wtorek, styczeń 30, 2007

Turecki holocaust

Miasto Igdir, położone na północnym wschodzie Turcji tuż przy granicy z Armenią słynie ze znakomitych moreli osiągających rozmiary brzoskwini i z muzeum tureckiego holocaustu. Tak, tak, tureckiego właśnie, gdyż zdaniem Turków:

1/ ludobójstwo Ormian w latach 1915-18 to tylko propagandowy chwyt „wrogów Turcji”,

2/ przyjęta liczba ofiar jest znacznie zawyżona,

3/ w wyniku konfliktu zginęło co najmniej tylu Turków z rak Ormian co Ormian z rąk tureckich.

Przypuszczam, że teza 2 może być prawdziwa. Liczba Ormian zabitych w tych latach przez Turków albo po prostu zmarłych z głodu, chorób i wyczerpania zapewne jest zawyżona, choć nie wiem, czy znacznie. Jednak w XX wieku zawyżanie takich liczb stało się regułą i nie widzę powodu, aby nie miało to dotyczyć także ludobójstwa dokonanego na Ormianach. Ale nie znajduję przekonujących materiałów historycznych, aby wierzyć w tezy 1 i 3, szczególnie w kontraście z podkreślanym przez samych Turków faktem, że Ormianom działo się za sułtana dobrze. A skoro działo im się „dobrze” (szczególnie w dużych miastach, gdzie nieraz pełnili rolę podobną do Żydów w Europie), to komuś musiało dziać się „niedobrze”. Tak zwykle zaczynają się rzezie. Turek był w swoim kraju nazywany pogardliwie hamalem, tragarzem, podczas gdy zamożni Grecy i Ormianie nieraz sprawowali najwyższe funkcje w rządzie i lokalnej administracji. Kim był hamal, jaka była jego mentalność, wspaniale opisał Elia Kazan w powieści „Poza Morze Egejskie”. Napisana bez sentymentu wobec własnego, greckiego narodu, jest wstrząsającą relacją z czasów narodzin młodej Turcji i upadku starożytnego świata anatolijskich Greków i Ormian.

Ludobójstwo we wschodniej Turcji było skutkiem masowego buntu hamali, podsycanego przez nacjonalistyczną propagandę młodoturków (jak słusznie zauważył kiedyś kolega "los" z FF , furia hamali objęła również mniejszości muzułmańskie, np. Arabów w Antiochii oraz Kurdów). Dysproporcja sił była zbyt duża aby dawać dziś wiarę tureckim rewelacjom.

Igdirskie muzeum mieści się pod ziemią, we wnętrzu wzgórza, na szczycie którego wznosi się monument w kształcie pięciu wzniesionych mieczy, symbolizujących pięć epok historii Turcji. Na rękojeści jednego z mieczy znajduje się płaskorzeźba dwugłowego orła, stary turecki symbol jak twierdzą miejscowi. Turecka narodowa mitomania i miłość do „ojczyzny miłej” przekracza granice absurdu wyznaczone swojego czasu przez propagandowe machiny Sowiecji i III Rzeszy. Chińczycy zbudowali Wielki Mur w obronie przed najazdami Turków; turecki żeglarz odkrył Amerykę przed Kolumbem (nie wiemy tylko czy wyprzedził św. Brendana Nawigatora, Wikingów oraz – według Heyerdahla – Egipcjan); Amerykańscy Indianie to ludy pochodzenia tureckiego itd.

poniedziałek, styczeń 29, 2007

Zabrzmiał pierwszy dzwonek


Wczorajsza niedziela rozpoczyna u ortodoksów i grekokatolików liturgiczny okres przedpościa. Wczorajsze czytanie (przypowieść o celniku i faryzeuszu) przypomina o podstawowym warunku zbliżenia do Boga, jakim jest pokora. Najlepszą analizę teologii (z uwzględnieniem ikony) tej niedzieli znalazłem na stronach Greckiej Archidiecezji Patriarchatu Konstantynopola w USA. Szczerze polecam ciekawym.

Czytania kolejnych niedziel przedpostnych koncentrują się na temacie miłości i odzyskania utraconej więzi z Bogiem: są to przypowieści o synu marnotrawnym, Sądzie Ostatecznym, wreszcie Chrystusowe słowa o przebaczeniu bliźnim i prawdziwym poście (Mt 6,14-21).

Ten tydzień jest tygodniem niepostnym, cotygodniowy post w środę i piątek w tym tygodniu nie obowiązuje. Kościół zdaje się delikatnie przypominać, że przed ciężkim siedmiotygodniowym wyścigiem do Paschy trzeba nabrać sił.

W przedsoborowej liturgii łacińskiej także istniał okres przedpościa, inaugurowany w dziewiątą niedzielą przed Wielkanocą zwaną od czasów papieża św. Grzegorza Wielkiego Septuagesima czyli Niedzielą Siedemdziesiątnicy. Obecnie przedpoście w Kościele łacińskim nie jest obchodzone, co pewnie wynika z totalnego złagodzenia wymogów postnych po Vaticanum II. Skoro Wielki Post nie wiąże się już z większymi wyrzeczeniami to i przedpoście nie jest potrzebne. A szkoda, szkoda… Z mojego doświadczenia wynika, że fizyczne uciążliwości towarzyszące wielkopostnej wędrówce okazują się bardzo pomocne dla niepokornej duszyczki.

Tak czy inaczej w tym roku prawosławni i katolicy będą świętować Paschę w tę samą niedzielę. Choć podróż jednych i drugich będzie wyglądać nieco inaczej, cel jest wspólny.

piątek, styczeń 26, 2007

O unitach, uniach i unii


Zaprzyjaźniony blog Loyolnego Papisty roziskrzył się ostatnio ciekawymi wpisami. Po intrygującej "Mszy bez konsekracji" pojawiła się notka poświęcona dziejom uniatyzmu i współczesnym relacjom katolicyzmu i prawosławia. Refleksje, do których zainspirował mnie wpis Loyolnego, podzieliłem na dwie części. Zacznę od „ludzi pogranicza” czyli unitów.

1.

W sierpniu 1996 roku synod będącego w unii z Rzymem melchickiego Kościoła greckokatolickiego opublikował dokument zatytułowany „Zjednoczenie Patriarchatu Antiocheńskiego”. Biskupi melchiccy uznali, że nastał czas zabliźnienia schizmy, jaka istnieje od 1724 roku wśród arabskich prawosławnych historycznie związanych z katedrą antiocheńską i przypomnieli Deklarację Wiary, sformułowaną na identycznym synodzie rok wcześniej przez libańskiego arcybiskupa melchickiego Eliasa Zoghby i podpisaną przez 24 z 26 uczestniczących w obradach biskupów:

1/ Wierzę we wszystko, czego naucza wschodni Kościół prawosławny.
2/ Pozostaję w jedności z biskupem Rzymu jako pierwszym wśród biskupów, zgodnie z granicami uznawanymi przez Świętych Ojców wschodnich w pierwszym tysiącleciu, przed podziałem.

Więcej o samej deklaracji oraz reakcjach Kongregacji Doktryny Wiary i prawosławnego Patriarchatu Antiocheńskiego można przeczytać w tym miejscu.

Niezależnie od indywidualnych opinii na temat tej deklaracji, jest ona bardzo symptomatyczna dla współczesnej sytuacji wszystkich grekokatolików. Poziom latynizacji teologicznej i liturgicznej jest różny w poszczególnych Kościołach unickich, jednak, na co wskazał Loyolny, wszyscy pragną większej autonomii i uznają się za chrześcijan prawosławnych, chcąc zarazem trwać w łączności z Rzymem. Deklarację biskupa Zogby’ego przywołałem nieprzypadkowo. Jeszcze sto lat temu za tego typu wyznanie biskup zostałby zapewne ekskomunikowany albo przynajmniej zesłany do jakiegoś odległego klasztoru kamedułów, tymczasem kard. Ratzinger potraktował melchitów dość łagodnie. O żadnych karach kanonicznych nie było mowy. Czy był to sygnał z Watykanu, że można jakoś umościć sobie stanowisko pośrednie między upragnioną unią z prawosławiem a subordynacją wobec Rzymu? Zapewne nie, jednak praktyka melchicka pokazuje, że Kościół ten znajduje się w swoistym teologiczno-jurysdykcyjnym zawieszeniu. Dotyczy to, w mniejszym wprawdzie stopniu, właściwie wszystkich Kościołów unickich. Istnieje wprawdzie Kodeks Kanonów Kościołów Wschodnich (złośliwi twierdzą, że pisano go metodą cut and paste z Kodeksu Prawa Kanonicznego), jednak w praktyce nie jest aplikowany przez unickie synody. Często ignoruje się tekst przysięgi małżeńskiej w sposób sztuczny dodany do bizantyjskiej liturgii ślubnej. Wielu greckokatolickich biskupów otwarcie twierdzi, że ich Kościoły nie są związane definicjami dogmatycznymi soboru Trydenckiego i Vaticanum I. Podobne przykłady można by mnożyć. Z drugiej stronie w łonie unitów istnieją też prądy modernizacyjne, opowiadające się za latynizacją rytów liturgicznych i generalnym przewietrzeniem uniatyzmu podmuchem „posoborowej wiosny Kościoła”. Na dużych greckokatolickich forach takich jak amerykańskie The Byzantine Forum można bez większego problemu natrafić na gorące dyskusje w tym temacie.

