wtorek, luty 27, 2007

O Tolkienie (trochę) inaczej

Ostatni numer "Nowej Fantastyki" zawiera łakomy kąsek w postaci szkicu Tadeusza A. Olszańskiego o wątkach chrześcijańskich u Tolkiena. Olszański nie idzie przecieraną mozolnie od kilku lat ścieżką „Tolkiena-Jako-Piątego-Ewangelisty” lecz wskazuje na religijną różnorodność stworzonego przez Profesora świata. Inna jest religia „Silmarilliona”, inna „Władcy Pierścieni”, inna ostatnich, niedokończonych dzieł, w których pojawiają się i upadek pierwszych ludzi i Wcielenie.

Dzieło Tolkiena jest niewątpliwie przesiąknięte chrześcijaństwem, tak jak chleb nasiąka miodem, którym jest posmarowany (stąd tytuł szkicu) ale, jak pisze autor traktowanie Tolkiena jako „chrześcijańskiej odpowiedzi na Harry’ego Pottera” mija się z celem i trudno nie przyznać mu racji. Nie oszukujmy się: gdyby rzetelnie policzyć ile stowarzyszeń neopogańskich inspiruje się twórczością autora „Władcy Pierścieni” a ilu wieloksięgiem Rowling, wynik wskazywałby zdecydowanie na Profesora. Jakby nie było, tekst Olszańskiego to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika fantastyki.

W tym samym numerze „Ja, Cthulhu”, znakomita parodia prozy Lovecrafta pióra Neila Gaimana a także zabawny komiks o tym, jak globalna demokracja doprowadziła do zagłady ludzkości. Na ten numer NF zdecydowanie warto wydać dziewięć złotych.

Suworow na ołtarze?

Z opóźnieniem dotarły do mnie wieści o zamieszczonym na łamach GazWybu artykule poświęconym szykującej się podobno kanonizacji generała Suworowa. Jako że GazWyb niezwykle rzadko pisze prawdę na tematy religijne, nie potraktowałem sprawy poważnie, ale do artykułu jednak zajrzałem. Lektura tekstu potwierdziła moje podejrzenia. Wiele z przywołanych faktów poddano ideologicznej nadinterpretacji, pełno też w nim zdań kuriozalnych i ewidentnych kłamstw: można np. dowiedzieć się, że Rasputin był mnichem zaś „kanonizacja wielkich i krwawych wodzów należy do tradycji Cerkwi”. Nieuważny czytelnik może wręcz dojść do wniosku, że budowana cerkiew ma być pod wezwaniem „świętego generała”. Kierowany poczuciem obowiązku przeszukałem największe rosyjskie portale prawosławne w poszukiwaniu jakichś materiałów dotyczącej tej kanonizacji jednak nic nie znalazłem. Rosyjski Guglewicz zapytany o dokumenty zawierające słowa „Suworow” i „kanonizacja” skontrował mnie pytaniem czy nie poszukiwałem raczej kombinacji „Suworowa” z „kanalizacją”. Zatem nad dziełem pp. Radziwonowicza i Poczobuta można przejść do porządku dziennego choć całej sprawie warto, jak sądzę, poświęcić kilka słów.

Załóżmy przez chwilę, że kanonizacja Suworowa rzeczywiście wisi w powietrzu. Tym, co rzucałoby się w oczy, byłby niezwykły modernizm takiego projektu. Kult Suworowa, generała który nie przegrał ani jednej bitwy i który przez wielu historyków wojskowości uznawany jest za najwybitniejszego obok Aleksandra Macedońskiego dowódcę wszechczasów, jest w Rosji powszechny i trwa nieprzerwanie od dnia jego śmierci. „Suworowskie” szkoły kadetów istniały i za czasów carskich i na emigracji, istnieją również w dzisiejszej Rosji. A jednak przez dwa z górą stulecia, jakie upłynęły od jego śmierci, w łonie rosyjskiego Kościoła prawosławnego nigdy nie zrodził się pomysł kanonizacji Suworowa. Przypuszczam więc, że idea ta narodziła się w środowiskach od Kościoła odległych i zarazem poszukujących jego poparcia dla realizacji własnych celów politycznych.

Rozwiązanie zagadki znajduje się prawdopodobnie w historii Rosji ostatnich kilkunastu lat. Jelcynowska smuta i oczywiste fiasko projektu o nazwie Wspólnota Niepodległych Państw mocno przeorały polityczną i historyczną świadomość (podświadomość?) Rosjan. Z Pierwszego Narodu Imperium stali się nagle Rosjanami, zamieszkującymi po prostu Rosję. Ale wbrew pozorom świadomość narodowa Rosjan po okresie sowieckim jest dość słaba w porównaniu z większością krajów europejskich i nie bardzo wiedzą oni jak tę swoją rosyjskość konsumować i realizować. W dzisiejszej Rosji trwa więc ideologiczno-historyczny ferment, który ma zrodzić nową świadomość polityczną i historyczną i dokonać syntezy doświadczeń czasów carskich, sowietyzmu i Ery Gazpromu. Ferment ten jest po części spontaniczny a po części sterowany przez kremlowskich „technologów politycznych” (i stąd upiorna rosyjsko-sowiecka mieszanka wyrażająca się choćby w postaci nowego hymnu Federacji Rosyjskiej).

