Od stabilności do mobilnościPozostań w celi a cela nauczy cię wszystkiego, powiadali Ojcowie Pustyni.
Stabilitas loci, niegdyś rzecz tak naturalna, że wręcz niezauważalna dziś jest przywilejem dostępnym niewielu, nawet nie przywilejem, lecz świadomym i trudnym wyborem. Niełatwo trwać dziś w jednym miejscu zamieszkania czy pozostać przy jednej, wybranej na początku życia zawodowego profesji. Stabilne społeczności to stabilne rodziny, mniej rozwodów, przestępstw, chronicznych nerwic i innych patologii, którymi wszyscy się martwią i z którymi nikt nie wie jak walczyć. Obecnie możemy o nich co najwyżej pomarzyć bo stabilność stała się najbardziej poszukiwanym na świecie kruszcem. Zamiast stabilności mamy za to mobilność, a zamiast żyjącego we względnej stabilności przedmasowego człowieka – hobbita mamy człowieka masowego, samotnego i nadaktywnego.
Ta mobilność ma charakter nie tylko fizyczny, choć przykład USA, gdzie kilkadziesiąt lat temu zdecydowano, że wydatki poniesione na przeprowadzkę do innego stanu w poszukiwaniu pracy będą odliczane od podatku, wskazuje, że system stawia sobie za zadanie ułatwienie takiego stylu życia. Mobilne, płynne, nomadyczne jest całe życie człowieka masowego, którego pogląd na świat formowany jest przez media „opiniotwórcze” dostarczające niekończącego się strumienia informacji splecionego z odpowiednim komentarzem a gust kształtują zmieniające się niczym w kalejdoskopie mody. Dominującą cechą współczesności, od Imperium Americanum przez postEuropę i Rosję po Japonię i Chiny jest brak stabilności zarówno w sferze podstawowych pojęć metapolitycznych i kulturowych jak i codziennego życia. Człowiek, tożsamość kulturowa, rodzina, hierarchia, nawet płeć - nad wszystkimi tymi pojęciami wisi gigantyczny znak zapytania. Ten znak zapytania nie powinien skłaniać ani ku ucieczce w przeszłość ani ku akceptacji tego, co jest. Trzeba odnaleźć siebie w potoku coraz szybciej zmieniających się warunków współczesnego życia a przede wszystkim zadać sobie pytanie, po której jest się stronie, na ile niestabilność współczesnego życia obejmuje moje własne życie, gdzie mogę stworzyć sobie zaciszną przystań a gdzie muszę iść na kompromis.
Większość ludzkości żyła przez większą część historii w stabilności, jaka jest dla nas nieosiągalna. Jeżeli omijały go wojny, człowiek – hobbit mógł przeżyć całe życie w towarzystwie kilkuset dobrze znanych osób i na terenie, który mógł obejść na piechotę w ciągu jednego, dwóch dni. Takie warunki życia nie były idyllą. Małe i zamknięte społeczności potrafią być opresywne; każda wieś potrzebuje swojego głupka a kiedy go nie ma, tworzy go. Śmiem jednak twierdzić, że twarde ograniczenia narzucane przez gospodarkę naturalną w połączeniu z autentyczną ludową kulturą korzystnie wpływały na jakość stosunków międzyludzkich. W takich warunkach życia panowało jasne rozgraniczenie na swoich i obcych i wynikający z niego w miarę stały poziom zaufania i nieufności wobec innych ludzi. Indywidualny stosunek do każdej osoby, swojego czy obcego, był w takich społecznościach czymś bardzo ważnym.