Podsumowując: istnieje bardzo wielu grekokatolików, którzy w praktyce realizują Deklarację Zoghby’ego zaś całkowite niemal milczenie „centrali” utwierdza ich w przekonaniu, że jest to stan akceptowany przez Watykan. Przypuszczam jednak, że taki stan nie będzie trwać wiecznie. Ciche wrzenie w łonie Kościołów wschodnich w jedności z Rzymem nie jest zjawiskiem, które umrze sobie naturalną śmiercią. Prędzej czy później problem teologicznej i jurysdykcyjnej sytuacji Kościołów unickich przybierze takie rozmiary, że Rzym będzie musiał zadziałać surowiej, w sposób zdecydowany. Nie wykluczam więc, że w dłuższej perspektywie wielu świadomych grekokatolików będzie musiało wybrać między powrotem do prawosławia a akceptacją zlatynizowanego i ściślej podporządkowanego Watykanowi uniatyzmu.


2.

Drugą cześć zacznę od korekty stwierdzenia o. Tafta, cytowanego na blogu Loyolnego Papisty: To właśnie we Florencji łaciński Zachód i bizantyjski Wschód próbowały zmierzyć się twarzą w twarz, jak równy z równym. W odróżnieniu od reszty artykułu, to zdanie trudno uznać za prawdziwe. Delegacja grecka w Ferrarze i Florencji była mała, skłócona i słabsza pod względem teologicznym od łacinników. Wszyscy jechali do Włoch z niechęcią, nakłonieni przez cesarza. Wiadomo, że w zamian za unię Zachód miał udzielić wsparcia militarnego beznadziejnie osłabionemu Cesarstwu Wschodniemu. Część z Greków (np. Bessarion) szczerze dała się przekonać łacińskiej argumentacji, ale już wielki filozof Gemisthos Plethon miał obrady w „dużym poważaniu” i wolał wykładać w pobliskiej akademii, biskup gruziński po wygłoszeniu filipiki przeciwko tym, którzy wyżej od Piotra, Pawła i Bazylego stawiają Arystotelesa spakował się i wyjechał, zaś biskup Efezu Marek Eugenikos czyli św. Marek z Efezu po długich debatach z teologami strony przeciwnej utwierdził się w przekonaniu, że Kościół łaciński wyznaje szereg poglądów niekatolickich i odmówił podpisania postanowień synodu. Św. Marek nie był jakimś outsiderem z prowincjonalnej katedry znajdującej się na ziemiach tureckich, lecz pełnomocnikiem patriarchatów Antiochii i Jerozolimy, więc brak jego podpisu, który mocno rozgniewał papieża, oznaczał de facto odrzucenie unii przez Kościół wschodni, mimo nacisków bazyleusa i formalnej zgody pozostałych greckich delegatów. Zatem synodu Florenckiego nie można stawiać ani za wzór udanego soboru zjednoczeniowego ani za przykład debaty teologicznej o wyrównanych siłach. Kiedy Florencja okazała się fiaskiem, Rzym zdecydował się na nową strategię i jak pisze o. Taft: zaczął podpisywać osobne ugody z poszczególnymi grupami Prawosławia, skubiąc rubieże Ortodoksji na terenach podległych władcom katolickim. Dalsze dzieje znamy: unia brzeska, użhorodzka, mukaczewska, marmaroska, siedmiogrodzka, antiocheńska i jeszcze sporo innych, mniejszych. W łonie Kościoła rzymskiego znalazło się w ten sposób kilkadziesiąt chrześcijańskich wspólnot wschodnich. Co ciekawe, w wielu przypadkach stało się tak bez wiedzy prostego ludu. Zdarzało się, że słowaccy Rusini dowiadywali się, że nie są prawosławnymi lecz katolikami dopiero na emigracji w USA, ich przodkowie przez kilkanaście pokoleń nie mieli o tym fakcie bladego pojęcia :)

Teraz przejdę do meritum części drugiej, do analizy stosunków prawosławno-katolickich pod kątem ewentualnego pojednania.

Pisałem już kiedyś na Studionie o propozycji Ratzingera :
To, co było możliwe w Kościele przez tysiąc lat, nie może być niemożliwe dzisiaj. Innymi słowy, Rzym nie może wymagać od Wschodu jeszcze większego uznania doktryny prymatu niż ta, uznawana i praktykowana w pierwszym milenium.
W jakiś sposób współgra ona z Deklaracją Zoghby’ego jednak nie jest to oficjalne nauczanie o stosunku Kościoła rzymskokatolickiego do Kościoła prawosławnego. Prawdziwa, ściśle zdefiniowana doktryna znajduje się w deklaracji Dominus Iesus:

Kościoły, które nie będąc w pełnej wspólnocie z Kościołem katolickim, pozostają jednak z nim zjednoczone bardzo ścisłymi więzami, jak sukcesja apostolska i ważna Eucharystia, są prawdziwymi Kościołami partykularnymi.

So far so good, póki nie przekonamy się, że według teologii katolickiej kościół partykularny to po prostu diecezja. Potwierdza to następne zdanie dokumentu:

Dlatego także w tych Kościołach jest obecny i działa Kościół Chrystusowy, chociaż brak im pełnej komunii z Kościołem katolickim, jako że nie uznają katolickiej nauki o prymacie, który Biskup Rzymu posiada obiektywnie z ustanowienia Bożego i sprawuje nad całym Kościołem.

Zatem wedle dogmatyki katolickiej Kościół prawosławny stanowi zbiór schizmatyckich diecezji kierowanych przez biskupów z autentyczna sukcesją apostolską i sprawujących ważne sakramenty.

A jak wygląda Kościół rzymskokatolicki z prawosławnej perspektywy? Prawosławie, w odróżnieniu od katolicyzmu, jest w znacznej mierze wolne od tendencji formalistycznych i nie definiuje w sposób ścisły sytuacji eklezjologicznej chrześcijan heterodoksyjnych. Dlatego poszczególne opinie mogą się różnić co do stopnia „ukościelnienia” katolicyzmu. Jednak, za wyjątkiem garstki dziarskich i niedouczonych zelotów z Atosu i pewnych równie niedouczonych archimandrytów z Rosji, prawosławie nie zaprzecza ważności sakramentów w Kościele łacińskim ani ważności jego sukcesji. Z trzech istniejących od starożytności i zatwierdzonych ostatecznie kanonami VI Soboru Powszechnego sposobów przyjmowania heterodoksów do Kościoła: 1) przez chrzest 2) bierzmowanie lub 3) wyznanie wiary i Eucharystię, do katolików stosuje się zwykle sposób trzeci, rzadziej drugi.

Co wynika z powyższego? Widzę kilka istotnych punktów:

Po pierwsze, symetria. Zjednoczenie Kościołów może mieć sens tylko wtedy, jeżeli jeden z nich przyzna, że brakuje mu czegoś, co stanowi o byciu prawdziwym Kościołem Chrystusa. Zarówno katolicyzm jak prawosławie uważają się za „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Jeżeli prawda leży po stronie katolicyzmu, wtedy prawosławie, nawet jako wspólnota „prawdziwych Kościołów partykularnych” nie jest w pełni Kościołem. W przypadku, jeżeli racja jest po stronie prawosławia, to Kościół rzymski, nawet jeżeli jest „prawdziwie partykularny” i ma ważne sakramenty, również nie może być nazwany Kościołem w takim sensie, w jakim określa siebie Kościół prawosławny. Tertium, jak na razie, non datur.