Głosy domagające się kanonizacji Iwana Groźnego i Rasputina zostały stłumione przez Patriarchat Moskiewski kilka lat temu (o ile pamiętam nie obeszło się bez ekskomuniki niektórych zwolenników swoiście pojmowanej rosyjskiej „historii świętej”). Być może środowiska usiłujące tworzyć ideologię Nowej Rosji w poszukiwaniu odpowiednich symboli będą sięgały po mniej kontrowersyjną (wiem, że z polskiej perspektywy brzmi to dziwnie) postać Suworowa. I choć cała sprawa wydaje mi się - z powodów o których napisałem powyżej - bliższa fikcji niż rzeczywistości, to odtąd będę śledził ją z uwagą, gdyż zgodnie z rosyjskim przysłowiem „cziem czort nie szutit”.





sobota, luty 24, 2007

Wielkopostna lekcja: nie prowadzić „życia duchowego”

Wielki Post co roku zaskakuje w inny sposób. W tym roku, w czasie czterodniowej podróży przez Wielki Kanon Pokutny ostatecznie utwierdziłem się w przekonaniu, że najgorsze, co może spotkać człowieka wierzącego to chęć prowadzenia życia „duchowego”. Skąd to przekonanie? Po części bierze się z powodów czysto prywatnych. Znani mi ludzie, którzy twierdzili albo dawali do zrozumienia, że takie życie prowadzą, należeli do najbardziej smutnych i bojących się realnego życia osób, jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek spotkać. Ale jest też inna przyczyna, którą łatwo pojąć dzięki uważnemu wsłuchaniu się w słowa kanonu św. Andrzeja z Krety. Wszystkie, w większości starotestamentowe, przykłady, jakie przedkłada do refleksji autor kanonu pokazują, że człowiek upada wtedy, gdy skupia się na sobie, kiedy mówi „bądź wola moja”. I tu właśnie tkwi największe niebezpieczeństwo „życia duchowego” tak jak pojmuje je wiele osób. Skupiając się na swoim wnętrzu, na własnym uświęceniu, na modlitwie wewnętrznej, bardzo łatwo przeoczyć, że w centrum nadal pozostaję „ja” a nie On. Cnotliwe zachowanie, lektura książek o duchowości i modlitwie, regularne odmawianie modlitwy Jezusowej albo różańca, wszystko są to rzeczy same w sobie bardzo pożyteczne, które zarazem stanowić mogą prawdziwy mur, przez który Bogu bardzo ciężko przebić się do serca człowieka. Człowiek „uduchowiony” jest samowystarczalny a w rzeczywistości pyszny. Wiem, co piszę, bo sam miałem w życiu taką przygodę z „duchowością”, z której Bóg miłosiernie mnie wyciągnął.

Nie wydaje mi się, żeby święci mieli świadomość, że prowadzą jakieś „życie duchowe”, o którym powstaje teraz tak wiele uczonych książek. Raczej starali się żyć w ciszy, prostocie i pokorze, mając się za grzeszników większych od swoich bliźnich i czekając, aż dzięki tym trudom zacznie w nich działać Bóg. Jakże prawdziwie brzmią tu słowa kanonu św. Andrzeja z fragmentu przeznaczonego na czwartek pierwszego tygodnia Wielkiego Postu: Godnych owoców pokuty nie żądaj ode mnie, bowiem moc moja osłabła we mnie. Daruj mi zawsze serce skruszone i ubóstwo duchowe, abym je jako przyjemną ofiarę złożył Tobie, jedyny Zbawco.

Skąd wziąć moc, jak się wzmocnić? Myślę, że im bardziej wyrzekamy się siebie, swojej pieczołowicie budowanej „duchowości”, tym więcej siły przychodzi do nas od Boga: Po to właśnie się trudzę walcząc Jego mocą, która potężnie działa we mnie (Kol 1,29). I jeszcze: Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15,5).

wtorek, luty 20, 2007

W drodze do Paschy

Z radością wejdźmy w początek Postu
Nie okazujmy smutnych twarzy...
Całe śmiertelne życie jest tylko jednym dniem, jak powiedziano,
Tym, którzy trudzą się z miłością.
W Wielkim Poście jest dni czterdzieści:
zachowajmy je wszystkie w radości.


Wczoraj rozpoczął się w Kościele prawosławnym Wielki Post. W świątyniach gasną światła a śpiewy ustępują miejsca czytaniom. To czas klęczenia i prostracji. W dni powszednie Wielkiego Postu nie czyta się Ewangelii i nie sprawuje Liturgii eucharystycznej. Dobra Nowina zostaje zawieszona na czas ponownego „dojrzewania” wiernych do tajemnicy Krzyża i Zmartwychwstania, który w hymnografii nosi miano „duchowej wiosny”. Czytane są natomiast trzy księgi Starego Testamentu: Księga Przysłów, Proroctwo Izajasza i Księga Rodzaju. Ten układ czytań pochodzi z bardzo dawnych czasów, kiedy Wielki Post stanowił uwieńczenie katechizacji dorosłych, szykujących się do przyjęcia chrztu w Wielką Sobotę. Każda z tych ksiąg, czytana chrystocentrycznie, objawia inną stronę zbawczego dzieła Chrystusa: uświęcenie ludzkiej duszy, uświęcenie Ludu Bożego i uświęcenie całego stworzenia. W Chrystusie odnowiony i naprawdę żywy staje się cały świat. Wobec tej prawdy każdy człowiek jest wiecznym katechumenem.




sobota, luty 17, 2007

The way we live now (2)

O zbawczych i zgubnych narracjach

Od stabilności do mobilności

Pozostań w celi a cela nauczy cię wszystkiego, powiadali Ojcowie Pustyni. Stabilitas loci, niegdyś rzecz tak naturalna, że wręcz niezauważalna dziś jest przywilejem dostępnym niewielu, nawet nie przywilejem, lecz świadomym i trudnym wyborem. Niełatwo trwać dziś w jednym miejscu zamieszkania czy pozostać przy jednej, wybranej na początku życia zawodowego profesji. Stabilne społeczności to stabilne rodziny, mniej rozwodów, przestępstw, chronicznych nerwic i innych patologii, którymi wszyscy się martwią i z którymi nikt nie wie jak walczyć. Obecnie możemy o nich co najwyżej pomarzyć bo stabilność stała się najbardziej poszukiwanym na świecie kruszcem. Zamiast stabilności mamy za to mobilność, a zamiast żyjącego we względnej stabilności przedmasowego człowieka – hobbita mamy człowieka masowego, samotnego i nadaktywnego.

