piątek, marzec 30, 2007

Zwycięzca śmierci wraca na czas


1.

Dziś według wschodniego kalendarza liturgicznego przypada ostatni, czterdziesty dzień Wielkiego Postu. Dwa następne dni: sobota, w której wspominane jest wskrzeszenie Łazarza i Niedziela Palmowa, stanowią pomost między Wielkim Postem a Wielkim Tygodniem.

Czasem wydaje mi się, że wolę atmosferę Wielkiego Tygodnia od Paschy. Może wynika to z mojej natury, skłonnej do umiarkowanego pesymizmu, a może z naturalnego porządku rzeczy, w którym smutku bywa więcej niż radości. Może przyczyną jest niezwykłe piękno i duża ilość wielkotygodniowych nabożeństw. W każdym razie świąteczna sytość rodzinnej posiadówki po trwającej do rana liturgii paschalnej nieraz potrafi skutecznie stłumić radość Zmartwychwstania, którą jestem w stanie odzyskać dopiero po kilku dniach, w świetlistej atmosferze liturgii kolejnych niedziel paschalnych.

U progu Wielkiego Tygodnia dobrze przypomnieć w jaki sposób przeżywali tajemnicę Krzyża i Zmartwychwstania pierwsi chrześcijanie. Nieraz zapominamy, jak ważna była dla nich więź między dziełem Chrystusa a pismami Starego Przymierza. Apostoł Paweł w 1 Liście do Koryntian przekazuje słowa Ewangelii:

Przekazałem wam na początku to, co przejąłem; że Chrystus umarł - zgodnie z Pismem - za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem [1 Kor 15,3-4]


Oczywiście Pismo, o którym pisze apostoł to Stary Testament, żadnego innego „Pisma” wtedy nie było. Słowo Boże nie tylko wcieliło się aby umrzeć za grzechy ludzi ale również objawiło się na kartach świętych pism narodu wybranego. Chrystus nie tylko dobrowolnie przyjął naturę ludzką aby odkupić nas w ciele, musiał jeszcze dodatkowo pouczyć apostołów o sobie, o tym że jest Mesjaszem, o tym, co się właściwie stało na Golgocie.

Co robili apostołowie po Ukrzyżowaniu? Kiedy minął pierwszy szok, łowili sobie rybki nad Jeziorem Tyberiadzkim. Fakt Zmartwychwstania, mimo kilku spotkań z Jezusem, pozostawał dla nich niezrozumiały, brali go za zjawę, jedynie Jan coś tam zdawał się rozumieć (ujrzał i uwierzył, jak sam mówi w swojej Ewangelii). Uczniowie na drodze do Emaus nie poznali swojego Mistrza, który musiał im objaśnić, że Pismo mówi właśnie o nim i nauczyć sprawowania Eucharystii:


Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. [Łk 24,25-32]


Nie tylko w Ewangeliach ale i w Apokalipsie Chrystus jest tym, który naucza o sobie i odsłania właściwe znaczenie Pisma:

A nie mógł nikt - na niebie ani na ziemi, ani pod ziemią - otworzyć księgi ani na nią patrzeć. A ja bardzo płakałem, że nikt nie znalazł się godzien, by księgę otworzyć ani na nią patrzeć. I mówi do mnie jeden ze Starców: Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, tak że otworzy księgę i siedem jej pieczęci. I ujrzałem między tronem z czworgiem Zwierząt a kręgiem Starców stojącego Baranka, jakby zabitego, a miał siedem rogów i siedmioro oczu, którymi jest siedem Duchów Boga wysłanych na całą ziemię. On poszedł, i z prawicy Zasiadającego na tronie wziął księgę. A kiedy wziął księgę, czworo Zwierząt i dwudziestu czterech Starców upadło przed Barankiem, każdy mając harfę i złote czasze pełne kadzideł, którymi są modlitwy świętych. I taką nową pieśń śpiewają: Godzien jesteś wziąć księgę i jej pieczęcie otworzyć, bo zostałeś zabity i nabyłeś Bogu krwią twoją [ludzi] z każdego pokolenia, języka, ludu i narodu, i uczyniłeś ich Bogu naszemu królestwem i kapłanami, a będą królować na ziemi. [Ap 5,3-10]

Chrześcijaństwo jest jednym wielkim paradoksem, postawieniem na głowie porządku tego świata. Słowa św. Ireneusza z Lyonu: „skoro istniał Ten, który zbawia, musieli pojawić się przeznaczeni do zbawienia” są na pierwszy rzut oka zagadkowe a jednak wyrażają w zwięzły sposób wiarę pierwotnego Kościoła. Nigdy, nawet w ogrodzie Edenu, nie było chwili, w której ludzie nie potrzebowaliby Chrystusa. Skutkiem upadku było stopniowe zapomnienie przez ludzi tej prawdy. Apostoł Paweł przyznawał, że zanim napotkał Chrystusa na drodze do Damaszku, był przekonany, że jest wobec Boga bez zarzutu (zob. Flp 3,5-6) i nie był w tym myśleniu osamotniony. Innymi słowy najpierw musiało pojawić się rozwiązanie problemu czyli ukrzyżowany Chrystus, aby ludzie zdali sobie sprawę, że w ogóle jest z nimi jakiś problem. Dopiero ukrzyżowany, zmartwychwstały i „wyniesiony na prawicę Boga” Chrystus otworzył przed ludźmi sens Pisma aby mogli zrozumieć, że jest ich Zbawicielem.

Myślę, że to dobra nauka na Wielki Tydzień: nie zaczynać od przyznania, że jest się grzesznikiem i dlatego potrzebuje się Zbawiciela, lecz odwrotnie, najpierw szukać Zbawiciela, bo tylko on potrafi odsłonić przed każdym człowiekiem prawdziwą treść księgi jego życia i dać dar prawdziwego widzenia własnych grzechów.


2.

Niedawno natrafiłem na niezwykłe kazanie dotyczące chrztu Chrystusa, który, podobnie jak Boże Narodzenie, jest liturgicznie ściśle związany z Jego męką. Stary Testament kilkakrotnie opisuje cudowne rozstąpienie się wód (wyjście z Egiptu, płaszcz Elizeusza, Arka Przymierza nad Jordanem). Ale kiedy Syn Boży, święty Izraela, chrzcił się w Jordanie, wody nie rozstąpiły się. Chrystus jest Bogiem, przed którym nie rozstępują się wody, Bogiem który dobrowolnie idąc na krzyż zanurza się w śmierć aby odnaleźć swoje tonące w śmierci i grzechu owce i obdarzyć je życiem.