Po drugie, asymetria. Wydaje mi się, że z punktu widzenia katolicyzmu, Kościół prawosławny jednocząc się z Kościołem katolickim nie będzie musiał porzucić niczego ze swojego nauczania dogmatycznego. Będzie natomiast musiał porzucić przekonanie, że jego nauczanie dogmatycznie jest całkowicie „niekompatybilne” z pewnymi elementami dogmatyki łacińskiej, zdefiniowanymi w II tysiącleciu. W takim kierunku zdaje się podążać myśl obecnego papieża. Z kolei prawosławni twierdzą, że pewne części dziedzictwa dogmatycznego Wschodu i Zachodu rzeczywiście są „niekompatybilne”. Jeżeli zapytamy dwóch prawosławnych hierarchów, „gołębia” nastawionego przychylnie do ekumenizmu i „jastrzębia” podkreślającego dystans wobec heterodoksji, czego oczekiwaliby od Kościoła łacińskiego w przypadku zjednoczenia, to odpowiedzi jakie uzyskamy będą niemal identyczne. Patrząc z tej perspektywy prawosławie patrzy na sprawę w sposób bardziej rygorystyczny.

Po trzecie, problem autorytetu doktrynalnego. Katolicy, jak sądzę, uważają, że jedynym ostatecznym sposobem weryfikacji prawdziwości dogmatycznego nauczania Kościoła prawosławnego jest autorytet urzędu papieskiego. Zatem, jeżeli dowiadujemy się, że dla przywrócenia jedności z Rzymem prawosławie nie musi porzucić niczego ze swojego nauczania dogmatycznego i praktyk liturgicznych, to dzieje się tak dlatego, że najwyższy w Kościele katolickim punkt odniesienia określa prawosławne wyznanie wiary jako niesprzeczne z katolicyzmem. Jeżeli Rzym uzna, że źródło jakiejś różnicy dogmatycznej leży w sferze retoryki i terminologii (tak jak nieraz dzieje się z problemem Filioque), to tak właśnie ma być a obiekcje prawosławnych zyskują w najlepszym razie status prywatnej opinii teologicznej. Jeżeli opinia Kościoła prawosławnego w jakimś temacie jest zbieżna z rzymską, to ten fakt również nie ma większego znaczenia, gdyż potwierdza jedynie zgodność „braci odłączonych” z najwyższym autorytetem doktrynalnym Kościoła powszechnego.

Kościół prawosławny inaczej zapatruje się na ten problem. Nie posiada on (świadomie) epistemologii pozwalającej na „poznanie” prawdy i racjonalnych mechanizmów służących do nieomylnego określania przez Kościół, co jest prawdą a co nią nie jest. Czasem niektórzy przypisują taką rolę Soborom Powszechnym ale są w błędzie. Sobory są manifestacją nieomylności Kościoła a nie narzędziem, pozwalającym ją ściśle definiować. Gdyby było inaczej to zamiast dogmatu o nieomylności jednego biskupa mielibyśmy dogmat o nieomylności wielu biskupów zgromadzonych w jednym miejscu i czasie. Dodatkowo, prawdziwe sobory powszechne stają się takimi w świadomości Kościoła nieraz kilkaset lat po ich zakończeniu, ich recepcja w nauczaniu i liturgii trwa bardzo długo. Zarówno „nieomylność papieska” i katolickie ściśle sformalizowane Magisterium jak i protestanckie sola Scriptura są w perspektywie prawosławnej przejawem tego samego poszukiwania epistemologicznie pewnej metody poznania prawdy, która obca jest Kościołowi wschodniemu. Poznanie prawdy i nieomylność Kościoła prawosławnego, jego świadomość dogmatyczna, jest ufundowana na egzystencjalnym doświadczeniu świętych wyrażonym w liturgii i zasadach ascezy a nie na sformalizowanych definicjach. Jak pisze jeden z greckich teologów istnieje wielka różnica między chrześcijańską episteme określaną przez zewnętrzny autorytet a chrześcijańską gnosis, którą osiąga się jedynie przez ascezę życia w Chrystusie.

Nie oznacza to, że innym wyznaniom chrześcijańskim takie podejście jest zupełnie obce. Twierdzę jednak, że ta właśnie patrystyczna epistemologia, przez wiele wieków wspólna dla Wschodu i Zachodu, zachowała się w najpełniejszej formie w Kościele prawosławnym. Dlatego, mimo braku najwyższego widzialnego źródła autorytetu, Kościół prawosławny zachowuje po dziś dzień większą spójność doktrynalną i liturgiczną niż chrześcijaństwo zachodnie. Dlatego też tak niełatwy jest dialog chrześcijaństwa zachodniego z prawosławiem.

czwartek, styczeń 25, 2007

Dostojewski i Tołstoj

Spór o wyższości Tołstoja nad Dostojewskim (lub odwrotnie) ciągnie się od stu lat z górą i nigdy nie zostanie rozstrzygnięty. Czytelnicy Studionu pewnie domyślają się, kogo w tym wyścigu obstawia Gospodarz. Dlatego też nie będę specjalnie roztrząsał przywołanych dziś na Forum Frondy słów Spenglera: "Dostojewski jest świętym, Tołstoj zaś tylko rewolucjonistą". Myślę, że pan Fiodor świętym nie był ale z pewnością był geniuszem i dlatego można mu wybaczyć pewne niedociągnięcia jego, mniej eleganckiej niż tołstojowska, prozy, choćby pojawiające się tu i ówdzie, czasem nawet obficie, dłużyzny. W końcu, jako człowiek biedny, utrzymywał się z wierszówki.

Dostojewski jest niezastąpiony zarówno jako diagnostyk oświeceniowej choroby, która przeżarła duszę Europę w XIX wieku, jak i jako prorok, przewidujący z niezwykła jasnością, jakie będą ostateczne skutki tej choroby w jego ojczyźnie. Krótkie zdanie ojca Zosimy z „Braci Karamazow”: każdy człowiek jest winien grzechów całego świata, więcej mówi o prawosławnej, patrystycznej duchowości niż niejedna nudna monografia. Dostojewski w swoich najlepszych momentach jest tak bliski "Filokalii", że można wręcz zapytać, po co go czytać, skoro jest „Filokalia”.

Z kolei Tołstoj to niezrównany obserwator, autor Ludzkiej Komedii i zarazem ktoś, kto stoi ponad biorąca w tej Komedii udział masą ludzką. Tołstoj to Humanista, który kocha ludzkość ale nie rozumie ludzi, Dostojewski to Chrześcijanin, który zagląda w mroczne głębie ludzkich dusz i mimo tego, co tam znajduje, stara się ludzi kochać.

W samej Rosji, wśród rosyjskich czytelników, zwycięstwo Tołstoja jest od dawna bezapelacyjne i niepodważalne. Dlaczego tak jest? Pospolite na szeroko pojętej prawicy jest przekonanie, że tołstojowskie pseudochrześcijaństwo bez Chrystusa było wygodną ideologią dla rosyjskich rewolucjonistów XIX wieku a teraz dobrze wpisuje się w poszukujący niby-metafizycznej papki umysł post Homo Sovieticus. Być może, ale powodzenie Tołstoja w Rosji można wyjaśnić w sposób o wiele prostszy.

Problemy, jakie interesują Dostojewskiego są ściśle ewangeliczne. I tak jak w „centrum uwagi” Jezusa znajdowali się ludzie pogardzani i upadli, ludzie „na dnie”, tak też w pisarstwie Dostojewskiego pełno jest typów patologicznych, jakich zresztą w Rosji zawsze było pod dostatkiem. Sztuka nazywana bywa zwierciadłem rzeczywistości ale ludzie nie lubią, jeżeli zwierciadło jest zbyt szczere. Wolą widzieć swoje nieco upiększone odbicia a najbardziej pragną ujrzeć coś, czego sami nigdy nie zaznają, np. Pierre’a i Nataszę na balu albo epickie napięcie bitwy pod Borodino. Dlatego zamiast Ewangelii czy Dostojewskiego wolą literackie freski Tołstoja.

Ta zasada jest uniwersalna. Bardzo cenię prozę Flannery O'Connor, zwanej często „Dostojewskim w spódnicy” ale mało kto z amerykańskich Południowców ją lubi. Znajomy Hamerykan, który mieszka w Tennessee, napisał niedawno: W moim sklepie pracuje lesbijka, która modli się przed każdym posiłkiem. Jej córka (?) także jest lesbijką i pracuje w sex shopie a w dodatku ma tylko jedną nogę, gdyż drugą straciła w wypadku motocyklowym. Kiedy w twoje życie wkracza jednonoga lesbijka z sex shopu wraz z rozmodloną matką lesbijką, wtedy zdajesz sobie sprawę, że zamieszkałeś w opowiadaniu Flannery O’Connor. Pozostaje ci tylko mieć nadzieję, że te dwie kobiety nie znajdą się w gronie najnormalniejszych ludzi, których możesz dziś spotkać w pracy.

poniedziałek, styczeń 22, 2007

EuroSauron w walce z Hobbitonem

Historia Wysp Normandzkich to doskonały materiał dla autorów powieści historycznych. Niestety walec uniformizacji, który raźno toczy się po rozległych obszarach postEuropy niedawno przypomniał sobie o istnieniu tego zakątka Północnego Atlantyku. Nie, nie chodzi tu o znane z baaaaardzo luźnych regulacji finansowych i niskich podatków wyspy Jersey i Guernsey.