Człowiek masowy żyje w innym świecie, w strefie półcienia, gdzie większość ludzi, których napotyka to „bliscy obcy”. Otaczają nas struktury powszechnej anonimowości. Większość życia upływa nam na wielkiej ilości powierzchownych, półoficjalnych kontaktów w pracy i po pracy. Coraz rzadziej przyjaźnimy się ze swoimi sąsiadami. Mając kontakt z ogromną liczbą ludzi, prawie nikogo nie jesteśmy w stanie dobrze poznać, nie wiemy, kim on jest ani nas to specjalnie nie interesuje. Zawieramy ”przyjaźnie” w Internecie, bo nowoczesne techniki komunikacji umożliwiają nam bycie z każdym, byle nie z człowiekiem, który znajduje się tuż obok. W zatłoczonym mieście człowiek, który jest obok mnie nie jest już konkretną osobą, lecz jednostką, którą ślepy traf umieścił w mojej bezpośredniej bliskości. Skoro jestem najważniejszy w prywatnym scenariuszu mojego życia, to co mnie obchodzą aktorzy drugiego planu i statyści. Nic dziwnego, że we współczesnych społeczeństwach kwitnie po cichu mizantropia. Słowo osoba powoli powraca do swojego pierwotnego znaczenia, etruskie
phersu, od którego wzięła się łacińska
persona oznaczało aktora w masce a więc kogoś czyja tożsamość jest przed nami zakryta.
Odwrócona mimesisObserwując życie współczesnego ludzkiego mrowiska, które, za pośrednictwem telewizji, zamieszkują również liczni mieszkańcy satelickich małych miejscowości i wsi, można stwierdzić, że nieszczęściem i źródłem subtelnego zniewolenia człowieka masowego jest fakt, że żyje on według fałszywej narracji. Aby to zrozumieć dokonajmy małej wycieczki w przeszłość. W czasach antycznych bycie człowiekiem kulturalnym i wykształconym równało się znajomości kanonu klasyki. Aby osiągnąć wykształcenie –
paideia, należało gruntownie poznać dzieła dawnych poetów i pisarzy. Dawne opowieści dostarczały wzorców elokwencji i dobrych manier, ale przede wszystkim definiowały to, co moralne i niemoralne, dobre i złe, pożyteczne i szkodliwe dla społeczności i jednostki (w takiej właśnie kolejności). Zapewniały kontekst, egzystencjalne ramy, w których odnajdywał się człowiek starożytności i które pozwalały mu interpretować wydarzenia składające się na jego własne życie.
Podobnie rzecz miała się w kulturze hebrajskiej, gdzie odpowiednikiem greckiej paidei były dzieje przymierza Boga z narodem wybranym zawarte w Piśmie. W historii Izraela pisarze zawsze odwoływali się do wydarzeń z przeszłości, aby wyjawić i objaśnić działanie Boga w teraźniejszości. I tak, przymierze Boga z Noem nadaje mu status jakby drugiego Adama, gdyż jest opisane językiem nawiązującym do Rdz 1,26-31. Następnie prorok Izajasz opisując wygnanie Izraelitów przyrównuje je do powodzi czasów Noego zaś wyczekiwany powrót z wygnania do wieczystego przymierza łaski. Podobnie dzieje Abrahama, jego schronienie w Egipcie i opuszczenie tego kraju po konflikcie z faraonem(Rdz 12) jest biblijnym typem dla wszystkich późniejszych exodusów narodu wybranego.
Specyfiką kultury europejskiej było połączenie tych dwóch źródeł: antycznej paidei i natchnionego Pisma w jedną spójną całość. Ta całość był de facto zbiorem narracji opartych na Objawieniu i najlepszych refleksjach świata pogańskiego. Stopniowo rosła i wzbogacała się w specyficznych warunkach różnych krajów i epok historycznych, wytwarzając zespół norm, zachowań i zaworów bezpieczeństwa regulujących życie społeczności. Błędem byłoby jednak stwierdzenie, że te narracje były dostępne jedynie dla elity społeczeństwa, które z racji wykształcenia i zamożności mogło korzystać z dóbr przeszłości. Świat ludowej kultury również odżywiał się z tych dwóch źródeł, tyle że w inny, zazwyczaj mniej wysublimowany sposób. Narracje budujące życie prostych ludzi także dotykały najważniejszych problemów egzystencji, często za pomocą mitu czy baśni, która jest zresztą ostatnim stadium życia mitu. Kto potrzebuje dowodu niech przeczyta średniowieczną rumuńską legendę o
mistrzu Manoli i porówna z dowolną dzisiejszą „success story”.