Ja życie moje oddaję, aby je /potem/ znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. [J 10,17-18]


Wszystkim czytelnikom Studionu życzę owocnego duchowo i spokojnego czasu Wielkiego Tygodnia.





środa, marzec 28, 2007

Kolejne zwiastuny z Potterlandii



Bloomsbury, brytyjski wydawca książek J.K.Rowling oraz jej amerykański wydawca Scholastic Inc. ujawnili dzisiaj jak będą wyglądały okładki ostatniego tomu przygód HP. Okładka amerykańska wygląda intrygująco, zwraca uwagę kolorystyka, nawiązująca do alchemicznej struktury cyklu: złoto, czerwień i pomarańcz to kolory związane z rubedo, finalnym etapem Wielkiego Dzieła:








Pocjusz i Voldek wpatrują się w coś, co najwyraźniej jest im obydwu bardzo potrzebne. Sceneria jest mocno apokaliptyczna i przypomina nieco amfiteatr w Ministerstwie Magii przeniesiony cudem na powierzchnię ziemi. Na dole obrazka widać rozbity pień katowski (ale ossohozi?) :













Okładka brytyjskiej edycji dla dorosłych zawiera natomiast rysunek czegoś, co najpewniej jest medalionem Slytherina (kunsztowne S zdobione szmaragdami):










Wreszcie okładka brytyjskiego wydania dla młodzieży:






Cała załoga ma najwyraźniej kłopoty w miejscu, które wygląda na schowek w Banku Gringotta. Ukryty za plecami Harry’ego Zgredek wznosi Miecz Gryffindora. Z tyłu okładki trzy węże: biały, czarny i złoty zamknięte w szklanej kuli, co także jest nawiązaniem do symboliki alchemicznej.

Wszystkie okładki z opcją powiększenia są dostępne na stronie Dziurawego Kotła.



Dodatek z 29-III

Parę kolejnych obserwacji:

1/ Okładka brytyjskiej edycji młodzieżowej nie wyszła spod pędzla wybitnego rysownika. Ciała całej trójki unoszą się tak, jakby rzecz działa się pod wodą, brakuje im tylko akwalungów. Powiększenie pokazuje mocne rumieńce (oparzenia?) na twarzach i skaleczenia na rękach a w okularach HP odbija się coś białego, zapewne płomienie. Być może oglądamy scenę smoczego chuchnięcia, które wyrzuca HP et consortes z pomieszczenia.

2/ Muszę zrewidować jedną ze swoich wczorajszych ocen. To, czego z wyraźną nadzieją wypatruje Pocjusz z ręka wzniesiona ku górze, budzi wyraźną niechęć Voldemorta, którego ręka kieruje się ku dołowi. Fawkes nadlatuje?

3/ Włosy HP układają się w taki sposób, że nie można stwierdzić, czy w czasie pojedynku z Voldkiem ma on jeszcze swoją bliznę na czole.

4/ Ostatnie dziwactwo: Hogwart z brytyjskiej okładki edycji młodzieżowej wygląda trochę jak japońskie zamki lodowe z Sapporo.


A tak naprawdę to wszystkiego dowiemy się latem.












Króciutka refleksja o szlachetnej nauce teologii



Dominikanin Marie-Dominique Chenu należał do czołowych w XX wieku znawców dzieła Tomasza z Akwinu. Wielu tomistów – tradycjonalistów (tych, o których Gomez Davila pisał, że mogliby się wymienić personelem z marksistami) uważało go za bardzo nieortodoksyjnego myśliciela. Tłumacząc na ludzki oznacza to, że Chenu miał, w odróżnieniu od nich, coś ważnego do powiedzenia. Jest on autorem bon motu, o którym powinni pamiętać wszyscy, którzy interesują się teologią a już na pewno ci, którzy związani są z nią zawodowo: absolutyzowanie św. Tomasza równa się wyprawieniu mu pogrzebu pierwszej klasy.

Dlaczego pisze o tym prawosławny na swoim blogu? Ano dlatego, że takich mistrzów od wyprawiania pogrzebów pierwszej klasy jest i u nas pod dostatkiem, tyle że zamiast wielkich scholastyków lubimy grzebać Ojców Kościoła. Czym, jeśli nie luksusowym pogrzebem, jest traktowanie św. Chryzostoma, św. Bazylego czy św. Grzegorza Teologa jako źródła cytatów, swojego rodzaju skorowidza zawierającego nieomylne odpowiedzi na wszelkie pytania. Zamiast zadać sobie trud zrozumienia, dlaczego Ojcowie mieli taki a nie inny pogląd na jakiś temat, w jaki sposób doszli do takich a nie innych opinii, wolimy bezrefleksyjnie ich cytować.

Jeśli teologia traci z oczu swój jedyny cel, jakim jest zmiana sposobu myślenia ludzi o Bogu (po ludzku - nawrócenie), to staje się wyjątkowo niebezpieczną dziedziną wiedzy antykwarycznej, przed czym uchowaj nas Boże.



PS

Swoją drogą mocne to były chłopy, ci francuscy kato-moderniści. Chenu, de Lubac, Congar, wszyscy przeżyli ponad 90 lat.





poniedziałek, marzec 26, 2007

Bad Moon Rising





Wiosna w pełni, słońce nad Warszawą świeci niczym w jakiejś Grecyjej zaś włączona rano radiowa Trujka zamiast typowej od pewnego czasu dla tej stacji mdłej mieszanki popowo-hopowej puszcza „Bad Moon Rising” w oryginalnym wykonaniu Creedence Clearwater Reviwal. Wszyscy miłośnicy bagiennego blueso-country-rocka z Południa Hameryki mogą posłuchać sobie tej klasycznej i przemiłej piosenki tutaj.






czwartek, marzec 22, 2007

Varia 22.III.2007

1. Zostać prawdziwym gnostykiem

Człowiek wkracza a raczej powinien wkraczać w dorosłość dwukrotnie. Po raz pierwszy, kiedy podejmuje najważniejszą decyzję, jaka jest zawarcie małżeństwa albo poświecenie się Bogu jako mnich lub kapłan żyjący w celibacie. Małżeństwo, szczególnie w przypadku mężczyzny, to doskonałe panaceum na sztucznie przedłużaną młodzieńczość i „wolność” marnowania własnego czasu.

