencja okazała się fiaskiem, Rzym zdecydował się na nową strategię i jak pisze o. Taft:
zaczął podpisywać osobne ugody z poszczególnymi grupami Prawosławia, skubiąc rubieże Ortodoksji na terenach podległych władcom katolickim. Dalsze dzieje znamy: unia brzeska, użhorodzka, mukaczewska, marmaroska, siedmiogrodzka, antiocheńska i jeszcze sporo innych, mniejszych. W łonie Kościoła rzymskiego znalazło się w ten sposób kilkadziesiąt chrześcijańskich wspólnot wschodnich. Co ciekawe, w wielu przypadkach stało się tak bez wiedzy prostego ludu. Zdarzało się, że słowaccy Rusini dowiadywali się, że nie są prawosławnymi lecz katolikami dopiero na emigracji w USA, ich przodkowie przez kilkanaście pokoleń nie mieli o tym fakcie bladego pojęcia :)
Teraz przejdę do meritum części drugiej, do analizy stosunków prawosławno-katolickich pod kątem ewentualnego pojednania.
Pisałem już kiedyś na Studionie o
propozycji Ratzingera :
To, co było możliwe w Kościele przez tysiąc lat, nie może być niemożliwe dzisiaj. Innymi słowy, Rzym nie może wymagać od Wschodu jeszcze większego uznania doktryny prymatu niż ta, uznawana i praktykowana w pierwszym milenium.
W jakiś sposób współgra ona z Deklaracją Zoghby’ego jednak nie jest to oficjalne nauczanie o stosunku Kościoła rzymskokatolickiego do Kościoła prawosławnego. Prawdziwa, ściśle zdefiniowana doktryna znajduje się w
deklaracji Dominus Iesus:
Kościoły, które nie będąc w pełnej wspólnocie z Kościołem katolickim, pozostają jednak z nim zjednoczone bardzo ścisłymi więzami, jak sukcesja apostolska i ważna Eucharystia, są prawdziwymi Kościołami partykularnymi.So far so good, póki nie przekonamy się, że według teologii katolickiej
kościół partykularny to po prostu diecezja. Potwierdza to następne zdanie dokumentu:
Dlatego także w tych Kościołach jest obecny i działa Kościół Chrystusowy, chociaż brak im pełnej komunii z Kościołem katolickim, jako że nie uznają katolickiej nauki o prymacie, który Biskup Rzymu posiada obiektywnie z ustanowienia Bożego i sprawuje nad całym Kościołem.Zatem wedle dogmatyki katolickiej Kościół prawosławny stanowi zbiór schizmatyckich diecezji kierowanych przez biskupów z autentyczna sukcesją apostolską i sprawujących ważne sakramenty.
A jak wygląda Kościół rzymskokatolicki z prawosławnej perspektywy? Prawosławie, w odróżnieniu od katolicyzmu, jest w znacznej mierze wolne od tendencji formalistycznych i nie definiuje w sposób ścisły sytuacji eklezjologicznej chrześcijan heterodoksyjnych. Dlatego poszczególne opinie mogą się różnić co do stopnia „ukościelnienia” katolicyzmu. Jednak, za wyjątkiem garstki dziarskich i niedouczonych zelotów z Atosu i pewnych równie niedouczonych archimandrytów z Rosji, prawosławie nie zaprzecza ważności sakramentów w Kościele łacińskim ani ważności jego sukcesji. Z trzech istniejących od starożytności i zatwierdzonych ostatecznie kanonami VI Soboru Powszechnego sposobów przyjmowania heterodoksów do Kościoła: 1) przez chrzest 2) bierzmowanie lub 3) wyznanie wiary i Eucharystię, do katolików stosuje się zwykle sposób trzeci, rzadziej drugi.
Co wynika z powyższego? Widzę kilka istotnych punktów:
Po pierwsze,
symetria. Zjednoczenie Kościołów może mieć sens tylko wtedy, jeżeli jeden z nich przyzna, że brakuje mu czegoś, co stanowi o byciu prawdziwym Kościołem Chrystusa. Zarówno katolicyzm jak prawosławie uważają się za „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Jeżeli prawda leży po stronie katolicyzmu, wtedy prawosławie, nawet jako wspólnota „prawdziwych Kościołów partykularnych” nie jest w pełni Kościołem. W przypadku, jeżeli racja jest po stronie prawosławia, to Kościół rzymski, nawet jeżeli jest „prawdziwie partykularny” i ma ważne sakramenty, również nie może być nazwany Kościołem w takim sensie, w jakim określa siebie Kościół prawosławny. Tertium, jak na razie, non datur.