Chcę dziś napisać o niewesołym losie do niedawna prawie nikomu nieznanej wysepki Sark. Wysepka ta, zamieszkała przez sześciuset mieszkańców z których wielu posługuje się na co dzień archaicznym francuskim dialektem sercquias, jest ostatnim w pełni feudalnym państwem europejskim. Nie wolno tam używać samochodów i nie płaci się podatku dochodowego. Jedynie „władcy” wyspy przysługuje prawo hodowania gołębi. Na wyspie Sark wciąż funkcjonuje Clameur de haro, starożytne normańskie prawo odwołania się do pana feudalnego. Po raz ostatni skorzystano z niego w 1970 roku w celu zakończenia sąsiedzkiego sporu o budowę muru dookoła ogrodu :-)

W Średniowieczu Sark stanowiła bazę piratów grasujących po kanale La Manche, z których najsłynniejszy był niejaki Eustachy Mnich. Od XVI wieku rządzona jest przez Wielkich Suwerenów (Seigneurs). Obecnym, XXII Suwerenem wyspy jest pan John Michael Beaumont. Czterdziestu „panów feudalnych” Sark zwanych Tenants (w rzeczywistości są to zasobni farmerzy, potomkowie pierwszych mieszkańców) dzierżawi wieczyście ziemię od Suwerena. Każdy nowy Tenant powinien, zgodnie z prawem złożyć przysięgę na wierność angielskiemu monarsze oraz wpłacić trzynastą część wartości zakupionego majątku na rzecz swojego bezpośredniego pana, Suwerena Sark. I tu zaczyna się cała sprawa. Kiedy brytyjscy bliźniacy miliarderzy David i Frederick Barclay zakupili od potomków jednego ze zmarłych Tenants sąsiadującą z Sark wysepkę Brecqhou, nie spodobała im się perspektywa przysięgi i konieczność zapłaty trybutu. Jak wielu zachodnich dorobkiewiczów są to straszne kutwy a w ich filisterskich głowach nie mieścił się jakikolwiek udział w cuchnącej stęchlizną Średniowiecza feudalnej ceremonii.

Zwichrowany lecz czasem nieoceniony brytyjski blog Samizdata jako pierwszy w sieci opisał „sprawę Sark”. Bliźniacy użyli najlepszej broni: swojej gazety The Daily Telegraph i moralnego odpowiednika kija bejsbolowego, czyli „praw człowieka”. Okazało się, że ustrój polityczny wyspy Sark jest sprzeczny z Konwencją Europejską. Wysepka potrzebuje wolnych wyborów, podatków i prawa odpowiadającego współczesnym standardom. Full accountability, znaczy się. Mieszkańcy Sark i ich „pan” znaleźli się nagle w polu zainteresowania merdiów oraz londyńskiej i brukselskiej biurokracji. W kwietniu tego roku mają odbyć się pierwsze wybory w dziejach wysepki, choć rzecz nie jest jeszcze przesądzona. Mieszkańcy wyspy nie kryją swojej niechęci do intrygi paskudnych braciszków: Feudalism is a great system and has worked very well for the island powiedziała jedna z osobistości wyspy, pani Jennifer Cochrane w telefonicznym wywiadzie dla brytyjskiej gazety.

Całą sprawę celnie komentuje obecny Suweren: Once the human rights stuff came into the island laws, it was clear that we would have to change… Now, my fear is that when we go to full democracy we will have to employ more civil servants. It is not that we want to live in the distant past as much as that we like our traditions. I think that's true of everybody, isn't it?

Oko europejskiego Saurona niestrudzenie poszukuje ostatnich Hobbitonów, rozsianych jeszcze gdzieniegdzie na ziemiach Europy.

piątek, styczeń 19, 2007

Rzeczy Pierwsze

Swojego czasu w środowiskach związanych z "Frondą" dało się słyszeć głosy, że spora część redakcji tego pisma nie jest zadowolona z pojawienia się polskiej edycji znanego amerykańskiego miesięcznika katolickiego First Things. Zapewne wynika to z neokonserwatywnych sympatii politycznych założyciela pisma ks. Richarda Neuhausa. Jakby nie było, pojawienie się polskiej edycji pisma jest wydarzeniem ważnym choćby z tego względu, że przybliża polskim czytelnikom najbardziej wpływowy w Imperium nurt rzymskiego katolicyzmu. Poza tym FT jest - albo raczej bywa - pismem ciekawym, wartym czytania niezależnie od przynależności wyznaniowej.

Polska edycja FT ma być z założenia kwartalną antologią tekstów ukazujących się w amerykańskich wydaniach miesięcznych. Dlatego warto zaglądać do elektronicznego wydania FT, gdzie znaleźć można wiele tekstów, które raczej nie trafią do edycji polskiej.

W grudniowym i styczniowym numerze FT znaleźć można ciekawy dwugłos na temat poglądów von Balthasara w kwestii misterium Chrystusowego zstąpienia do Otchłani. Nie zamierzam tu referować dostępnych w wersji elektronicznej artykułów, zwrócę tylko uwagę, że poglądów von Balthasara (IMHO mocno nieortodoksyjnych) broni teolog jezuita, podczas gdy na zasadnicze słabości jego opinii wskazuje świecki teolog i to w dodatku w spódnicy. Co to się porobiło z tymi jezuitami, mości Loyolny?

Numer styczniowy przynosi też esej Thomasa Alberta Howarda o spojrzeniu Maritaina na Amerykę (tekst wprawdzie niedostępny on-line ale udało mi się wyguglać dużą jego część na zaprzyjaźnionych amerykańskich blogach). Artykuł ma przede wszystkim wartość historyczną, bo dotyczy wizyty filozofa w Stanach w połowie lat 50, ale nie tylko. Wiele z zawartych nim myśli godnych jest przemyślenia i dziś. Maritain nie powtarzał starej europejskiej mantry o braku poczucia historii u Amerykanów, choć do końca tego faktu nie negował. Starał się raczej dociec przyczyn tego zjawiska i dostrzec w nim pozytywny aspekt. W końcu doszedł do wniosku, że Amerykanie przeżywają historię inaczej, dzięki temu, że ich dziedzictwo historyczne jest nadal żywe. Europę przygniata ciężar historii, ale jest to ciężar w dużej mierze sklerotyczny czy wręcz martwy a do tego fatalnie zatruty pojęciem „konieczności historycznej”. W tym miejscu Maritain myśli podobnie jak znacznie od niego młodsi Andrzej Bobkowski (przypomina mi się jego niesmak wobec powojennej „Europy kilkudziesięciu milionów dipisów”) i tak ostatnio w Polsce czytany Sandor Márai: W Europie pełno jest niewierzących, czyli ludzi, którzy nie wierzą, że poprzez wewnętrzna rewolucję jednostka może wyzwolić siebie z niewoli społecznych systemów. W Europie za to wiele jest idei zniewolenia.

Właśnie ta „namacalność” ideałów założycielskich Ameryki wyrażająca się w wyniesieniu na niespotykany w Europie poziom indywidualnej ludzkiej inicjatywy powoduje, że społeczeństwo to jest odporne na ideologię marksistowską. Kierowanie „rydwanem historii” pojmowanej jako ciąg „historycznych konieczności” nie znajduje miejsca w umysłach ludzi, którzy zaprzątnięci są poszukiwaniem najdoskonalszych sposobów realizacji ludzkiej wolności tu i teraz.

Maritain pisał te słowa w latach Zimnej Wojny i myślę, że miał wtedy dużo racji. Ale czy dziś, kiedy Ameryka nie posiada już wrogów o potencjale porównywalnym ze Związkiem Sowieckim, kiedy jest de facto Imperium Mundi, są one nadal aktualne? Wydaje mi się, że doświadczenie Zimnej Wojny stanowiły dla Ameryki rodzaj rytuału przejścia, politycznej inicjacji do rządzenia światem, w którym zawsze istnieje taka czy inna „historyczna konieczność”. Obecnie jest nią poddanie całego świata ideałom amerykańskiego indywidualizmu, masowej demokracji i gospodarki wolnorynkowej. Ameryka dorosła i podąża szlakiem mateczki Europy. Musi zmierzyć się sama ze sobą. Jak poradzi sobie z brzemieniem, jakie wkłada na jej barki historia?