Ta mobilność ma charakter nie tylko fizyczny, choć przykład USA, gdzie kilkadziesiąt lat temu zdecydowano, że wydatki poniesione na przeprowadzkę do innego stanu w poszukiwaniu pracy będą odliczane od podatku, wskazuje, że system stawia sobie za zadanie ułatwienie takiego stylu życia. Mobilne, płynne, nomadyczne jest całe życie człowieka masowego, którego pogląd na świat formowany jest przez media „opiniotwórcze” dostarczające niekończącego się strumienia informacji splecionego z odpowiednim komentarzem a gust kształtują zmieniające się niczym w kalejdoskopie mody. Dominującą cechą współczesności, od Imperium Americanum przez postEuropę i Rosję po Japonię i Chiny jest brak stabilności zarówno w sferze podstawowych pojęć metapolitycznych i kulturowych jak i codziennego życia. Człowiek, tożsamość kulturowa, rodzina, hierarchia, nawet płeć - nad wszystkimi tymi pojęciami wisi gigantyczny znak zapytania. Ten znak zapytania nie powinien skłaniać ani ku ucieczce w przeszłość ani ku akceptacji tego, co jest. Trzeba odnaleźć siebie w potoku coraz szybciej zmieniających się warunków współczesnego życia a przede wszystkim zadać sobie pytanie, po której jest się stronie, na ile niestabilność współczesnego życia obejmuje moje własne życie, gdzie mogę stworzyć sobie zaciszną przystań a gdzie muszę iść na kompromis.

Większość ludzkości żyła przez większą część historii w stabilności, jaka jest dla nas nieosiągalna. Jeżeli omijały go wojny, człowiek – hobbit mógł przeżyć całe życie w towarzystwie kilkuset dobrze znanych osób i na terenie, który mógł obejść na piechotę w ciągu jednego, dwóch dni. Takie warunki życia nie były idyllą. Małe i zamknięte społeczności potrafią być opresywne; każda wieś potrzebuje swojego głupka a kiedy go nie ma, tworzy go. Śmiem jednak twierdzić, że twarde ograniczenia narzucane przez gospodarkę naturalną w połączeniu z autentyczną ludową kulturą korzystnie wpływały na jakość stosunków międzyludzkich. W takich warunkach życia panowało jasne rozgraniczenie na swoich i obcych i wynikający z niego w miarę stały poziom zaufania i nieufności wobec innych ludzi. Indywidualny stosunek do każdej osoby, swojego czy obcego, był w takich społecznościach czymś bardzo ważnym.

Człowiek masowy żyje w innym świecie, w strefie półcienia, gdzie większość ludzi, których napotyka to „bliscy obcy”. Otaczają nas struktury powszechnej anonimowości. Większość życia upływa nam na wielkiej ilości powierzchownych, półoficjalnych kontaktów w pracy i po pracy. Coraz rzadziej przyjaźnimy się ze swoimi sąsiadami. Mając kontakt z ogromną liczbą ludzi, prawie nikogo nie jesteśmy w stanie dobrze poznać, nie wiemy, kim on jest ani nas to specjalnie nie interesuje. Zawieramy ”przyjaźnie” w Internecie, bo nowoczesne techniki komunikacji umożliwiają nam bycie z każdym, byle nie z człowiekiem, który znajduje się tuż obok. W zatłoczonym mieście człowiek, który jest obok mnie nie jest już konkretną osobą, lecz jednostką, którą ślepy traf umieścił w mojej bezpośredniej bliskości. Skoro jestem najważniejszy w prywatnym scenariuszu mojego życia, to co mnie obchodzą aktorzy drugiego planu i statyści. Nic dziwnego, że we współczesnych społeczeństwach kwitnie po cichu mizantropia. Słowo osoba powoli powraca do swojego pierwotnego znaczenia, etruskie phersu, od którego wzięła się łacińska persona oznaczało aktora w masce a więc kogoś czyja tożsamość jest przed nami zakryta.


Odwrócona mimesis

Obserwując życie współczesnego ludzkiego mrowiska, które, za pośrednictwem telewizji, zamieszkują również liczni mieszkańcy satelickich małych miejscowości i wsi, można stwierdzić, że nieszczęściem i źródłem subtelnego zniewolenia człowieka masowego jest fakt, że żyje on według fałszywej narracji. Aby to zrozumieć dokonajmy małej wycieczki w przeszłość. W czasach antycznych bycie człowiekiem kulturalnym i wykształconym równało się znajomości kanonu klasyki. Aby osiągnąć wykształcenie – paideia, należało gruntownie poznać dzieła dawnych poetów i pisarzy. Dawne opowieści dostarczały wzorców elokwencji i dobrych manier, ale przede wszystkim definiowały to, co moralne i niemoralne, dobre i złe, pożyteczne i szkodliwe dla społeczności i jednostki (w takiej właśnie kolejności). Zapewniały kontekst, egzystencjalne ramy, w których odnajdywał się człowiek starożytności i które pozwalały mu interpretować wydarzenia składające się na jego własne życie.

Podobnie rzecz miała się w kulturze hebrajskiej, gdzie odpowiednikiem greckiej paidei były dzieje przymierza Boga z narodem wybranym zawarte w Piśmie. W historii Izraela pisarze zawsze odwoływali się do wydarzeń z przeszłości, aby wyjawić i objaśnić działanie Boga w teraźniejszości. I tak, przymierze Boga z Noem nadaje mu status jakby drugiego Adama, gdyż jest opisane językiem nawiązującym do Rdz 1,26-31. Następnie prorok Izajasz opisując wygnanie Izraelitów przyrównuje je do powodzi czasów Noego zaś wyczekiwany powrót z wygnania do wieczystego przymierza łaski. Podobnie dzieje Abrahama, jego schronienie w Egipcie i opuszczenie tego kraju po konflikcie z faraonem(Rdz 12) jest biblijnym typem dla wszystkich późniejszych exodusów narodu wybranego.