Po drugie,
asymetria. Wydaje mi się, że z punktu widzenia katolicyzmu, Kościół prawosławny jednocząc się z Kościołem katolickim nie będzie musiał porzucić niczego ze swojego nauczania dogmatycznego. Będzie natomiast musiał porzucić przekonanie, że jego nauczanie dogmatycznie jest całkowicie „niekompatybilne” z pewnymi elementami dogmatyki łacińskiej, zdefiniowanymi w II tysiącleciu. W takim kierunku zdaje się podążać myśl obecnego papieża. Z kolei prawosławni twierdzą, że pewne części dziedzictwa dogmatycznego Wschodu i Zachodu rzeczywiście są „niekompatybilne”. Jeżeli zapytamy dwóch prawosławnych hierarchów, „gołębia” nastawionego przychylnie do ekumenizmu i „jastrzębia” podkreślającego dystans wobec heterodoksji, czego oczekiwaliby od Kościoła łacińskiego w przypadku zjednoczenia, to odpowiedzi jakie uzyskamy będą niemal identyczne. Patrząc z tej perspektywy prawosławie patrzy na sprawę w sposób bardziej rygorystyczny.
Po trzecie,
problem autorytetu doktrynalnego. Katolicy, jak sądzę, uważają, że jedynym ostatecznym sposobem weryfikacji prawdziwości dogmatycznego nauczania Kościoła prawosławnego jest autorytet urzędu papieskiego. Zatem, jeżeli dowiadujemy się, że dla przywrócenia jedności z Rzymem prawosławie nie musi porzucić niczego ze swojego nauczania dogmatycznego i praktyk liturgicznych, to dzieje się tak dlatego, że najwyższy w Kościele katolickim punkt odniesienia określa prawosławne wyznanie wiary jako niesprzeczne z katolicyzmem. Jeżeli Rzym uzna, że źródło jakiejś różnicy dogmatycznej leży w sferze retoryki i terminologii (tak jak nieraz dzieje się z problemem
Filioque), to tak właśnie ma być a obiekcje prawosławnych zyskują w najlepszym razie status prywatnej opinii teologicznej. Jeżeli opinia Kościoła prawosławnego w jakimś temacie jest zbieżna z rzymską, to ten fakt również nie ma większego znaczenia, gdyż potwierdza jedynie zgodność „braci odłączonych” z najwyższym autorytetem doktrynalnym Kościoła powszechnego.
Kościół prawosławny inaczej zapatruje się na ten problem. Nie posiada on (świadomie) epistemologii pozwalającej na „poznanie” prawdy i racjonalnych mechanizmów służących do nieomylnego określania przez Kościół, co jest prawdą a co nią nie jest. Czasem niektórzy przypisują taką rolę Soborom Powszechnym ale są w błędzie. Sobory są manifestacją nieomylności Kościoła a nie narzędziem, pozwalającym ją ściśle definiować. Gdyby było inaczej to zamiast dogmatu o nieomylności jednego biskupa mielibyśmy dogmat o nieomylności wielu biskupów zgromadzonych w jednym miejscu i czasie. Dodatkowo, prawdziwe sobory powszechne stają się takimi w świadomości Kościoła nieraz kilkaset lat po ich zakończeniu, ich recepcja w nauczaniu i liturgii trwa bardzo długo. Zarówno „nieomylność papieska” i katolickie ściśle sformalizowane Magisterium jak i protestanckie
sola Scriptura są w perspektywie prawosławnej przejawem tego samego poszukiwania epistemologicznie pewnej metody poznania prawdy, która obca jest Kościołowi wschodniemu. Poznanie prawdy i nieomylność Kościoła prawosławnego, jego świadomość dogmatyczna, jest ufundowana na egzystencjalnym doświadczeniu świętych wyrażonym w liturgii i zasadach ascezy a nie na sformalizowanych definicjach. Jak pisze jeden z greckich teologów istnieje wielka różnica między chrześcijańską
episteme określaną przez zewnętrzny autorytet a chrześcijańską
gnosis, którą osiąga się jedynie przez ascezę życia w Chrystusie.
Nie oznacza to, że innym wyznaniom chrześcijańskim takie podejście jest zupełnie obce. Twierdzę jednak, że ta właśnie patrystyczna epistemologia, przez wiele wieków wspólna dla Wschodu i Zachodu, zachowała się w najpełniejszej formie w Kościele prawosławnym. Dlatego, mimo braku najwyższego widzialnego źródła autorytetu, Kościół prawosławny zachowuje po dziś dzień większą spójność doktrynalną i liturgiczną niż chrześcijaństwo zachodnie. Dlatego też tak niełatwy jest dialog chrześcijaństwa zachodniego z prawosławiem.