PS

Dzięki FT dowiedziałem się, że ks. Neuhausa łączyła wieloletnia przyjaźń z jedną z najważniejszych postaci amerykańskiego prawosławia zeszłego wieku ks. Alexandrem Schmemannem. W archiwum pisma znajduje się piękny tekst in memoriam napisany przez ks. Neuhausa sześć lat temu. Ciekawe, że ludzi o tak odmiennym spojrzeniu na współczesność, historię i teologię, łączyło tak wiele.

czwartek, styczeń 18, 2007

Bóg nad wodami

Dziś wigilia święta Objawienia (Chrztu) Pańskiego, jednej z najstarszych i najważniejszych uroczystości chrześcijańskich. Dwie Ewangelie rozpoczynają się od opisu narodzin Jezusa, dwie pozostałe od Jego chrztu. „W swoich narodzinach Syn Boży objawił się światu w sposób utajony, zaś w chrzcie objawił się w całej pełni” pisze św. Hieronim. Przez długi czas Boże Narodzenie i Objawienie obchodzono jako jedno święto. Po dziś dzień schemat liturgiczny wigilii tych świąt jest na Wschodzie identyczny i różni się od wigilii pozostałych wielkich świąt cyklu rocznego. Obydwa są też dniami ścisłego postu.

W chrześcijańskiej starożytności wigilię Objawienia nazywano Świętem Świateł. Przy blasku setek świec udzielano wieczorem tego dnia chrztu - po grecku niekiedy nazywanego oświeceniem - katechumenom. Chrzest Pański jako początek publicznej działalności Jezusa jest Jego objawieniem – Epifanią, ale przede wszystkim jest Teofanią, pierwszym objawieniem Boga jako Trójcy:

W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie (Mk 1,9-11)

Każde święto w cyklu liturgicznym Kościoła prawosławnego ma związek z Paschą, największym aktem zbawczym Boga. Podobnie jak w Wielką Sobotę, w wigilię Teofanii czyta się w cerkwi całą Księgę Jonasza, starotestamentową zapowiedź zstąpienia Mesjasza do Hadesu. Obrazem Hadesu na świątecznej ikonie są wody Jordanu i dlatego maluje się je w bardzo ciemnych kolorach. Jeden z Ojców Kościoła pisze w niezwykły sposób o wodach Jordanu. Janowy chrzest pokuty tysięcy ludzi spowodował, że wody te stały się niejako rezerwuarem ludzkiego grzechu, wodami ociężałymi i martwymi. I oto Jezus, zanurzając się w tych wodach wynurza się z nich przyobleczony nie w grzech, gdyż jest bezgrzeszny, lecz w dziedzictwo upadłej ludzkości, czyli śmierć. Publiczna działalność Zbawiciela zaczyna się od dobrowolnego przyjęcia śmierci. To zanurzenie w śmierć jest nie tylko prototypem i ustanowieniem sakramentu chrześcijańskiego chrztu ale dotyczy całości Bożego stworzenia.

W pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju Bóg – Duch Boży, unosi się nad wodami. Wody i ziemia o których mówi Księga nie są tożsame ze znanymi nam niebem i ziemią. Są to tohu wabohu, תוֹהוּ־וַבוֹהוּ, bezład i pustka, pierwotna nicość. To ta sama pustka, na skraju której znajduje się Dzieciątko – Przedwieczny Bóg na ikonie Bożego Narodzenia. Jak pisze św. Bazyli Wielki, Duch nie tylko unosił się nad wodami lecz również uświadamiał im możność zrodzenia życia, przemieniał bezkształtną materia prima w życiodajny żywioł. Rozdzielenie wody przez uczynienie sklepienia nad wodami a następnie wyzwolenie suchego lądu z wody (Rdz 1,6-9) to pierwszy etap stworzenia naszego świata. Zanurzenie Jezusa w Jordanie i wzięcie na siebie brzemienia śmierci jest jakby powtórnym stworzeniem świata we wcielonym Zbawicielu, przywróceniem światu wewnętrznego porządku, otwarciem go przebóstwiające energie Boże.

Zatem święto Objawienia ma podwójny wymiar: zwiastuje zbawienie człowieka przez chrzest i życie w objawionym Bogu a poprzez człowieka przynosi odnowienie całego kosmosu, który nosi na sobie piętno ludzkiego grzechu (zob. Rz 8,20-21). Dzięki Teofanii to, co Bóg stworzył na początku, znów staje się „bardzo dobre”.

W wigilię tego święta oraz w samo święto Kościół prawosławny dokonuje obrzędu Hagiasmy czyli wielkiego poświęcenia wody. Tą wodą święci się domy i pije się ją w ciągu roku w chwilach choroby, podejmowania ważnych decyzji, albo wtedy, kiedy nie można być na nabożeństwie.

Rytuał Hagiasmy pokazuje, że przyjęta z czasem liczba siedmiu sakramentów (na Wschodzie nieustalona jeszcze w XV wieku) jest w pewnym sensie umowna. Kto był choć raz na święcie Jordanu, kto uczestniczył w tej wielkiej modlitwie Kościoła, ten zrozumie, dlaczego tak twierdzę. Chrystus nie ustanowił sakramentów jako odrębnej nadprzyrodzonej rzeczywistości, Chrystus ustanowił swój Kościół. Sakrament, w języku greckim mysterion, ujawnia ukrytą czyli prawdziwą naturę rzeczywistości, w której działa Bóg. Każde działanie, w którym na prośbę swojego Kościoła Bóg zsyła łaskę, jest działaniem sakramentalnym. Jeżeli Hagiasma nie jest sakramentem, to czym jest? Wszelkie podziały na sakramenty i sakramentalia bledną w obliczu faktu, że całe liturgiczne działanie Kościoła ma charakter sakramentalny.

----

Z poematu liturgicznego św. Sofroniusza, patriarchy jerozolimskiego, na wielkie poświęcenie wody:

Wysławiamy Ciebie, Władco, Przyjacielu człowieka, wszechmogący, przedwieczny Królu! Wysławiamy Ciebie, Stwórcę i Twórcę wszystkich rzeczy. Wysławiamy Ciebie, zrodzonego z Ojca bez matki i z Matki bez ojca: w poprzedzającej bowiem uroczystości widzieliśmy Ciebie Dziecięciem, teraz zaś postrzegamy Ciebie doskonałym z doskonałego, doskonale objawiającego się naszego Boga (…) Dzisiaj stopy Pana stanęły na barkach istot wodnych. Dzisiaj niestworzony dobrowolnie przyjmuje położenie ręki swego stworzenia. Dzisiaj niewidzialny staje się widzialnym, aby nas uczynić widzącymi Jego. Dzisiaj Prorok z przywiązaniem przystępuje do Stwórcy i drżąc stoi przed Nim, widząc przybyłego do nas Boga. Dzisiaj nie mający początku schyla głowę przed swoim sługą, aby nas wyzwolić z niewoli. Dzisiaj ręka Proroka dotyka szczytu pałającego ogniem, aby nas, obmytych w kąpieli nieskazitelności, przyodziać w szatę niewinności. Dzisiaj wody Jordanu zamieniają się w lekarstwo dla ludzi przez zjawienie się Boga naszego. Dzisiaj strumieniami wody, na które tchnął ogniem, napawa się całe stworzenie. Dzisiaj grzechy ludzi obmywają wody Jordanu. Dzisiaj otwiera się dla ludzi raj i wschodzi nam Słońce sprawiedliwości. Dzisiaj gorzka woda, która była za czasów Mojżesza, zamieniła się przez przyjście Pana w słodycz dla ludzi. Dzisiaj pozbyliśmy się dawnego płaczu i jako nowy Izrael zostaliśmy zbawieni. Dzisiaj wyswobodzeni z ciemności zestalimy oblani światłem poznania spraw Bożych. Dzisiaj zrzucamy starą szatę grzechów i odziewamy się w nowe suknie. Dzisiaj słone wody morskie przemieniły się w słodycz przez Twoje objawienie, o Władco. Dzisiaj mrok świata został zniszczony przez zjawienie się Chrystusa, naszego Boga. Dzisiaj wszelkie stworzenie oświeca się jasno z wysokości. Dzisiaj nikną zdradzieckie powaby i drogę zbawienia gotuje nam wszystkim przyjście Władcy (…) Dzisiaj ziemia i morze dzielą radość tego świata i świat pełen jest wesela, i wszelkie stworzenie wysławia dzisiaj swego Władcę. Ujrzały Cię wody, Boże, ujrzały Cię wody i ulękły się. Jordan cofnął się wstecz, widząc ogień bóstwa cieleśnie zstępujący i wstępujący weń. Jordan cofnął się wstecz, widząc Ducha Świętego w postaci gołębicy, zstępującego i unoszącego się nad sobą. Jordan cofnął się wstecz, widząc niewidzialnego widzialnym, Stwórcę wcielonym, Władcę pod postacią sługi.