Specyfiką kultury europejskiej było połączenie tych dwóch źródeł: antycznej paidei i natchnionego Pisma w jedną spójną całość. Ta całość był de facto zbiorem narracji opartych na Objawieniu i najlepszych refleksjach świata pogańskiego. Stopniowo rosła i wzbogacała się w specyficznych warunkach różnych krajów i epok historycznych, wytwarzając zespół norm, zachowań i zaworów bezpieczeństwa regulujących życie społeczności. Błędem byłoby jednak stwierdzenie, że te narracje były dostępne jedynie dla elity społeczeństwa, które z racji wykształcenia i zamożności mogło korzystać z dóbr przeszłości. Świat ludowej kultury również odżywiał się z tych dwóch źródeł, tyle że w inny, zazwyczaj mniej wysublimowany sposób. Narracje budujące życie prostych ludzi także dotykały najważniejszych problemów egzystencji, często za pomocą mitu czy baśni, która jest zresztą ostatnim stadium życia mitu. Kto potrzebuje dowodu niech przeczyta średniowieczną rumuńską legendę o mistrzu Manoli i porówna z dowolną dzisiejszą „success story”.

Prawdziwa narracja jest zawsze zbawcza gdyż opowiada o tym, co w życiu człowieka nieprzemijające i wiecznie aktualne. Prawdziwa narracja sprawia potrafi poruszyć każdego człowieka w odpowiedni dla niego sposób. Ideałem takiej narracji jest Dobra Nowina: Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał, Chrystus przyjdzie ponownie, aby sądzić świat. Jak kiedyś napisano, wszyscy jesteśmy słowami jedynego Słowa Bożego.

Jeżeli za sedno kultury uznamy mimesis, czyli naśladowanie i odzwierciedlanie życia w sztuce, to trzeba stwierdzić, że dziś mamy do czynienia z odwrotnością mimesis: prawdziwe życie jednostek ludzkich staje się odzwierciedleniem przeznaczonych dla mas kreacji medialnych, życiem według popkulturowych matryc dostarczonych przez kreatorów iluzji, w których realne problemy ludzkiego życia są nieobecne albo poddane prymitywnej redukcji do kilku podstawowych instynktów, takich jak osiągnięcie dominacji nad innymi ludźmi lub spełnienie seksualne. To nie powinno dziwić, bo scenariusz kierowany nie do konkretnego odbiorcy, lecz do anonimowych mas siłą rzeczy musi się opierać na zasadzie najmniejszego wspólnego mianownika. Człowiek masowy odtwarza w swoim życiu to, co dostarczają mu media, biorąc to za rzeczywistość. Wyrwany z budowanej przez wiele wieków kultury, nie potrafi już znaleźć innych wzorców zachowania poza tymi, które spływają doń z ekranów i kolorowych pism. Te wzorce stanowią niejednokrotnie karykaturę dawnych cnót, np. autoironia zastępuje pokorę a zachwyt nad ludźmi sukcesu to czkawka po kalwińskiej teologii predestynacji. Pomijając przełożenie takiego stanu rzeczy na politykę i gospodarkę jasne jest, że medialne miraże przyczyniają się do wspomnianej w poprzedniej notce epidemii chorób nerwowych. Absurdalne przekonanie, że wszystko będzie dobrze (tzn. będzie można konsumować coraz więcej i więcej) musi budzić głęboką frustrację w konfrontacji z rzeczywistym biegiem życia, w którym zazwyczaj wiele rzeczy nie idzie dobrze. Z drugiej strony ci, którym nie poszło dobrze, czyli biedacy stanowią w społeczeństwie amerykańskim grupę najwierniejszych wyznawców ekranu. Są na to skazani, gdyż dla wielu z nich masowe scenariusze oferowane przez telewizję są jedynym światem, jaki znają. Wciąż wierzą w amerykański mit sukcesu, być może nawet bardziej niż ludzie z klasy średniej.

Amerykański historyk i prawnik Daniel Boorstin był pionierem badań nad tą ekspansją sztuczności do tkanki życia. W wydanej w 1961 roku monografii „Obraz” opisał zjawisko „rewolucji graficznej”, która rozpoczęła się w połowie XIX wieku w Ameryce i do której dołączyli później Europejczycy. Upowszechnienie fotografii i nowoczesnych technik drukarskich a po nich filmu i telewizji spowodowało inflację obrazów i dewaluację ich symbolicznych znaczeń w społeczeństwie. W czasach przedrewolucyjnych obrazy były rzadkością: w kościele widywano wizerunki Jezusa, Maryi i świętych, w ratuszach znajdowały się czasem portrety prezydentów lub gubernatorów, obrazy wisiały tylko w najzamożniejszych domach a na ilustrowane albumy z reprodukcjami mało kogo było stać. Zalew obrazów siłą rzeczy spowodował obniżenie ich rangi w społecznej świadomości. Symbol zbyt często używany i powszechnie dostępny traci swoją moc. Zamiast dawnych obrazów pojawiły się za to coraz liczniejsze iluzje, najpierw w formie reklamy, potem w postaci opowieści dla mas prezentowanych w kinie i telewizji. Boorstin pisał w czasach, kiedy wiele z technik masowej narracji znajdowało się w powijakach, przynajmniej z naszej perspektywy. Opisywał raczej sztuczne dekoracje, w jakich rozgrywa się życie człowieka masowego, mniej uwagi poświęcając „scenariuszowi” tego życia, który współcześnie także stał się produktem. Dzieło Boorstina kontynuowali i pogłębiali potem myśliciele tak różni jak Guy Debord, Jean Baudrillard i Thomas Molnar a i obecnie można znaleźć ciekawą książkę w tym temacie.