Ale istnieje jeszcze druga, ważniejsza dorosłość, którą osiągnąć jest znacznie trudniej. Jest to stanie się „człowiekiem modlitwy”, kimś kto potrafi wyrosnąć ponad obowiązki stanu i codzienną bieganinę, nieraz jakże ważną, bo obejmującą np. zapewnienie edukacji dzieciom. Wbrew optymistycznym deklaracjom wygłaszanym przez różnego rodzaju „dobrych chrześcijan” wszelkich denominacji jest to prawie niewykonalne. Osobiście mam wrażenie, że ponoszę w tej walce porażkę za porażką.

O tym problemie „dorosłości drugiego stopnia” wiedziano w Kościele od początku. Ostatnio natrafiłem na fragment „Kobierców” Klemensa Aleksandryjskiego poświęcony tej sprawie. Czytając go trzeba pamiętać o specyfice języka, jakim posługiwał się Klemens: „gnostyk” w jego terminologii nie ma nic wspólnego ze zwolennikami Marcjona i Walentyna. To po prostu chrześcijanin, który stara się realizować swoją wiarę (prawdziwą gnosis) w praktyce:

(…) ma gnostyk wzory w postaciach apostołów. A prawdziwym mężczyzną okazuje się nie przez wybór samotnego życia, lecz tym „zwycięża mężów”, iż troszcząc się o małżeństwo, płodzenie dzieci oraz opiekę nad domem, jednocześnie nie wykazuje wrażliwości ani na rozkosz, ani na ból. Mimo troski o dom, nie daje się oderwać od miłości do Boga, zwycięsko wychodząc z wszelkiej próby, na jaką tylko wystawia go sytuacja ojca rodziny, męża, pana służby i właściciela majętności. Natomiast kto w ogóle nie posiada rodziny, tego rodzaju prób los mu na ogół oszczędza. Oto choć troszczy się tylko o samego siebie, jednak ustępuje temu, który wprawdzie pozostaje w tyle za nim w zakresie własnego zbawienia, ale przewyższa go swą pieczą o życie całej swej rodziny, ucieleśniając nieudolnie i w miniaturze odbicie prawdziwej Opatrzności.

Zatem nie pozostaje mi nic innego jak stać się prawdziwym gnostykiem :-)



2. Soundtrack do życia

Wyczytałem ostatnio w jednym z amerykańskich serwisów internetowych, że wkrótce telefony komórkowe wzbogacą się o nową funkcjonalność. Będzie to sącząca się cicho w czasie rozmowy melodia, wybrana przez właściciela telefonu albo po prostu dostarczana przez sieć telefonii komórkowej. Taka ścieżka dźwiękowa do życia i zarazem indywidualny „herb” dźwiękowy. Bardzo mnie to zastanowiło. Dawno temu, w roku 1985, stałem się dumnym posiadaczem swojego pierwszego walkmana. Było to zakupiony w Peweksie za niemałą podówczas sumę $49, wypasiony jak na tamte czasy sprzęt wyposażony w equalizer i trzy rodzaje Dolby (!). Chodzenie po mieście z walkmanem było w tamtych czasach nobilitujące, dawało poczucie łączności z „Zachodem” i możliwość odcięcia się od szarej (dosłownie, wtedy prawie wszyscy chodzili w spodniach o różnych odcieniach szarości i błotnistej zieleni, produkowanych przez firmy polonijne lub kupowanych na Różycu i Skrze) warszawskiej rzeczywistości schyłkowej komuny. Z biegiem czasu z różnych powodów porzuciłem walkmana i dziś wsiadając do warszawskiego metra bywam przerażony ilością ludzi, którym z głów wyrastają słuchawki i anteny. Podobno w wielkich metropoliach Europy i Ameryki, o Azji nie wspominając, jest jeszcze gorzej.

Socjologowie w Imperium i jego prowincjach europejskich publikują badania, z których wynika, że rośnie liczba osób spędzających ze słuchawkami na uszach kilka godzin dziennie. Mówiąc prościej istnieje spora grupa ludzi, dla których tło dźwiękowe nie jest już czymś w rodzaju porannego kopa takiego jak filiżanka kawy lecz pełni funkcję dostarczyciela nastroju, motywacji, stymulatora aktywności. Myślę, że pod tym kątem trzeba oceniać rozmowy młodych ludzi toczone ze słuchawkami na uszach. Nie jest to (tylko) świadectwo braku kindersztuby lecz jedna z postaci fenomenu „sonoryzacji”. Jestem ciekaw jak duża jest skala tego zjawiska i nie wiem do końca, jak je oceniać. Czy taki dźwiękowy eskapizm jest czymś złym, bo w końcu mamy do czynienia z jakąś formą sztucznej stymulacji ludzkich emocji, czy też odwrotnie, pozwala zachować odrobinę indywidualności w wielkim mrowisku.




środa, marzec 21, 2007

Wieści z Potterlandii


„Harry Potter and the Deathly Hallows”, ostatni tom cyklu o przygodach Harry’ego Pottera będzie liczył 748 stron, informuje wydawnictwo Scholastic Inc. Będzie to zatem drugi co do objętości tom, ustępujący rozmiarom tylko „Zakonowi Feniksa”. I nie dziwota, bo umiejętne pozwijanie wielu wątków, z których utkana jest fabuła tej fascynującej serii wymaga naprawdę dużej knigi.

Przy okazji warto rzucić okiem na wpis zamieszczony na oficjalnym blogu American Chesterton Society o intelektualnych fascynacjach pani Rowling. Coraz wyraźniej widać, że krucjata przeciw „demonicznej wiedźmie z Edynburga” opiera się na kruchutkich podstawach.


poniedziałek, marzec 19, 2007

The way we live now (3)


W niewoli srebrnego ekranu




Oh love oh love just to see them
Acting on the silver screen, oh my
Clark Gable, Fairbanks, Maureen O'Sullivan
Fantasy would fill my life and I
Love fantasy so much
Did you see in the morning light
I really talked, yes I did, to Gods early dawning light
And I was privileged to be as I am to this day
To be with you. To be with you.