niedziela, styczeń 14, 2007

Dzień dwóch świąt i co nieco o muzyce

1

Dziś według kalendarza juliańskiego podwójne święto: Obrzezanie Pańskie i pamięć św. Bazylego Wielkiego. Często tworzy się dla nich jedna ikonę, jak ta, od której zaczyna się dzisiejszy wpis.
Postać św. Bazylego zawsze zmusza mnie do zastanowienia nad "dziedzicznością" świętości. Urodzony w bogatej, patrycjuszowskiej rodzinie niezwykle pobożnych kapadockich Greków był niejako z urodzenia powołany do świętości. Prócz Bazylego sześcioro z tej rodziny to święci: babka Makryna Starsza, matka Emilia, siostry Makryna Młodsza i Teozebia oraz bracia, Grzegorz biskup Nyssy (być może najwybitniejszy umysł greckiej epoki patrystycznej) i Piotr biskup armeńskiej Sebasty. Ten ostatni trochę zapomniany a przecież to za jego namową starsi bracia napisali większą cześć swoich najważniejszych dzieł.

Brak w życiu św. Bazylego i jego rodziny spektakularnych cudów czy aktów męczeństwa, za to mnóstwo codziennego mozołu: kodyfikacja liturgii Bożej i prawa kanonicznego, walka o jedność Kościoła w obliczu ofensywy arian i semi-arian, zakładanie wspólnot monastycznych, osobiste doglądanie chorych w czasie epidemii i głodu wywołanych wojną i do tego ciągły, ogromny wysiłek apologetyczny. Cóż można powiedzieć ponad słowa modlitwy: Święty Ojcze Bazyli, módl się za nas grzesznych.


2

Od kilku dni słucham nowej płyty Loreeny McKennit i boleję nad utraconą szansą. Otrzymaliśmy kolejny odcinek muzycznego itinerarium będącego odzwierciedleniem fascynacji McKennit historią wędrówek Celtów. Płyta jest chyba ciekawsza niż poprzedni album, wydany dziewięć lat temu „The Book of Secrets”. Wprawdzie żaden z utworów nie dorównuje wspaniałemu Night Ride Across The Caucasus, najlepszej kompozycji z tamtej płyty, ale też nie znajdziemy na nim komercuchy w stylu The Mummer’s Dance, przydługich ballad podobnych do nieszczęsnego The Highwayman i ckliwych pieśni typu Dante’s Prayer. W czym więc problem? Obawiam się, że sama formuła bogato aranżowanych orientalno-celtyckich utworów inspirowanych podróżami artystki wyczerpała się w albumach „The Visit” i „The Mask and Mirror”. Poprzeczki zawieszonej tak wysoko nie da się przeskoczyć, potrzebna jest gruntowna zmiana stylistyki a tej, mimo kilku ciekawych eksperymentów z muzykami z Grecji i Turcji, nie widać.

Bruce Springsteen, kiedy ma dosyć potężnego brzmienia towarzyszącego mu E-Street Band, zamyka się w studiu z gitarą i harmonijka ustną. Tak powstały kameralne, wyciszone i piękne płyty: legendarna już "Nebraska" (1982) oraz "The Ghost of Tom Joad" (1995) i "Devils & Dust" (2005). Loreena McKennit też nagrała kiedyś taką płytę, mało w Polsce znany album "To Drive The Cold Winter Away", zbiór staroangielskich kolęd i pieśni zimowych nagrany z akompaniamentem harfy i akordeonu. Obawiam się, że jeśli nie nastąpi powrót do surowego brzmienia z tamtych czasów, kolejne propozycje LMK staną się cieniem jej minionych dokonań.

W znakomitym dzienniku Szczepana Twardocha pojawiła się niedawno notka, która nie daje mi spokoju. Nie chodzi mi tu jego ocenę muzyki Dead Can Dance i Loreeny McKennit. Preferencje muzyczne są sprawą tak indywidualną że wszelkie poszukiwania wspólnego mianownika nie mają najmniejszego sensu. Nie wiemy, dlaczego wolimy tę a nie inną muzykę a nasze próby dowodzenia, dlaczego ją lubimy, nigdy nie wyjawią prawdy. Mogą co najwyżej odsłonić pewien fragment naszej osobowości ale o wartości dzieła muzycznego niewiele nam powiedzą.

We wspomnianej notce intryguje mnie co innego. Dostrzegam w niej tęsknotę za integralnością. Dead Can Dance i Loreena McKennit to typowi muzyczni eklektycy. Ich muzyka mogła narodzić się tylko w naszych, postmodernistycznych czasach globalnej Wędrówki Ludów. Na ile ten muzyczny eklektyzm jest fałszywy czy sztuczny, to już inna sprawa. Z kolei płyta Stinga/Karamazova z pieśniami Dowlanda czaruje typową dla dawnej kultury jednolitością stylu. Skoro spójna, całościowa wizja nie jest już możliwa w filozofii i polityce to może uda się ją przynajmniej odnaleźć na obszarze sztuki? Nie mam pojęcia, czy dobrze odczytuję myśl autora notki ale podczas jej lektury moje myśli popłynęły w tym właśnie kierunku.

piątek, styczeń 12, 2007

Antyczne dźwięki


Wszystkim zainteresowanym kulturą antycznej Grecji polecam odwiedzenie strony Centrum Greckiej Tradycji Muzycznej "Lyravlos". Założona przez Panayotisa Stefosa grupa koncentruje się na rekonstrukcji antycznych instrumentów i wykonaniu utworów z epoki. Jednym z członków grupy jest urodzona w Wałbrzychu w rodzinie greckich imigrantów Christina Siaki. Interpretacje Lyravlosa uchodzą w tej chwili za wzorcowe wersje wykonań najdawniejszej muzyki greckiej. Kilku utworów można posłuchać na stronie grupy. Miłego odsłuchu!

środa, styczeń 10, 2007

Rosja A.D. 2006. Bilans subiektywny.

Polityka

Do odejścia Putina zostało coraz mniej czasu. Wojna o Kreml, na pierwszy rzut oka mało widowiskowa, zaczyna nabierać intensywności. W listopadzie miały miejsce ważne ruchy na górze, wskazujące na przetasowania w moskiewskim układzie sił. Z Gazpromu, który stanowi jeden z podstawowych elementów konstytuujących strukturę władzy na Rusi, poleciał wiceprezes Aleksander Riazanow. Stracił on jednocześnie stanowisko prezesa Gazpromniefti (dawniej Sibnieft). Riazanow padł ofiarą przybierającej na sile konfrontacji między Gazpromem a innym gigantem, holdingiem paliwowym TNK-BP należącym do Alfa Group. Jako powiązany personalnie z wierchuszką obydwu megakorporacji, musiał wylecieć, co oznacza, że wojna paliwowców to nie przelewki i dawne towarzyskie sentymenty już jej nie powstrzymają.