Coraz więcej jest dziś ludzi, którzy odnoszą swoje życie do narzuconych z zewnątrz, wyprodukowanych w hipermedialnym Dream Syndicate Inc. narracji. Ktoś powtarza dowcip znany z popularnego filmu, czyjś gest jest zabawny, bo naśladuje gestykulacje gwiazdy filmowej. Nawet zachowania seksualne są dziś stymulowane przez media. Powstaje swoisty kanon tych sztucznych zachowań, reakcji i gestów, który liczy sobie raptem dwa, trzy, może cztery dziesięciolecia i który niemal całkowicie wyparł dawny kanon określający w Europie człowieka kulturalnego. Piszący te słowa, który ma skłonność do zbyt częstego powtarzania słów Lorda Vadera: I find your lack of faith disturbing, jest tego żywym przykładem. Fabryka narracji staje się coraz sprawniejsza i produkuje coraz więcej sztucznych wzorców: kreuje postacie nonkonformistów, dziwaków i zboczeńców równie chętnie, co ludzi sukcesu i bohaterów, ale nie oszukujmy się, wszyscy oni są sztuczni i dalecy od prawdziwego życia. Słusznie zauważył niedawno Dariusz Karłowicz, że element kreacji rzeczywistości w kulturze masowej dawno już przekroczył poziom tego, co można nazwać drobnym retuszem, korektą czy upiększeniem.

Ktoś może zaoponować, że i człowiek-hobbit miał swój kanon fraz, zachowań i odniesień zrozumiałych tylko dla innych ludzi-hobbitów. To błędny argument. Istnieje ogromna różnica między grupą ludzi, którzy żyjąc we wspólnym środowisku i spędzając wspólnie niemal cały czas, powtarzają pewne gesty czy zachowania a tłumem warunkowanych przez media anonimowych konsumentów reklamy i popularnych telewizyjnych narracji. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z żywą tradycją konkretnej społeczności, w drugim z pasywnym powielaniem tego, co narzuca wytwórca snów na jawie.

Aby ta notka nie przekształciła się w jałową diatrybę napiszę, że nie cała kultura masowa służy dziś manipulacji żyjącymi w wykreowanym świecie fałszywych narracji masami. Wiele racji jest w uwadze Eliadego, że kultura popularna jest ostatnim polem, na którym możliwe jest przedstawienie klasycznych wątków heroicznych a nawet religijnych bez narażenia się na śmieszność. Wciąż pojawiają się dzieła, które w popularnej formie nawiązują do klasycznych wątków naszej kultury. Jednym z takich dzieł jest w mojej opinii cykl powieści o Harrym Potterze. Ale i tu trzeba pamiętać, że dzieła takie nie mają swojej wartości autonomicznej. O ich prawdziwej wartości przesądza w równej mierze popularna forma co więź z kanonem europejskiej kultury.


cdn.

wtorek, luty 13, 2007

Jak Kozacy pod pantoflem chodzili



Urodzony we wsi o cudnej nazwie Nahujewice pisarz Iwan_Franko napisał kiedyś o swojej koleżance po piórze Łesi Ukraince, że jest ona jedynym mężczyzną w ukraińskiej literaturze. Ta uwaga ukraińskiego klasyka nie wzięła się z próżni. Rzeczywiście ginokracja (wolę tę nazwę od kojarzącego się z neolitem matriarchatu) tkwi głęboko w zbiorowej duszy naszego południowo-wschodniego sąsiada, o którym tak często zapominamy przytłoczeni gigantycznym sąsiedztwem Rosji. W końcu, jak twierdzą historycy Krym i czarnomorskie wybrzeże Ukrainy były terenami, gdzie wyjątkowo długo utrzymywał się kult Kybele a na stepie i dziś można znaleźć liczne kamienne baby, których stawiania ukraińskie chłopstwo zaprzestało dopiero w XIX wieku.

Ciekawie wypada porównanie w tym aspekcie ukraińskiego folkloru z folklorem innych narodów wschodniej i północnej Słowiańszczyzny. Pełno w nim wątków, w których widoczna jest dominacja żony nad mężem, nieraz osiągająca apogeum w formie fizycznej eksterminacji małżonka. W Polsce czy Rosji zwykle mamy do czynienia z odwrotną sytuacją, tu raczej mąż „daje popalić” żonie. Zdaniem wielu antropologów w baśniach i mitach Ukrainy archetyp ojca częściej niż gdzie indziej związany jest ze strachem i przemocą. W ukraińskiej kulturze mamy do czynienia z hipertrofią „Kobiety Zewnętrznej”: kobiety-matki, matki-ziemi, matki-natury, wobec której mężczyzna jawi się jako pasywny obiekt jej działań. Brakuje natomiast typowego dla większości kultur europejskich archetypu „Pięknej Damy”, w stosunku do której mężczyzna jest czynnikiem aktywnym: obrońcą, adoratorem, opiekunem. Dlatego ukraińscy mężczyźni są w codziennym rodzinnym życiu ślamazarnymi pantoflarzami, Co prawda zdarzają się im od czasu do czasu okresy pasjonarnych wybuchów (powstania kozackie, rzeź wołyńska), są to jednak raczej przerwy w odwiecznej drzemce niż dominujący rys charakteru.

Niezwykle mocna pozycja ukraińskich kobiet znajduje potwierdzenie i w nowszej historii. Jeszcze w XIX wieku powszechną praktyką na ukraińskiej wsi był wybór narzeczonego przez młodą dziewczynę a nawet coś co nazwałbym „samoswactwem”: dziewczyna osobiście prosiła rodziców przyszłego męża o zgodę na ślub. Kodeks cywilny Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej jako jedyny w Raju Krat dopuszczał możliwość przybrania podwójnego nazwiska po ojcu i matce. Nic więc dziwnego, że nad Kijowem góruje olbrzymi pomnik Ojczyzny Matki a dziesięciolecie niepodległości uczczono odsłonięciem kolejnego kolosa, pomnika Matki Ukrainy.

Historia i kultura Ukrainy obfituje w postacie silnych i wpływowych kobiet: św. Olga, Marusia Bogusławka, Roksolana, Marko Wowczok, Łesia Ukrainka, Olga Kobylańska, Salomea Pawłyczko, Lina Kostenko, Roksana Zabużko. Najbardziej barwne osobowości współczesnej ukraińskiej polityki to też kobiety: Julia Timoszenko, Natalia Witrenko, Jarosława Stećko.