(Jon and Vangelis “The Friends of Mr. Cairo”)



Czytelnicy Studionu wiedzą, że uważam inflację obrazów i związane z nią rozpowszechnienie fałszywych narracji za jedną z głównych przyczyn opłakanego stanu duchowego i intelektualnego współczesności. Dzisiejszy wpis to mała kontynuacja poświęconej tym problemom drugiej notki z cyklu The Way We Live Now. Pragnę napisać trochę o produkcie audiowizualnym zwanym filmem, który zrobił zawrotną karierę w XX wieku i bez którego to stulecie nie wyglądałoby tak jak wyglądało.

Sprawa jest o tyle trudna, że wszyscy przywykliśmy do filmu i traktujemy go jako coś normalnego. Czasy, kiedy w naszych domach nie było telewizorów a kino było objazdową atrakcją dostępną kilka razy w roku wydają się dziś bardzo odległe, choć w niemal całej Europie tak było jeszcze jakieś sześćdziesiąt lat temu. Niezależnie od tego, po której stronie Żelaznej Kurtyny przyszło się nam urodzić, film wyświetlany w sali kinowej albo na ekranie domowego telewizora towarzyszył nam od dzieciństwa. To zżycie się z filmem, traktowanie go jako coś oczywistego, jako normalny element codzienności utrudnia przyjrzenie mu się chłodnym okiem. A przecież jest to bardzo niezwykłe, bezprecedensowe w dziejach „komedii ludzkiej” zjawisko.

Na pierwszy problem związany z filmem natrafiamy w chwili, kiedy próbujemy zaklasyfikować go do jakiejś kategorii sztuk. Czy należy mu się miejsce w dostojnym towarzystwie sztuk pięknych: malarstwa, rzeźby, architektury, muzyki, literatury, tańca i teatru czy też winno się go zaliczać do sztuki użytkowej? A może tkwi gdzieś na pograniczu? Może różnym filmom należy się różne miejsce? Otóż wydaje się, że film jest całkowicie autonomiczny. Zaliczenie go do beaux arts nie ma sensu. Sztuki piękne charakteryzują się tym, że istnieją w dużej mierze dla siebie samych. Krytykowane wielokrotnie przez lewaków i utylitarystów hasło „sztuka dla sztuki” dobrze oddaje istotę sztuk pięknych. Oczywiście niektóre z nich, w szczególności architektura, mają jednocześnie charakter użytkowy, ale tym, co determinuje sztuki piękne jest, wedle słów Keatsa tworzenie „rzeczy pięknych i radości wiecznej”. Film równie ciężko zaliczyć do sztuki użytkowej , jak przywykliśmy od kilkudziesięciu lat nazywać wszelkie postacie rzemiosła. Nawet jeśli przyjmiemy, że film dostarczany jest ludziom w celu zaspokojenia pewnych codziennych potrzeb, to sposób w jaki jest to czynione nadaje mu status odrębny w stosunku do masy zwykłych produktów użytkowych.

Jest jeszcze jeden wymiar, wspólny sztukom pięknym i sztuce użytkowej, którego nie posiada film: ścisły związek z ludzką cielesnością. Budynki, obrazy i rzeźby powstają dzięki fizycznej pracy ludzkich rąk (dlatego przez wieki odmawiano rzeźbiarzom miana artystów odnosząc ich do kategorii rzemieślników) i mogą być poznawane nie tylko wzrokiem ale i dotykiem. Muzyka rodzi się z kontaktu rąk lub oddechu muzyka z instrumentem, teatr i taniec oglądane na żywo sprowadzają się do obserwacji ruchów, mimiki i głosów zaangażowanych w akt twórczy artystów. Każdy kto czyta, wie, jak ważny jest kontakt książki z ręką, zapach świeżo zadrukowanych kartek i miejsce w którym czytamy. Czytanie to nie tylko wysiłek umysłu ale także intymny akt cielesny. Ma rację Akwinata stawiając zmysł dotyku wyżej od pozostałych zmysłów.

Wszystkiego tego brakuje filmowi. Wygląda na to, że film istnieje w autonomicznej, typowej tylko dla niego przestrzeni. Jest to pierwsze w historii cywilizacji i po dziś dzień chyba najpotężniejsze medium kultury wirtualnej. Myślę, że czas postawić tezę, iż medium zwane filmem jest zjawiskiem nie tylko odmiennym od sztuk tradycyjnych (pięknych i użytkowych) ale i zdecydowanie bardziej niebezpiecznym dla ludzkiego ducha. Dotyczy to w równej mierze kina popularnego co tzw. kina artystycznego (brr).

Analizę zjawiska filmu można rozpocząć od estetyki sali kinowej. Przychodząc do kina - ale na film ;-) - znajdujemy się w ciemnym i dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Odpowiednia dawka snacków i gazowanych napojów przytępia uczucia głodu i pragnienia wprowadzając organizm w stan zaspokojenia. Ciało staje się nieruchome i bezwolne a w ślad za nim podąża umysł, który skupia się na pasywnej recepcji obrazów i dźwięków generowanych przez sprzęt kinowy. Nagłośnienie sali kinowej przekracza przeciętny poziom dźwięku towarzyszący życiu człowieka a wiązka światła z projektora jest całkowicie poza fizyczną kontrolą widza, inaczej niż w przypadku kontaktu z rzeźbą lub obrazem, kiedy od nas w dużym stopniu zależy wybór punktu, z którego kontemplujemy dzieło sztuki, oświetlenia itp. Podobnie jak na koncercie rockowym medium jest „agresywne” i aktywne zaś widz zredukowany do roli odbiorcy o nieaktywnym intelekcie, w stopniu nieporównywalnym z takimi doświadczeniami jak lektura książki, oglądanie obrazu czy przedstawienia teatralnego. Film nie istnieje, jak sztuki piękne, dla samego siebie ale jest przeznaczony do wywoływania w odbiorcy pewnych narzuconych emocji i zachowań. Nie tyle zaprasza do rozmowy co narzuca siebie. Jego natura od samego początku pokrewna jest propagandzie. Umysł i dusza człowieka oglądającego film znajdują się w stanie bezczynności i otwarcia się na przekaz zewnętrzny znacznie silniejszy niż w przypadku klasycznych dzieł sztuki.