Kolejny ważny usunięty to Andriej Nowikow, wszechmocny do niedawna wiceminister rosyjskiego MSW i szef milicji kryminalnej Rosji. Nowikow, zaliczany do protegowanych petersburskiej grupy „siłowców” i związany z wpływowym oligarchą Olegiem Deripaską, usiłował interweniować tzn. ujawnić i nagłośnić dwa śledztwa, w których pojawiło się nazwisko niepokalanego jak dotąd wicepremiera Dymitra Miedwiediewa, człowieka znajdującego się na szczycie listy prawdopodobnych następców Putina. Próba sił wypadała dla Nowikowa niepomyślnie a jego miejsce zajął Jewgienij Szkołow, człowiek prowadzony przez byłego szefa administracji Kremla i szarą eminencję rosyjskiej polityki, Aleksandra Wołoszyna. Szkołow bliski jest też samemu władcy, nawet urodził się w Dreźnie, gdzie Putin zaczynał przed laty karierę „służbową”. Zatem wiele wskazuje na to, że akcja „Miedwiediew namaszczony na carstwo” przesuwa się ze sfery domysłów do sfery faktów. Szereg rosyjskich analityków twierdzi, że instalacja Miedwiediewa na Kremlu odbędzie się pod lansowanym dyskretnie przez tegoż Wołoszyna hasłem „Putinizm tak, wypaczenia nie” i będzie nawiązywać do „złotej epoki” harmonijnego rozwoju Rosji w latach 2000-2002, kiedy wszystkie korzyści z rosnących cen surowców już spływały do rosyjskiego skarbca a o konfliktach typu afery JUKOSu nikt jeszcze nie myślał. Mówiąc prościej do epoki, w której więcej do powiedzenia miał w Rosji Wołoszyn niż Putin. Ideologia neoputinizmu-miedwiediewizmu zakłada prezydenta mniej samodzielnego od obecnego Putina, który usamodzielnił się wyraźnie w roku 2003. Pomocnikiem Miedwiediewa będzie zapewne jego pierwszy polityczny mentor i człowiek Wołoszyna, Aleksander Staliewicz.

Widać, że do tego pociągu usiłuje załapać się szereg mniej i bardziej wpływowych postaci rosyjskiej polityki i gospodarki, np. wyciągnięty ostatnio z lamusa Anatolij Czubajs, prawdopodobny szef sztabu wyborczego Miedwiediewa i minister łączności Leonid Reiman, tworzący dla przyszłego gospodarza Kremla zaplecze medialne i informatyczne. Istnieją jednak równie silne i zdeterminowane grupy oligarchów, dla których układ Medwiediew i Wołoszyn wspierany przez nadwornego sponsora rządu Romana Abramowicza (który skupuje ostatnio akcje rosyjskich kompanii metalurgicznych) i jego prawe ręce, biznesmenów Aliszera Usmanowa i Sulejmana Kerimowa, oznacza polityczną i gospodarczą śmierć w ciągu kilku lat. Ich zainteresowanie i przede wszystkim środki skierują się więc ku drugiemu wicepremierowi, kojarzonemu z kompleksem wojskowo-przemysłowym Siergiejowi Iwanowowi. Nie sądzę aby w wyborach w 2008 roku startowali obydwaj wicepremierzy. Układ sił będzie musiał wykrystalizować się w przyszłym roku i Bóg jedne wie, jakie jeszcze transfery finansowe, zakulisowe prowokacje i propagandowe triki użyte będą przez politycznych technologów pracujących dla obydwu kandydatów.

Odrębna kwestia to następne posunięcia Putina, który na razie zdecydowanie dementuje wszelkie pogłoski o możliwej trzeciej kadencji. Z drugiej strony coraz liczniejsze są przecieki medialne o szykującym się powstaniu PTS (Partii Trietjego Sroka). Jako jej lider typowany jest Aleksander Prochanow, słynny wydawca tygodnika „Zawtra”, radykalny antyokcydentalista, lansujący neoimperialną koncepcję Piątego Imperium. Czy jest to obmyślany przez ludzi Putina ruch mający postraszyć Zachód czy też jakaś czysto wewnętrzna rosyjska intryga? Z pewnością coś takiego jak PTS nie powstanie (o ile powstanie w ogóle) spontanicznie. Rosyjskie media wskazują, że za tym pomysłem stać może wiceszef administracji Putina Władisław Surkow, któremu w ostatnim roku boleśnie powinęła się noga w sporze z mocnym duetem panów o sympatycznych nazwiskach Abramowicz i Wajnsztok. Sam rosyjski prezydent też nie zasypia gruszek w popiele. W zeszłym roku ku zaskoczeniu wszystkich wydobył z głębokiego zaplecza kilku piastujących marginalne posady kolegów z młodości, których nominował na ważne stanowiska w resortach siłowych. Kolega ze studiów prawniczych, Aleksy Aniczin, z mało znaczącego urzędnika petersburskiej prokuratury wskoczył na stanowisko szefa Komitetu Śledczego MWS federacji Rosyjskiej, inny kolega z tych czasów, Aleksander Bastyrkin, został zastępca generalnego prokuratora Rosji ze szczególnymi pełnomocnictwami do wyjaśnienia sprawy JUKOSu. Jak widać Putin nie dowierza w pełni ani załodze, z którą obejmował władzę w 2000 roku ani późniejszym współpracownikom. Nowa obsada to ludzie, którzy przez cały okres prezydentury pozostawali w cieniu, nie próbowali angażować się w politykę wykorzystując znajomość z Putinem, co odróżnia ich od wszystkich innych wysoko uplasowanych kremlowców. Będą znacznie lojalniejsi, gotowi do szykującej się walki politycznych i gospodarczych oligarchów o władzę w Rosji.



Wiara

W minionym roku w Rosji erygowano 21 nowych monasterów, 10 męskich i 11 żeńskich. Patriarchat Moskiewski (PM) ma obecnie 635 monasterów, 167 klasztornych filii czyli misyjnych parafii w miastach i 45 pustelni. To odrodzenie monastycyzmu, który od zawsze stanowił serce prawosławia, nie może nie cieszyć i daj Boże aby przyniósł z czasem obfite owoce.

Z wydarzeń ściśle religijnych na uwagę zasługuje peregrynacja relikwii św. Jana Chrzciciela po Rosji. W rosyjskiej cerkwi w Antwerpii z ikony św. Mikołaja wydobywał się przez kilka dni cudowny olejek – myron. Zbudowano i poświęcono cerkwie w Rzymie i Liege, powstały parafie w Pescarze i Perpignan, trwa tworzenie parafii w Mediolanie i Reykjawiku. Ekspansja rosyjskiego Kościoła na Zachodzie jest w ogóle bardzo dynamiczna i budzić może zastanowienie, np. w Berlinie powstaje rosyjski rejon, w którym znajdą się m.in. centrum handlowe „Moskiewski Dom” i duża cerkiew mogąca pomieścić około tysiąca wiernych.

PM usiłuje prowadzić też coś, o co sam lubi obwiniać innych, tj. wkracza na cudze terytoria kanoniczne. I nie chodzi mi tu o wzmiankowane wyżej otwieranie parafii w Europie lecz o próby dogadania się za plecami Patriarchatu Jerozolimskiego z rządem izraelskim w celu utworzenia tam rosyjskich, podległych patriarchatowi parafii dla potrzeb duszpasterzowania licznej post-sowieckiej emigracji. Kilka lat temu podobny spór wybuchł przy próbie tworzenia struktur PM w RPA. Ostatecznie osiągnięto kompromis podporządkowując rosyjskich księży posługujących w Afryce odrębnej strukturze kanonicznej podlegającej Patriarchatowi Aleksandrii i Całej Afryki. Mam nadzieję, że i tym razem sprawa znajdzie podobne rozwiązanie zgodne z kanonami Kościoła, choć gra idzie tu o znacznie większa stawkę niż w Afryce. Izrael posiada bowiem około 2 milionów rosyjskojęzycznych obywateli, z których kilka procent to praktykujący prawosławni.

Do 11 tysięcy rosyjskich szkół wprowadzono we wrześniu przedmiot „Podstawy kultury prawosławnej”. W niedalekiej przyszłości ma on objąć wszystkie rosyjskie szkoły. Nie bardzo wierzę w skuteczność wykładania tego typu przedmiotów, szczególnie w kraju obciążonym tak potężną spuścizną agresywnego ateizmu co Rosja ale niech będzie, za kilka lat zobaczymy, jakie będą owoce.


Kultura

Dwaj najpopularniejsi z ambitnych i najambitniejsi z popularnych pisarzy rosyjskich, Władimir Sorokin i Wiktor Pielewin, opublikowali w zeszłym roku nowe powieści. Sorokin wydaje się odchodzić coraz bardziej od formalnych eksperymentów postmodernizmu na rzecz solidnej fabuły. Widać to było już w poprzedniej jego powieści „Lód”. Opublikowany w zeszłym roku „Dzień oprycznika” kontynuuje ten kierunek. To powieść opisująca rządzoną przez teokrację Rosję połowy XXI wieku, z Kremlem o murach pomalowanych na biało, Wielkim Murem na zachodniej granicy i wszechobecną opryczniną. Czy Sorokin pozazdrościł Wojnowiczowi sukcesu jego kultowej powieści satyrycznej „Moskwa 2042”? Sam pomysł jest na tyle surrealistyczny, że powstaje podejrzenie, iż autor nie tyle bierze się za bary z rosyjską współczesnością co egzorcyzmuje własne kompleksy. Zza maski postmodernisty fruwającego w oparach dekonstrukcji wysunął się łeb cierpiącego na antyreligijną fobię literata - postępowca skrojonego według najlepszych wzorców znad Sekwany. Jednym słowem porażka (choć fragmentami bardzo zabawna), wypada teraz czekać na polskie tłumaczenie i entuzjastyczne recenzje GazWybu.