Ukraińskie kobiety zwykle bardzo podobają się przybyszom z zagranicy (ciemną stroną tej sympatii jest fakt, że Ukrainki zdominowały w dużej mierze europejski i rosyjski rynek prostytucji) ale ukraińscy mężczyźni nie wzbudzają już takiego entuzjazmu wśród zagranicznych przedstawicielek słabej płci. Po kolejnej pasjonarnej mini-eksplozji jaką była „Pomarańczowa Rewolucja” ukraińscy mężczyźni przypatrują się sennie jak energiczni Rosjanie za pomocą swojego języka, swoich surowców i swojego, coraz większego kapitału, powoli „prywatyzują” ich kraj.

Oczywiście powyższe słowa nie wyczerpują tematu ukraińskiej tożsamości. Ukraina to także Chmielnicki, Szewczenko, Kociubiński, to filozof-włóczęga Hryhoryj Skoworoda i inny włóczęga, kompozytor cerkiewny Artemiusz Wedel, który zakończył życie jako dziad proszalny, to kozackie czajki łupiące Imperium Otomańskie, wojny z Rzeczpospolitą i próby znalezienia własnej tożsamości w państwie Habsburgów. Ale wydaje mi się, że warto pamiętać o tej specyfice narodowego charakteru Ukraińców. Kto chce mieć wpływy w tym kraju musi poznać jego kobiety.







czwartek, luty 08, 2007

The way we live now (1)

O człowieku co chciał być bardzo piękny i nigdy nie umrzeć

Od pewnego czasu nachodzi mnie chęć krótkiego syntetycznego opisania wielu zjawisk tzw. współczesności, które z tych czy innych względów uważam za szkodliwe. Nie zrozumcie mnie źle. Nie zamierzam nikomu podsuwać recept na dzisiejsze bolączki, szczególnie recept konserwatywnych, odwołujących się do jakiejś chwalebnej przeszłości. Zbyt długo obracałem się w środowiskach wszelkiej maści „konserwatorów” by nie wiedzieć, że ich recepty na rzeczywistość nieodmiennie przypominają motoryzacyjny koszmarek o nazwie PT Cruiser - stylizowana na „stare dobre czasy” fasada kryje w środku rozwiązania nie tylko nowoczesne, ale na dodatek siermiężne.

Nie pretenduję do miana odkrywcy. Wszystkie zjawiska, o których chcę pisać są już gdzieś opisane, podobnie jak ich przyczyny: technicyzacja życia, urbanizacja i umasowienie, wreszcie ekspansja mass mediów i inżynieria społeczna uprawiana od dziesięcioleci przez oligarchów Wschodu i Zachodu. Nie chcę także udawać, że żyję sobie spokojnie poza zasięgiem tych zjawisk. W wielu z nich uczestniczę mimowolnie, wbrew woli a czasem i dobrowolnie. Współczesność to moja ojczyzna, którą wprawdzie traktuję zgodnie z Listem do Diogneta (Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze… Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą) ale której nie zamierzam opluwać. Dawka bólu i trosk, jaką każda epoka funduje ludziom jest zapewne niezmienna, ale inne epoki są mi niedostępne więc pisać będę o swojej.



Od człowieka poćciwego do człowieka masowego

W temacie mas, epoki mas czy rewolty mas przelano ocean atramentu. Już myśliciele tak odlegli w czasie jak Chateaubriand, Tocqueville czy Mill wskazywali na zagubienie jednostki w tłumie, co z naszej perspektywy może albo brzmieć komicznie albo budzić podziw dla ich zdolności profetycznych. Szczyt tej, całkiem zresztą uzasadnionej, masofobii to przełom XIX i XX wieku, czas który przyniósł klasyczne dzieła LeBona i Pareto. I rzeczywiście, okres od Wiosny Ludów po II Wojnę to epoka bezprecedensowych w swojej skali ruchów masowych i rewolucji. Nie mogło być inaczej odkąd nagle upodmiotowiony le citoyen dostał do jednej ręki karabin a do drugiej kartkę wyborczą. Najszlachetniejsze i najpodlejsze głowy rozmyślały nad sposobami opanowania tej energii mas, skierowania jej do realizacji swoich celów politycznych. Dziś mamy to wszystko za sobą. Masy są spacyfikowane, rozbrojone, zatomizowane, nasycone, leniwe i wyzbyte ambicji politycznych. Ale choć nie ma mas a epoka mas przeminęła, pozostał człowiek masowy w niej uformowany. To bardzo intrygujące, że ten typ człowieka istnieje nadal choć epoka, która go zrodziła odeszła w przeszłość. Człowieka masowego celnie opisał w latach trzydziestych ubiegłego wieku Ortega y Gasset:

W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy więc wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony brak poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie te cechy są charakterystyczne dla rozpuszczonego dziecka… Dziecko tak wychowane nie ma okazji doświadczyć granicy własnych możliwości.

I rzeczywiście, człowiek masowy w niepokojący sposób przypomina dziecko. Każdy, kto ma małe dzieci lub choć trochę przebywał w ich towarzystwie, wie, jak bardzo ich psychika odbiega od psychiki osób dorosłych. Dziecko żyje w innym czasie. Jego dzień zawiera tyle wrażeń co nasz tydzień, tydzień – to kilka naszych dorosłych miesięcy, miesiąc – trudno nawet powiedzieć. Dorastanie to proces dostosowania indywidualnego, subiektywnego czasu dziecka do czasu „dorosłej” rzeczywistości, w tym zrozumienie, że przyczynę od skutku zwykle dzielić musi jakiś odcinek czasu. Z faktu, że dziecko żyje w innym czasie niż dorośli wynika typowa dla niego chęć natychmiastowego zaspokojenia. W tym właśnie punkcie psychika człowieka masowego zbliża się do psychiki dziecka. Taki stan rzeczy nie bierze się znikąd. Życie nastawione na natychmiastowe zaspokojenie staje się życiem permanentnie zinfantylizowanym. Osiągnięcia cywilizacji zapewniają dziś znacznie większą dostępność środków do realizacji egoistycznych celów wpisanych w ludzką naturę po upadku. Współczesny świat jest (jeszcze) cywilizowany ale coraz większa ilość jego tubylców oddala się od miana człowieka cywilizowanego. Tacy ludzie nie tyle żyją w cywilizacji co z niej korzystają, nie zastanawiając się, skąd wzięły się jej dobrodziejstwa i jakie mogą być skutki nierozumnego z nich korzystania. Choć proroków szczęśliwej przyszłości polegającej na wciąż rosnącej konsumpcji nie ma dziś zbyt wielu, są oni bardzo wpływowi: Dawkins, Kurzweil, Toffler, Gingrich. Ich poglądy, odpowiednio nagłaśniane, pomagają utrzymać masową iluzję niewyczerpanego Eldorado oczekującego przyszłe pokolenia.