Z powodu tempa narracji i, szerzej mówiąc, specyfiki filmu, będącego niczym innym jak stworzonym za pomocą technik montażu ciągiem udźwiękowionych obrazów, intelektualny dialog z dziełem nie jest możliwy. Co najwyżej ktoś o bystrym umyśle, lub raczej ktoś wyćwiczony w intelektualnych modach i pozach, rozpozna w łamigłówce scen banalny w gruncie rzeczy przekaz reżysera – „intelektualisty”. Także często spotykana analogia między percepcją filmu a wrażeniami wywołanymi przez muzykę instrumentalną nie jest do końca trafna. Muzyka jest czystą formą która zawiera w sobie tysięczne możliwości interpretacji przez słuchaczy. Można dokładnie przeanalizować utwór muzyczny używając dziesiątek kryteriów z dziedziny muzykologii a jednak nie wyjaśni nam to, dlaczego w Panu A dana kompozycja wywołuje ziewanie zaś Pani B potrafi jej słuchać kilkanaście razy z rzędu. Ktoś, kto ogląda film jest poddany znacznie bardziej konkretnemu działaniu za pomocą ruchomych obrazów. Filmowa scena morderstwa to nie to samo co akord molowy, gama możliwych reakcji jest w przypadku filmu znacznie węższa i bardziej skonkretyzowana.

Program oglądany w telewizji nie jest tak „agresywny” jak seans filmowy jednak braki w jakości nadrabia ilością, gdyż dostępny jest niemal na okrągło. Trans rozkłada się tu na mniejsze dawki w dłuższym czasie. Zamiast haju mamy ciągły lekki rausz. Zarazem rozpowszechnienie się kina domowego powoduje, że estetyka sali kinowej przenika do domów. W mieszkaniach powstają pokoje medialne. Telewizor, coraz większy i coraz bardziej płaski, stopniowo upodabnia się małego ekranu kinowego. Rozmiary ekranu i nagłośnienie kina domowego umożliwiają trans wizualny w domu bez konieczności udania się do kina.

Powszechność filmu przyczynia się do rozkwitu fałszywych wyobrażeń o świecie i życiu. Dzięki filmom Lanzmanna i Spielberga „wiemy” czym była zagłada Żydów. Po obejrzeniu „Szeregowca Ryana”, „Stalingradu” i „Cienkiej czerwonej linii” uzyskaliśmy „wiedzę” jak to naprawdę było w czasie wojny na pierwszej linii. Dzięki pewnemu znanemu filmowi Gibsona niektórzy „zrozumieli” misterium męki Stworzyciela świata niepojęte nawet dla aniołów. W tym sensie przekaz filmowy sprowadza się do sprzedawania ludziom fałszywych albo w najlepszym wypadku indywidualnie prawdziwych doświadczeń jako obiektywnej prawdy. Witamy w świecie fałszywych narracji.

Nie zaprzeczam, że filmy miewają wartość edukacyjną i rozrywkową dla dzieci a i dorosłym potrafią nieraz dostarczyć porządnej, umożliwiającej odpoczynek od codziennej szarówki, rozrywki a czasem i refleksji. Bez „Lalek” Kitano i „Samotnych” Ondřička nie byłoby tego cyklu wpisów. Problem leży w zachwianiu proporcji. Film to medium zaborcze i głodne zaś technolodzy od polityki i kultury od dawna wiedzą, że jest on jednym z najlepszych środków do manipulowania społeczeństwem i na dodatek pozwalającym nieźle zarobić. To, co winno być pomocą albo miłym dodatkiem do życia już od dawna okupuje piedestał, usadowiwszy się na szczycie piramidy społecznego zapotrzebowania. Niby wiadomo, że udana ekranizacja dobrej, zmuszającej do refleksji powieści zawsze przegra z literackim oryginałem a sprawnie zrealizowany film akcji nie da satysfakcji porównywalnej z lekturą powieści sensacyjnej. A jednak znacznie więcej ludzi interesuje się filmem niż innymi dziedzinami sztuki. To jest po prostu łatwiejsze.

W opinii waszego Studyty film to przede wszystkim akceptowany społecznie miękki narkotyk, jednak bardziej szkodliwy niż tytoń a może i alkohol (z tym drugim sprawa nie jest jasna, bo nadmiar filmów i nadmiar alkoholu niszczą duszę, choć każde w inny sposób, podczas gdy nałóg nikotynowy uderza przede wszystkim w ciało). Sam jestem człowiekiem słabym, który bez moderującego wpływu cichej i pogodnej Pani Studytowej pogrążyłby się pewnie w chaosie różnych nałogów. Nie unikam używek i jak już tu kiedyś pisałem, nie jestem bez winy jeśli idzie o kultywowanie współczesnego stylu życia. Dotyczy to w szczególności szkodliwego nałogu oglądania filmów. Nieraz zmęczony dziećmi (duch ochoczy ale ciało mdłe) urządzam im w sobotnie lub niedzielne popołudnie mikromaratonik filmowy, być może składając na ołtarzu lenistwa ich rozwój intelektualny i duchowy. Sam na „300” na pewno się nie wybiorę ale z chęcią obejrzę sobie „Labirynt Fauna” i trzecią część przygód kapitana Sparrowa. Paraliżujący urok ekranu pociąga mnie nadal, kusząc to zwariowaną angielską komedią, to siłą aktorstwa genialnej Anny Magnani to znowu przyjemną wizualizacją wędrówek hobbitów. Choć z wiekiem zauważam, że urok srebrnego ekranu słabnie to nie uznaję walki za zakończoną. Zapewne toczyć ja będę do końca, do chwili kiedy zniknie zasłona i zacznę widzieć naprawdę, twarzą w twarz. Ale to już zupełnie inna bajka.




cdn.