Pielewin poradził sobie znacznie lepiej. Jego „Empire V” nawiązuje do popularnej ostatnio w pewnych kręgach rosyjskich rozgrywających koncepcji Piątego (po trzech Rzymach i Sowiecji) Imperium. Główny bohater młody wampir Roma Sztorkin obraca się wśród nadludzi poznając idee rządzące współczesnym światem ludzi, których krwią się odżywia, w tym oczywiście z ideą Piątego Imperium. Książka pełna dygresji, trafnych obserwacji, metafizycznych odjazdów i dyskretnych aluzji do stanu rosyjskiego kotła. A i wśród wampirów, okazuje się, istnieje podział na naszych i obcych…

Trzeba też koniecznie wspomnieć o „Wyspie”, najważniejszym rosyjskim filmie zeszłego roku. To niezwykły dramat psychologiczny, którego akcja rozgrywa się w 1976 roku w niedużym monasterze na Morzu Białym. Bohaterem jest jurodiwy mnich imieniem Anatol, palacz w monasterskiej kotłowni. Nad jego życiem ciąży tajemnica: zdrada wobec przyjaciela, której dopuścił się podczas wojny. Do mnicha Anatola, pomimo jego dziwacznego zachowania, ciągną pielgrzymi z całego kraju. Potrafi on bowiem udzielić mądrej porady, wymodlić uzdrowienie a nawet wypędzic złego ducha. Zarazem żyje w stanie ciągłej skruchy i niepewności, modląc się o wybaczenie winy przez przyjaciela, który z powodu jego zdrady stracił życie. Ale jak można wiedzieć, że wina została wybaczona, skąd przyjdzie odpowiedź? O „Wyspie” postaram się napisać więcej w najbliższym czasie, bo to film nietuzinkowy i znakomicie zrealizowany.



Nieruchomości

W zeszłym roku średnia cena metra kwadratowego nowego mieszkania w Moskwie wzrosła z 1800 $ do 4000 $. Średnia pensja mieszkańca Moskwy to obecnie 1000 $. Podobnie jak w Polsce, spekulacyjna gorączka podsycana jest przez merdia, trąbiące na wszystkie strony, że jest to proces konieczny, który potrwa jeszcze kilka lat. W podmoskiewskim letnisku Pieriediełkino powstało luksusowe osiedle dla Nowych Russkich. Koszt działki wyniósł około 4 mln $, koszt rezydencji od 10 do 20 mln $. Nic dziwnego, że deweloper, szwedzko-niemieckie konsorcjum budowlane, dorzucił gratis po małym helikopterku dla każdej rezydencji.

Mimo to pod koniec roku ceny w Moskwie i Petersburgu zaczęły spadać, pojawiły się sięgające 10-15% rabaty. To logiczne, skoro 30% mieszkań zakupiono jako lokatę kapitału, 20% kupili ci, którzy rzeczywiście potrzebowali nowego mieszkania a pozostałe 50% nie znalazło nabywców. Wygląda na to, że szaleństwo na rosyjskim rynku nieruchomości będzie krótsze niż w Polsce. Dokąd trafią środki, które opuszczą nadmuchaną spekulacyjną bańkę? Czy zasilą rachunki banków, dając bodziec dla obniżenia stawek kredytów? Moskwa to państwo w państwie, enklawa przypominająca bardziej Europę niż resztę Rosji, więc taki scenariusz nie jest nieprawdopodobny.


Demografia

Tu nie ma dobrych wieści. Rosja wraz z Ukrainą i Mołdawią jest od lat 90 w światowej czołówce pod względem depopulacji. Co roku rejestruje się tam 700 tys. zgonów więcej niż narodzin. Pewnej nadziei można dopatrywać się w fakcie, że trwający od pięciu lat boom gospodarczy wpłynął na zmniejszenie się poziomu ubóstwa. To jednak nadal zbyt mało aby powstrzymać wyludnienie państwa, którego wschodnie połacie powoli zaczynają przypominać gigantyczny Chinatown.

wtorek, styczeń 09, 2007

O Hofmannstahlu i zagadce protestantyzmu

1.

Po latach wróciłem do lektury Hugo von Hofmannstahla w pięknym przekładzie Pawła Hertza. Klasyczna doskonałość tych szkiców i impresji budzi we mnie dwojakie uczucia. Hofmannstahl (1874-1929) to gigant i zarazem niedobitek starej Europy jeszcze za życia. Porusza się po pejzażu europejskiej kultury z łatwością swoich wielkich poprzedników a niektóre z tekstów to bardziej erudycyjne rozmowy z jej dawno zmarłymi koryfeuszami niż samodzielne refleksje. Do tego wstrząsający wiersz „Tak, niektórzy…”. Choć nie ma w nim żadnych odniesień do chrześcijaństwa, więcej mówi o zbawieniu niż niejedna nieudana modlitwa:

Tak, niektórzy muszą umrzeć nisko
Pod pokładem, ciężkie wznosząc wiosła
Kiedy inni, u steru, wysoko
Widzą ptaków lot i gwiezdne kraje.

Jedni zawsze leżą ociężali,
U korzeni splątanego życia,
Innym za to ustawiono krzesła
Przy sybillach, obok królowych,
Zasiadają tam jak u siebie,
Z lekkim czołem, z lekkimi dłońmi

Ale życie tamtych pada cieniem
Na żywoty siedzących wysoko,
Lekkich w górze i ciężkich na dole
Łączy więź jak z powietrzem i ziemią (…)

Na tle dzisiejszej mizerii szkice Hofmannstahla, choć zachwycające, wydają mi się jednocześnie na poły martwe, tak jak na poły martwe jest to wszystko, co budziło jego fascynację i karmiło twórczy potencjał. Zresztą, ta trudność w odbiorze tekstów Hofmannstahla może być objawem spadku formy, za dużo czytałem ostatnio rzeczy wydanych po czterdziestym piątym i to, co miało być miłą zmianą stylistyki wywołało ostry sprzeciw poddanego powiewom modernizmu mózgu.

Zamykającą wybór „Księgę przyjaciół”, zbiór aforyzmów własnych przeplatany aforyzmami ulubionych autorów Austriaka, czyta się jednak znakomicie. Dwie uwagi Hofmannstahla wpadły mi w oko w związku z aferą Wielgusgate:

Kto w tym, co go dotyczy, uchyla się od jakiejś ogólnie uznanej konwencji moralnej i jej przeczy, to choćby nie czynił tego na głos, wywołuje wir, który wraz z nim wciągnie w swoje odmęty każdego, kto się do niego zbliży.

W pewnych okolicznościach życia publicznego zbyt wiele jest przemądrzałych dzieci i niedojrzałych starców.

2.

Protestantyzm to temat, który nie daje mi spokoju. Zagadka, której nie potrafię rozwiązać. Przyznaję szczerze, że nie rozumiem jak można być protestantem. Rozumiem, że można być rzymskim katolikiem, unitą, anglokatolikiem, Koptem czy syrojakobitą. Pewne elementy typowe dla tych wyznań uznaję za błędne, inne za bliskie czy identyczne z moja wiarą, jeszcze inne budzić mogą nawet zazdrość. Ale jak można być baptystą, zielonoświątkowcem albo metodystą – czyli, jak mawiają w Ameryce, baptystą który nauczył się czytać – już nie mieści mi się w głowie.

Teologia pisana przez protestantów jest po prostu nudna ale nie tu widzę największy problem. Tym, co budzi moje zdziwienie jest milczenie protestantyzmu w kwestii modlitwy. Zdarzało mi się czytać ciekawe artykuły protestantów o egzegezie biblijnej, historii Kościoła, nawet o sztuce sakralnej, ale na coś sensownego o modlitwie nigdy się nie natknąłem. Czyżby nie mieli nic ważnego do powiedzenia? A może się mylę?

Pewien rosyjski mnich, kiedy dowiedział się, że ewangelicki nurt anglikanizmu nie używa w liturgii kadzidła, zapytał, czego w takim razie używają. Ja mam podobnie. W głowie mi się nie mieści, że można się tak po prostu obejść bez „kadzidła”.