Podstawowym problemem świata zatomizowanych ludzi masowych jest brak jakiejkolwiek spójnej wizji życia społeczności i jednostki w niej żyjącej. Znaleźć ją dziś można chyba tylko w zamkniętych grupach, takich jak Amisze. Mamy dużo dobrych, może nawet coraz lepszych środków ale brak nam już jakiegokolwiek celu. Nie wiemy, dokąd jedziemy. Progresywiści nie zgodzą się, wskazując, że (zgodnie z wyznawaną przez nich religią humanizmu) takim celem jest „człowiek”, jego dobrobyt i wolność, ale to nieprawda. W rzeczywistości to właśnie człowiek masowy, któremu wydaje się, że jest wolny i że stanowi centrum świata, jest dziś traktowany jako środek. Skoro celem jest pomyślność człowieka to machina gospodarcza państwa musi funkcjonować jak najlepiej. Dla osiągnięcia „szczęścia” trzeba przecież zapewnić jak największą dostępność jak największej ilości „dóbr”. Żeby tak się działo człowiek musi wkładać jak najwięcej wysiłku w wytwarzanie coraz to większej ilości tych dóbr i usług a następnie posłusznie je konsumować. Wytwarzając „szczęście” człowieka de facto czyni się go narzędziem, jednym ze „środków” zapewniających działanie zamkniętego kręgu produkcji i konsumpcji.

Najlepiej konsumuje się będąc młodym i dlatego świat człowieka masowego to takie



Wieczne Juwenalia

Młodość uczyniono dziś głównym punktem odniesienia w dyskusji o wartości życia, bo młodość to niedojrzałość a co za tym idzie możliwość odłożenia rzeczywistych obowiązków ad calendas Graecas. Nie bez znaczenia jest też fakt, że kimś kto jest niedojrzały i unika odpowiedzialności łatwiej manipulować. Jeżeli spora cześć populacji żyje w ten sposób to jest to w krótkiej perspektywie wygodne dla polityków, a współcześni politycy myślą tylko w takiej perspektywie.

Nigdy tak wielu ludzi nie miało tak dużo osobistej wolności i nigdy tak niewielu było zdolnych by z niej korzystać. Współczesność pełna jest niedojrzałych trzydziestolatków, którzy osiągając niezłe wyniki w życiu zawodowym - choć trzeba przyznać, że coraz mniej ludzi stara się dziś osiągnąć solidny zawód dajmy na to lekarza czy prawnika, zadowalając się pozycją szefa działu sprzedaży czegoś tam - są zupełnie niezdolni do dojrzałego i pełnego życia. Fundamentalnym błędem, a może już cechą wrodzoną, swoistym kalectwem, człowieka masowego jest nieumiejętność życia właśnie. Myli on życie z aktywnością, kieruje nim wewnętrzny imperatyw robienia „czegoś” bez przerwy. Nawet jak wypoczywa, to koniecznie „aktywnie”, to jest już standardowy fragment CV, które zdarza mi się w pracy czytać. W takim człowieku zanika umiejętność refleksji, cieszenia się wolna chwilą, ciszą i mową przyrody. Nieustanną aktywnością musi zagłuszać wewnętrzną pustkę.

Człowiek masowy niezbyt lubi dzieci bo dziecko to trud, obowiązek i przede wszystkim duże koszty. Nie przepada też za ludźmi starymi, bo człowiek stary przypomina, że nieustanne juwenalia kiedyś dobiegną końca, że pod koniec podróży każdego oczekuje nieunikniona dawka bólu, smutku i strachu. Starzy ludzie, jeśli już się pojawiają w reklamach, w niczym nie przypominają staruszków znanych z rzeczywistego życia. Człowiek masowy, kiedy się starzeje albo nawet widzi prawdziwą starośc, wpada w panikę i czyni wszystko aby się odmłodzić. Jest wyznawcą i klientem „miękkiej” eugeniki. Botoksem szprycują się dziś nawet dwudziestoparolatki. Mamy tu do czynienia z efektem wypierania z wizji społecznej wszystkiego, co odbiega od ideału kreowanego przez media (szerzej napiszę o tym kolejnej notce). Drabina wieku skurczyła się: dzieci pną się górę wcześniej, dorośli, w tym nawet ludzie u progu starości podążają w dół, wszyscy starają się utrzymać w nieokreślonej, na pozór trwającej bez końca młodzieńczości. W istocie konsumpcjonizm Wiecznych Juwenaliów jest próbą zrekompensowania strachu przed śmiercią (bardzo ciekawie opisuje ten mechanizm ludzkiego działania św. Maksym Wyznawca, postaram się kiedyś opisać go dokładniej jeśli popełnię obiecany Dantemu i Oneirosowi wpis o antropologii Ojców). W cywilizacji, w której z grobu nie sączy się już światło Zmartwychwstania wszystko prócz poszukiwania przyjemności i komfortu traci sens. Realny dyskurs o śmierci staje się niemożliwy, jedyne co pozostaje to „uczta w czasie dżumy”: żyć tak, jakby śmierci wcale nie było, ukrywając strach pod maską beztroski.