The Way 1
The Way 2

sobota, marzec 17, 2007

Dzień św. Patryka

*




W dniu św. Patryka wznieśmy kufel (najlepiej irlandzkiego) piwa i odmówmy jedną z najpiękniejszych modlitw wczesnego chrześcijaństwa, Loricę św. Patryka Apostoła i Oświeciciela Irlandii.


Lorica czyli pancerz duchowy

Powstaję dzisiaj
Dzięki potężnej mocy, wezwaniu Trójcy,
Dzięki wierze w troistość,
Dzięki wyznaniu jedności
Stwórcy stworzenia

Powstaję dzisiaj
Dzięki mocy narodzin Chrystusa i Jego chrztu,
Dzięki mocy Jego ukrzyżowania i pogrzebu,
Dzięki mocy Jego zmartwychwstania i wniebowstąpienia,
Dzięki mocy Jego przyjścia na Sąd Ostateczny,

Powstaję dzisiaj,
W mocy miłości cherubina,
W posłuszeństwie aniołów,
W służbie archaniołów,
W modlitwach przodków,
W zapowiedziach proroków,
W nauczaniu apostołów,
W wierze wyznawców,
W czynach sprawiedliwych mężów,

Powstaję dzisiaj
Dzięki mocy nieba -
Światłu słońca,
Blaskowi księżyca,
Wspaniałości ognia,
Prędkości błyskawicy,
Szybkości wiatru,
Głębokości morza,
Stałości ziemi,
Trwałości skały,

Powstaję dzisiaj
Dzięki Bożej mocy, która mnie prowadzi,
Bożej potędze, która mnie podtrzymuje,
Bożej ręce, która mnie chroni,
Bożemu Słowu, które mówi za mnie
Bożej tarczy, która mnie osłania,
Boskim sługom, który mnie wybawiają
Od sideł szatana,
Od pokus rozpusty,
Od wszystkich, którzy będą mi źle życzyć,
Z oddali i z bliska,
W pojedynek i w tłumie.

Wzywam dzisiaj wszystkie te potęgi aby stanęły
Pomiędzy mną i siłami zła,
Przeciwko każdej okrutnej, niemiłosiernej potędze,
Która może przeciwstawić się mojemu ciału i duszy,
Przeciwko zaklęciom fałszywych proroków,
Przeciw mrocznym prawom pogaństwa,
Przeciwko fałszywym prawom heretyków,
Przeciwko bałwochwalstwu,
Przeciwko urokom kobiet, kowali i czarowników,
Przeciwko każdej władzy, która może zepsuć ciało i duszę człowieka.

Chryste, ochraniaj mnie tego dnia,
Przed trucizną i ogniem,
Przed utonięciem i zranieniem,
Tak, abym otrzymał obfitą nagrodę.

Chrystus ze mną, Chrystus przede mną, Chrystus za mną,
Chrystus we mnie, Chrystus pode mną, Chrystus nade mną,
Chrystus, kiedy się kładę, Chrystus, kiedy siedzę,
Chrystus, kiedy wstaję,
Chrystus w sercu każdego, kto myśli o mnie,
Chrystus w każdym oku, które mnie widzi,
Chrystus w każdym uchu, które mnie słyszy.

Powstaję dzisiaj
Dzięki potężnej mocy, wezwaniu Trójcy,
Dzięki wierze w troistość,
Dzięki wyznaniu jedności
Stwórcy stworzenia










poniedziałek, marzec 12, 2007

Prababka Teodora

Czytający Studion wiedzą, że ten blog z założenia nie ma charakteru osobistego i o życiu Państwa Studytów niewiele można się zeń dowiedzieć. Jeśli więc dziś piszę coś o historii mojej rodziny, to czynię to aby oddać hołd pewnej osobie, która wywarła ogromny wpływ na moje życie, mimo że widziałem ją raptem kilka razy a zmarła gdy miałem pięć lat.

Pan Studyta jest dość nietypowym mieszańcem. Ze strony ojca papiery są „w porządku”: stara polska rodzina od wieków zasiedziała na Pokuciu, zapewne podupadła zaściankowa szlachta choć jak twierdzi Ciocia Wiesia z Koszalina, rodzinna wyrocznia genealogiczna, w żyłach Fiderkiewiczów płynie również krew madziarska i ormiańska. Jeden z przodków walczył w Insurekcji kościuszkowskiej ale jego potomkowie raczej nie zapisali się niczym szczególnym. Prapradziad miał w Horodence warsztaty rymarski i lakierniczy i czerpał z nich dość duże dochody. Szczególnie intratnym interesem było lakierowanie breków i wolantów służących do letnich przejażdżek okolicznym ziemianom oraz produkcja uprzęży do tych powozów. W sezonie zimowym zamówień było mało i żyło się z tego, co zarobiono wiosną i latem.

Ze strony matki sprawy wyglądają ciekawiej. Pod koniec XVIII wieku w południowej Besarabii, nieco na północ od delty Dunaju zaczęli osiedlać się bułgarscy osadnicy. Następne fale osadników przybyły po zakończeniu VII i VIII wojny rosyjsko-tureckiej. Przodkowie mojej matki zaliczali się do pierwszej, mającej miejsce jeszcze za władzy tureckiej, fali emigracji. Byli to tzw. Bułgarzy traccy, w większości pasterze, którzy mieli dość życia w ciągłym strachu przed grasującymi po bułgarskich górach bandami tureckich - a także, co tu kryć, rodzimych - rozbójników. Biorąc pod uwagę późniejsze dzieje bułgarskiej Tracji, decyzja była trafna, przynajmniej do czasu zwycięstwa bolszewików w Rosji.

Wraz z Bułgarami w poszukiwaniu lepszego i spokojniejszego życia przybyli do Besarabii nielubiani sąsiedzi Arnauci czyli bułgarski odłam Albańczyków oraz Gagauzi, tureckojęzyczny lud prześladowany na Bałkanach za wyznawanie prawosławia. Przodkowie mojej matki osiedli w Kairaklii, dużej wsi położonej na południu dzisiejszej Mołdawii. Po zakończeniu VIII wojny rosyjsko-tureckiej skorzystali z możliwości przesiedlenia się na żyzne stepy ukraińskie położone na północ od Morza Azowskiego czyli na wschodnie krańce Dzikich Pól (oczywiście ich śladem podążyli Arnauci, starzy wrogowie ze starego kraju, kłaniają się dzieje Kargulów i Pawlaków). Tam wzbogacili się bardzo na hodowli koni i owiec oraz uprawie pszenicy, bakłażanów, papryki i słonecznika. Jeden z moich prapradziadów stał się lokalnym końskim potentatem. Na co dzień skromny i pobożny, kilka razy w roku ulegał chęci pijaństwa i wtedy nakazywał aby przywiązywano go na czas picia do słupa miał bowiem zwyczaj uganiania się w pijackim amoku po wsi z siekierą. Ot, co znaczy picie w sposób odpowiedzialny.