Prawdziwa narracja jest zawsze zbawcza gdyż opowiada o tym, co w życiu człowieka nieprzemijające i wiecznie aktualne. Prawdziwa narracja sprawia potrafi poruszyć każdego człowieka w odpowiedni dla niego sposób. Ideałem takiej narracji jest Dobra Nowina: Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał, Chrystus przyjdzie ponownie, aby sądzić świat. Jak kiedyś napisano, wszyscy jesteśmy słowami jedynego Słowa Bożego.
Jeżeli za sedno kultury uznamy mimesis, czyli naśladowanie i odzwierciedlanie życia w sztuce, to trzeba stwierdzić, że dziś mamy do czynienia z odwrotnością mimesis: prawdziwe życie jednostek ludzkich staje się odzwierciedleniem przeznaczonych dla mas kreacji medialnych, życiem według popkulturowych matryc dostarczonych przez kreatorów iluzji, w których realne problemy ludzkiego życia są nieobecne albo poddane prymitywnej redukcji do kilku podstawowych instynktów, takich jak osiągnięcie dominacji nad innymi ludźmi lub spełnienie seksualne. To nie powinno dziwić, bo scenariusz kierowany nie do konkretnego odbiorcy, lecz do anonimowych mas siłą rzeczy musi się opierać na zasadzie najmniejszego wspólnego mianownika. Człowiek masowy odtwarza w swoim życiu to, co dostarczają mu media, biorąc to za rzeczywistość. Wyrwany z budowanej przez wiele wieków kultury, nie potrafi już znaleźć innych wzorców zachowania poza tymi, które spływają doń z ekranów i kolorowych pism. Te wzorce stanowią niejednokrotnie karykaturę dawnych cnót, np. autoironia zastępuje pokorę a zachwyt nad ludźmi sukcesu to czkawka po kalwińskiej teologii predestynacji. Pomijając przełożenie takiego stanu rzeczy na politykę i gospodarkę jasne jest, że medialne miraże przyczyniają się do wspomnianej w poprzedniej notce epidemii chorób nerwowych. Absurdalne przekonanie, że wszystko będzie dobrze (tzn. będzie można konsumować coraz więcej i więcej) musi budzić głęboką frustrację w konfrontacji z rzeczywistym biegiem życia, w którym zazwyczaj wiele rzeczy nie idzie dobrze. Z drugiej strony ci, którym nie poszło dobrze, czyli biedacy stanowią w społeczeństwie amerykańskim grupę najwierniejszych wyznawców ekranu. Są na to skazani, gdyż dla wielu z nich masowe scenariusze oferowane przez telewizję są jedynym światem, jaki znają. Wciąż wierzą w amerykański mit sukcesu, być może nawet bardziej niż ludzie z klasy średniej.