Z tego powodu Wiecznym Juwenaliom towarzyszy głęboki, zawsze obecny w tle lęk. Nigdy tylu ludzi nie cierpiało z powodu nerwic, zaburzeń psychicznych, depresji i rozpaczy. Nigdy tak wielu nie poddawało się władzy wszelkiej maści specjalistów od poprawiania losu i zapewniania szczęścia od ręki. Nigdy kompleksy nie były tak rozpowszechnione. Kompleks podobny jest do demona - a może jest po prostu działaniem demonicznym - gdyż cel jego działań stanowi aktywacja zakodowanej w ludzkiej naturze próżności. Kompleksom towarzyszą przeróżne mody na oszpecanie własnego ciała takie jak piercing. Jest on w istocie karą wymierzoną własnemu ciału za to, że nie jest „doskonałe”. Ktoś kto zawieszony jest między bezlitosnymi wymogami społecznego wyścigu a sztucznie wykreowanym ideałem fizycznej doskonałości (np. w przypadku kobiet takim medialnym ideałem jest pół-anorektyczka z implantami, oczywiście nie stomatologicznymi) będzie albo podejmował próżny wysiłek w celu dorównania temu ideałowi albo zacznie kaleczyć własne ciało, oszpecać się.

Krytyka „wiecznie młodych” ludzi niewiele jednak zdziała. Nie mają łatwo. Skąd ma czerpać wzorce godnego przeżywania wieku dojrzałego i starości młody Amerykanin czy postEuropejczyk, którego posługująca się slangiem nastolatków sześćdziesięcioletnia babcia właśnie zafundowała sobie lifting pupy a starszy o kilka lat dziadzio z młodszą o dwadzieścia pięć lat czwartą żoną wyruszył na światowe tournee swoich rówieśników z kapeli The Rolling Stones? Długo nie zapomnę znajomego brokera z Londynu, niemłodego już faceta, który podczas suto zakropionej kolacji w meksykańskiej knajpie wyznał mi z rozbrajająca szczerością: I don’t want to be a fuckin’ granddaddy when I retire.

cdn.

poniedziałek, luty 05, 2007

Nad rzekami Babilonu



Wczorajsza, druga z kolei niedziela przedpościa, to tzw. Niedziela o Synu Marnotrawnym. Sens przypowieści jest jasny: powrót do Boga przez pokorę i ukazanie, że miłosierdzie Boże nie ma granic dla tych, którzy zwracają się ku niemu w skrusze. Choć opowieść koncentruje się na osobach ojca i młodszego syna, nie należy zapominać tragicznej figury starszego z braci. Kalomiros pisze wręcz, że w tej przypowieści widać, w jaki sposób budujemy sobie piekło za życia: „Jeżeli ktoś nie może zrozumieć jak to możliwe, by miłość Boża była dla kogoś jak płomienie, niech rozważy przykład starszego brata marnotrawnego syna. Czy nie mieszkał on w majątku ojca? Czy nie posiadał wszystkiego, co miał ojciec? Czyż ojciec nie kochał go? Czy ojciec nie pofatygował się by zaprosić go na ucztę, nie proponował mu udziału w radości? Co uczyniło go zgorzkniałym, co sprawiło, że płonął w sercu ogniem zgorzknienia i nienawiści? Czy odmówiono mu czegoś? Czemu nie cieszył się z powrotu brata? Czemu nie kochał ani jego ani ojca? Czy nie stało się tak z powodu jego wewnętrznego usposobienia? (…) Co, prócz własnej nienawiści i zgorzknienia, oddzielało go od wszystkich radosnych domowników? Czy ojciec lub brat przestali go kochać? Czy to nie ta miłość utwardzała jeszcze bardziej jego serce? Czy nie radość czyniła go smutnym? Czy w jego sercu nie zamieszkała nienawiść do ojca i brata, nienawiść do miłości, jaką ojciec darzył marnotrawnego syna a syn ojca? To jest właśnie piekło: zaprzeczenie miłości, nienawiść w odpowiedzi na miłość, złość na widok cudzej niewinnej radości. Piekło to być otoczonym miłością i chować zgorzknienie w sercu”.

Niedziela o Synu Marnotrawnym to także przypomnienie, że świat, w którym żyjemy nie jest „naturalny”. Naturalne jest życie w jedności z Bogiem, do którego byliśmy powołani na początku. Dlatego w tradycji słowiańskiej począwszy od tej niedzieli na jutrzni niedzielnej śpiewa się psalm 137, lament wygnańców wspominających utraconą Jerozolimę.

W związku z tym psalmem przypomina mi się historyczna ciekawostka. Sowieccy Żydzi od czasów Breżniewa jako jedyni posiadali możliwość legalnej emigracji z Raju Krat. Wielu z nich oczekując na załatwienie dokumentów i wyjazd do Izraela (w rzeczywistości zwykle trafiali do Ameryki) przychodziło w przedpościu do cerkwi aby słuchać tego właśnie psalmu.


Nad rzekami Babilonu - tam myśmy siedzieli i płakali, kiedyśmy wspominali Syjon.
Na topolach tamtej krainy zawiesiliśmy nasze harfy.
Bo tam żądali od nas pieśni ci, którzy nas uprowadzili,
pieśni radości ci, którzy nas uciskali:
Zaśpiewajcie nam jakąś z pieśni syjońskich!
Jakże możemy śpiewać pieśń Pańską w obcej krainie?
Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie, niech uschnie moja prawica!
Niech język mi przyschnie do podniebienia,
Jeśli nie będę pamiętał o tobie,
Jeśli nie postawię Jeruzalem ponad największą moją radość.
Przypomnij, Panie, synom Edomu, dzień Jeruzalem,
Kiedy oni mówili: Burzcie, burzcie - aż do jej fundamentów!
Córo Babilonu, niszczycielko, szczęśliwy, kto ci odpłaci za zło, jakie nam wyrządziłaś! Szczęśliwy, kto schwyci i rozbije o skałę twoje dzieci.