W takiej właśnie zamożnym, kułackim domu przyszła na świat pod koniec XIX wieku moja prababka Teodora. Miała wszelkie szanse aby przeżyć życie tak jak jej ojciec czy dziad, w ciężkiej i uczciwej pracy przynoszącej dobre owoce. Przyszło jej jednak urodzić się w jednej z najpaskudniejszych epok w dziejach ludzkości, która te szanse przekreśliła.

Pierwsze oznaki wskazujące, że nadchodzą złe czasy, pojawiły się na początku XX wieku. Imperium Rosyjskie znajdowało się wtedy w dziwnym stanie: z jednej strony bezprecedensowy rozwój gospodarczy i rozkwit sztuki, odważne reformy Struwego i Stołypina, z drugiej coraz większy radykalizm wszelkiej maści lewicowców i widoczny paraliż niesprawnej i archaicznej machiny państwowej, nie potrafiącej stawić im w sensowny sposób czoła. Kiedy prababka miała kilkanaście lat na wieś napadł niesławnej pamięci bat’ko Machno, któremu nie odważyła przeciwstawić się policja. Szczęśliwie rodzinie udało się przetrwać nalot bandytów (prababka z rodzeństwem schroniła się w piwnicy).

Potem nadeszła I Wojna Światowa, Rewolucja Październikowa i straszny okres wojny domowej. Mimo tej dziejowej zawieruchy i faktycznego rozpadu wszelkiej sensownej państwowości życie prababki wciąż układało się nienajgorzej. Mąż wrócił z wojny, większe starcia i masowe rekwirowanie żywności jakimś cudem omijały wieś, w której jeszcze udawało się żyć w miarę dostatnio. Rodziły się kolejne dzieci i żadne nie umarło w dzieciństwie. Pod koniec 1929 roku prababka była już matką dziesięciorga a jej gospodarstwo było jednym z najbogatszych we wsi. Wtedy po raz pierwszy usłyszała straszne słowo KOLEKTYWIZACJA. Nie każdy wie, że choć proces kolektywizacji trwał kilka lat, to jego etap początkowy, kilka pierwszych miesięcy 1930 roku odznaczał się szczególnym okrucieństwem kolektywizatorów pragnących jak najszybciej wprowadzić w życie dyrektywy Stalina. Zrozpaczeni chłopi masowo wyrzynali zwierzęta i palili zapasy ziarna, nad krajem zawisło widmo głodu, co zmusiło Stalina do spowolnienia całej akcji w połowie 1930 roku. Jednak dla prababki Teodory było już za późno bowiem ręka komunistów dosięgła jej rodziny już na początku roku. Pewnej bardzo mroźnej zimowej nocy banda sołdatów wspierana przez lokalne wiejskie szumowiny po prostu wygoniła prababkę z mężem i dziesięciorgiem dzieci na mróz. Mieszkańcom wsi, których ominęło rozkułaczanie zakazano pod karą (wiadomo jaką) udzielania pomocy wrogim klasowo elementom. W krótkim czasie, z chłodu, strachu i głodu zmarło ośmioro z dziesięciorga dzieci. Pradziad widząc to wszystko zwariował i wkrótce podążył za swoimi dziećmi. Prababka została na świecie z moją babką i jej bratem, pozbawiona środków do życia, zmuszona pracować w nowo powstałym kołchozie. Nowy porządek spowodował, że dwa lata później większość Ukrainy i sąsiadującego z nią Kubania spotkała klęska Hołodomoru, która według różnych szacunków pochłonęła od siedmiu do dziesięciu milionów ofiar. Prababka i babcia (ur. 1921) mało co nie przypłaciły Hołodomoru życiem i prawdę mówiąc znacznie lepiej od lat trzydziestych wspominały potem czasy niemieckiej okupacji.

Po dziś dzień jest dla mnie zagadką, w jaki sposób prababce udało się przetrwać te straszliwe lata. Rzadko mówiła o Bogu ale nigdy nie wyrzekła się wiary. Na ile potrafiła, starała się zachowywać w domu stare tradycje świąt i postów. Korzystała z dostępnej w Raju Krat dla „babuszek” wolności religijnej. Potajemnie zawiozła moją mamę do cerkwi do chrztu i bierzmowania a potem starała się zaszczepić w niej wiare. Nigdy nie wspominała źle czasów carskich ale o panującym ustroju nie wypowiadała się nigdy z obawy aby nie zaszkodzić rodzinie. Z czasem zaczęło się żyć trochę lepiej. Rozproszeni gdzieś po Ukrainie krewni powracali do wsi, a ci, którzy byli bogaci przed rewolucją także w kołchozie byli zamożniejsi. Prababka była na co dzień osobą bardzo pogodną i uwielbiającą opowiadać dowcipy ale czasem dopadały ją ataki cichego smutku a zmarłe dzieci śniły się jej bardzo często. W chwili śmierci zawołała każde z nich po imieniu.

Do Raju Krat nie jeździliśmy często więc w życiu spotkałem prababkę może trzy razy, z czego pamiętam tylko jeden. Była już wtedy na progu śmierci, przykuta do łóżka z powodu zaawansowanej cukrzycy i czuła się bardzo samotna a ja siedziałem przy niej godzinami i coś do niej po dziecinnemu gadałem za co była mi wdzięczna. To moje jedyne wspomnienie o niej, wszystko inne znam z opowieści mojej babci i mamy.