Amerykański historyk i prawnik
Daniel Boorstin był pionierem badań nad tą ekspansją sztuczności do tkanki życia. W wydanej w 1961 roku monografii „Obraz” opisał zjawisko „rewolucji graficznej”, która rozpoczęła się w połowie XIX wieku w Ameryce i do której dołączyli później Europejczycy. Upowszechnienie fotografii i nowoczesnych technik drukarskich a po nich filmu i telewizji spowodowało inflację obrazów i dewaluację ich symbolicznych znaczeń w społeczeństwie. W czasach przedrewolucyjnych obrazy były rzadkością: w kościele widywano wizerunki Jezusa, Maryi i świętych, w ratuszach znajdowały się czasem portrety prezydentów lub gubernatorów, obrazy wisiały tylko w najzamożniejszych domach a na ilustrowane albumy z reprodukcjami mało kogo było stać. Zalew obrazów siłą rzeczy spowodował obniżenie ich rangi w społecznej świadomości. Symbol zbyt często używany i powszechnie dostępny traci swoją moc. Zamiast dawnych obrazów pojawiły się za to coraz liczniejsze iluzje, najpierw w formie reklamy, potem w postaci opowieści dla mas prezentowanych w kinie i telewizji. Boorstin pisał w czasach, kiedy wiele z technik masowej narracji znajdowało się w powijakach, przynajmniej z naszej perspektywy. Opisywał raczej sztuczne dekoracje, w jakich rozgrywa się życie człowieka masowego, mniej uwagi poświęcając „scenariuszowi” tego życia, który współcześnie także stał się produktem. Dzieło Boorstina kontynuowali i pogłębiali potem myśliciele tak różni jak
Guy Debord,
Jean Baudrillard i
Thomas Molnar a i obecnie można znaleźć ciekawą
książkę w tym temacie.
Coraz więcej jest dziś ludzi, którzy odnoszą swoje życie do narzuconych z zewnątrz, wyprodukowanych w hipermedialnym Dream Syndicate Inc. narracji. Ktoś powtarza dowcip znany z popularnego filmu, czyjś gest jest zabawny, bo naśladuje gestykulacje gwiazdy filmowej. Nawet zachowania seksualne są dziś stymulowane przez media. Powstaje swoisty kanon tych sztucznych zachowań, reakcji i gestów, który liczy sobie raptem dwa, trzy, może cztery dziesięciolecia i który niemal całkowicie wyparł dawny kanon określający w Europie człowieka kulturalnego. Piszący te słowa, który ma skłonność do zbyt częstego powtarzania słów Lorda Vadera:
I find your lack of faith disturbing, jest tego żywym przykładem. Fabryka narracji staje się coraz sprawniejsza i produkuje coraz więcej sztucznych wzorców: kreuje postacie nonkonformistów, dziwaków i zboczeńców równie chętnie, co ludzi sukcesu i bohaterów, ale nie oszukujmy się, wszyscy oni są sztuczni i dalecy od prawdziwego życia. Słusznie zauważył niedawno Dariusz Karłowicz, że element kreacji rzeczywistości w kulturze masowej dawno już przekroczył poziom tego, co można nazwać drobnym retuszem, korektą czy upiększeniem.
Ktoś może zaoponować, że i człowiek-hobbit miał swój kanon fraz, zachowań i odniesień zrozumiałych tylko dla innych ludzi-hobbitów. To błędny argument. Istnieje ogromna różnica między grupą ludzi, którzy żyjąc we wspólnym środowisku i spędzając wspólnie niemal cały czas, powtarzają pewne gesty czy zachowania a tłumem warunkowanych przez media anonimowych konsumentów reklamy i popularnych telewizyjnych narracji. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z żywą tradycją konkretnej społeczności, w drugim z pasywnym powielaniem tego, co narzuca wytwórca snów na jawie.
Aby ta notka nie przekształciła się w jałową diatrybę napiszę, że nie cała kultura masowa służy dziś manipulacji żyjącymi w wykreowanym świecie fałszywych narracji masami. Wiele racji jest w uwadze Eliadego, że kultura popularna jest ostatnim polem, na którym możliwe jest przedstawienie klasycznych wątków heroicznych a nawet religijnych bez narażenia się na śmieszność. Wciąż pojawiają się dzieła, które w popularnej formie nawiązują do klasycznych wątków naszej kultury. Jednym z takich dzieł jest w mojej opinii cykl powieści o Harrym Potterze. Ale i tu trzeba pamiętać, że dzieła takie nie mają swojej wartości autonomicznej. O ich prawdziwej wartości przesądza w równej mierze popularna forma co więź z kanonem europejskiej kultury.
cdn.