W mojej codziennej modlitwie za zmarłych prababka Teodora wymieniana jest zawsze na pierwszym miejscu. Jest ona Hiobem naszej rodziny. Dzięki niej wiem, że tak naprawdę nic nie wiem o cierpieniu i zawierzeniu Bogu. Pomódlcie się, drodzy goście Studionu, za prostą chłopkę Teodorę, której los, jeden z setek tysięcy tragicznych losów z tamtych czasów, jest bezlitosnym oskarżeniem komunizmu i której prosta wiara pozwoliła zachować człowieczeństwo w tym najlepszym z ustrojów.

czwartek, marzec 08, 2007

Kilka słów o estetyce i ikonografii


Na Forum Frondy w ciekawym wątku o Herbercie los napisał, że:

Estetyka proszę państwa jest najgłębszą tkanką naszej duszy. Najpierw dążymy do piękna, dobro i prawda interesują nas dopiero później.

Los ma niewątpliwie rację. W końcu grecki przymiotnik kalos znaczy zarówno piękny jak i dobry. Bóg widział, że to, co stworzył było „dobre” ale z pewnością było także „piękne”. Problem zaczyna się z chwilą kiedy zadamy sobie pytanie, co jest podstawą naszej estetyki, skąd wiemy co jest piękne – dobre a co złe – brzydkie. Jednej odpowiedzi nie znajdziemy nawet na obszarze sztuki chrześcijańskiej. Wiele napisano o tym, że sztuka religijna chrześcijańskiego Wschodu zachowała charakter sakralny i pozostała epifanią Boskości w świecie, podczas gdy sztuka zachodnia stała się z czasem zwykłym malarstwem i rzeźbą o tematyce religijnej.

Abstrahując od tych powszechnie już dziś znanych opinii można spojrzeć na różnice w sztuce chrześcijaństwa Wschodu i Zachodu w inny sposób. Stare herezje chrystologiczne zostały wprawdzie pokonane ale ich wpływ nigdy całkowicie nie wygasł, tlił się gdzieś na marginesie życia religijnego, poza obszarem oficjalnych definicji dogmatycznych. Wydaje mi się, choć nie podjąłbym się uzasadnić tego w sposób „naukowy”, że Zachód czasem skłaniał się ku pozostałościom nestorianizmu i stąd niespotykana w sztuce prawosławia fascynacja człowieczeństwem Chrystusa, jego ludzkim cierpieniem, stąd powykręcany w agonii Chrystus Grünewalda, stąd zupełnie różny odbiór Gibsonowskiej „Pasji” przez katolików i prawosławnych (uwaga, „inny” w tym wypadku nie musi oznaczać "krytyczny"). Porównanie obrazu Grünewalda z klasyczną ikoną Ukrzyżowania mistrza Dionizego pokazuje, że obu twórcom przyświecała zupełnie odmienna wizja teologiczna. Ale ktoś może wysunąć zarzut, że chrześcijański Wschód lubił czasem sobie poflirtować z resztkami monofizytyzmu. Kanoniczne ikony są niezwykle piękne a ich piękno wzrasta z poznaniem teologii, na której są ufundowane. Z drugiej strony komuś, kto nie zna tego zaplecza teologicznego i nie miał do czynienia z liturgicznym kultem ikon, mogą się one wydawać zbyt hieratyczne, uduchowione w sposób niedostępny percepcji zwykłego grzesznika, wręcz sterylne. Za mało w nich „ciała i krwi”, ludzkiej natury Chrystusa i świętych (oczywiście jako ortodoks wiem, że tak nie jest, ale wielu ludziom tak się wydaje, bo ukształtowała ich inna estetyka religijna).

A skoro już jestem przy temacie sztuki sakralnej, to napiszę parę słów o ikonie święta, do którego przygotowuje nas Wielki Post. Przez długi czas podstawowym wizerunkiem paschalnym w sztuce Kościoła było przedstawienie Chrystusa na krzyżu jako triumfującego Króla, zwykle z otwartymi oczami, na znak zwycięstwa nad śmiercią. Taka ikona towarzyszyła chrześcijanom i w Wielki Piątek i w Niedzielę Paschy. Istniało też inne przedstawienie związane ściśle ze Zmartwychwstaniem, wyobrażające niewiasty niosące wonności aby namaścić ciało Jezusa i znajdujące pusty grób i anioła zwiastującego radość.



Jednak stopniowo dla Zmartwychwstania Pańskiego wypracowano w Bizancjum nowy typ ikonograficzny, który zaczął rozpowszechniać się w IX wieku.






Ta ikona bardzo często ale nie do końca trafnie nazywana jest ikoną Zstąpienia do Otchłani. Niewątpliwie przedstawia ona Chrystusa zstępującego do Hadesu/Szeolu (teologia łacińska mówi tu raczej o limbus patrum) aby wyzwolić z niego dusze sprawiedliwych, którzy zmarli przed nadejściem Zbawiciela. Jednak właściwa nazwa ikony brzmi Anastasis, co po grecku oznacza po prostu podniesienie albo powstanie. Treścią ikony nie powinno więc być zstępowanie w dół ale wznoszenie się. Co więcej, zstąpienie duszy Chrystusa do Otchłani tradycyjnie związane jest z Wielką Sobotą a więc dniem poprzedzającym powstanie z grobu. Kto więc „powstaje” na tej ikonie? Odpowiedź brzmi: ludzkość, tematem ikony Anastasis jest podniesienie ludzkości od życia „w Adamie” do życia „w Chrystusie”. W tym właśnie sensie jest to ikona Paschy czyli przejścia od stanu „starego Adama” do stanu „Nowego Adama”. Chrystus wyciąga rękę pomagając powstać praojcu Adamowi. Ten trzyma Chrystusa za rękę ale jeszcze nie stoi. Ikona pokazuje w ten sposób, że zmartwychwstanie ludzkości od śmierci do życia jest i jednorazowym wydarzeniem i procesem, który trwać będzie aż do paruzji, bo dopiero wtedy ludzkość – Adam podniesie się w sposób ostateczny i nieodwołalny, do życia wiecznego.





czwartek, marzec 01, 2007

Żyć i umrzeć za Uralem

Doskonały fotoblog poświęcony prawdziwemu życiu współczesnej, głównie prowincjonalnej Rosji, zamieścił ostatnio fascynujący materiał o grobach poległych w „pieriestriełkach” syberyjskich mafiosów. Zaprawdę, godne obejrzenia.