Życie seksualne dzikichMogę zacytować Tadeusza Konwickiego, który mówi do mnie: - Gustaw, pamiętasz, że myśmy podrywali dziewczyny? Że naszą ambicją było zdobyć dziewczynę i robiliśmy wszystko w tej sprawie? I rzeczywiście ja na moich spacerach, które kontynuuję od 30 lat na tej samej trasie, widziałem na ławkach w parku chłopców, którzy zdobywali dziewczyny, a w tej chwili jest odwrotnie - chłopcy leżą na ławkach na wpół uśnięci i zmęczeni, a na nich leżą dziewczyny i coś przy nich majstrują! (fragment wywiadu z Gustawem Holoubkiem dla „Dziennika”)
Triumfalny marsz Fallusa
W swoich dziennikach z lat siedemdziesiątych Malcolm Muggeridge zastanawiał się, kto wyjdzie zwycięsko ze zmagań sowieckiego totalitaryzmu z zachodnim liberalizmem, porównując je do walki Knuta z Fallusem. Oddający pokłon Fallusowi hedonizm, twierdził angielski pisarz, zawsze przegra z brutalną „wolą mocy” knuta. Historia nie potoczyła się jednak zgodnie z przewidywaniami Anglika. Zwycięstwo cywilizacji Fallusa czyli rewolucji seksualnej jest bezdyskusyjne. Żyjemy w czasach porewolucyjnych.
Na tzw. „rewolucję seksualną”, podobnie jak na wiele innych zjawisk współczesnego życia, warto spojrzeć z szerszej perspektywy. Zwykle zawęża się ją do rewolty obyczajowej, która miała miejsce gdzieś między 1962 czyli rokiem publikacji przełomowej i wciąż wznawianej książki Helen Gurley Brown (twórczyni sukcesu pisma „Cosmopolitan”) "Sex and the single girl" a pierwszą połową lat siedemdziesiątych, kiedy to biznes pornograficzny ostatecznie zaistniał w krajach Zachodu jako legalna forma produkowanej na potrzeby człowieka masowego rozrywki. Ci, którzy piszą o jakiejś „rewolucji”, która dokonała się w latach sześćdziesiątych, są jednak w błędzie. W tej dekadzie wielkiej powojennej prosperity niemal każdy znalazł się w posiadaniu skromnych nadwyżek finansowych wystarczających do opłacenia miejsca w motelu, zakupu paczki prezerwatyw, odrobiny narkotyków i płyty Beatlesów, co umożliwiało mu making love not war. Używając stosownej do tematyki tego wpisu metafory, prezerwatywa społecznych konwenansów pękła ostatecznie w latach sześćdziesiątych, nie wytrzymując ciśnienia narastającego wewnątrz od kilku co najmniej dziesięcioleci.
Ciśnienie narastało z wielu powodów. Trudno mi zaakceptować popularne w wielu środowiskach kontrkulturowej prawicy teorie, według których cała nowoczesność jest w istocie serią projektów inżynierii socjalnej realizowanych przez dewiantów i mających na celu usprawiedliwienie ich dewiacji. Niewątpliwie lektura książek o prywatnym życiu wielu Ojców i Matek Założycieli współczesności może dostarczyć niezwykłych wrażeń. Z pewnością udział tych ludzi w kształtowaniu „kulturowego pejzażu współczesności” (jakoś bardzo lubię ten gazwybowy termin) jest niebagatelny. Jednak ci modernistyczni dewianci stanowią tylko element układanki. Ważniejsze od ich jednostkowych działań są długotrwałe procesy, które złożyły się na rewoltę mas, o której pisałem w pierwszej części tego cyklu: dechrystianizacja Zachodu, umasowienie i komercjalizacja większości aspektów codziennego życia, przyspieszona urbanizacja, upowszechnienie edukacji i wynikający z niego upadek klasycznego wykształcenia. Nie zapominajmy też o Ameryce. Większość rewolucyjnych koncepcji naprawiania świata narodziła się w Europie, głównie na osi Paryż-Berlin, jednak w przypadku rewolucji seksualnej amerykański wkład jest bardzo wielki. Socjologowie badający dzieje społeczeństwa amerykańskiego stawiają tezę, że mentalna rewolucja w dziedzinie seksu dokonała się tam już pod koniec XIX wieku. Społeczeństwo amerykańskie od początku było bardziej mobilne, dzięki czemu rozpowszechnione w siedemnastowiecznej Anglii małżeństwa według prawa zwyczajowego utrzymywały się tam przez bardzo długi czas. Kroniki miejskie XVIII-wiecznej Nowej Anglii pokazują bezskuteczną walkę władz z luźnymi obyczajami mieszkańców. W rzeczywistości to emigracyjne społeczności katolickie, spojone silniejszymi więzami rodzinnymi, zachowywały w Ameryce większy rygoryzm seksualny niż powszechnie obwiniani o to protestanci. Na początku XX wieku właśnie amerykańskie czasopisma kobiece – najlepsze media tamtej epoki – przyczyniły się w wielkim stopniu do zdefiniowania nowego podejścia do spraw płciowości. Już wtedy pisujące w tych pismach panie przewidywały wspólny marsz techniki i erotyki, przewidując, jak wielkim udogodnieniem dla wolności seksualnej będzie nowy wynalazek, samochód, co stało się prawdą w Ameryce od lat pięćdziesiątych. Kolejne etapy seksualnego wyzwolenia to eksplozja obyczajowego liberalizmu w latach dwudziestych po szoku Wielkiej Wojny, sukces psychoanalizy w wersjach Freuda i Reicha (twórcy terminu „rewolucja seksualna”), wynalezienie antybiotyków pozwalających leczyć choroby weneryczne, wreszcie raport Kinseya (nieważne, że w dużej mierze sfałszowany, gdyż jako święty tekst nowoczesności nie podlega on ocenie naukowej). Dopiero na samym końcu łańcuszka znajdują się lata sześćdziesiąte, będące triumfalną manifestacją tego, co zostało osiągnięte już wcześniej. Rewolucja seksualna to w pewnym sensie żadna rewolucja, tylko „mistyczna” strona nowoczesności, tak jak kult techniki jest jej stroną bardziej profaniczną zaś nihilizm podstawą ideową. Rewolucja seksualna to także zbiór obyczajów seksualnych uformowanych w epoce człowieka masowego. Te obyczaje są takie jak człowiek masowy: infantylne, pozbawione finezji, odzwierciedlające dążenie do natychmiastowego zaspokojenia i nieustannej eskalacji „potrzeb”.
Samotni na seksualnym ringu
Piszący wiele o miłości Denis de Rougemont stwierdził kiedyś, że „rubaszna rozpusta jest z pewnością jedną z mniej szkodliwych postaci grzechu”. Pisał także, że chrześcijańskie małżeństwo jest najlepszym remedium na przenikający świat kultury zachodniej wirus miłości romantycznej, zdrady i nadmiernych uniesień. Agape, według de Rougemonta, zbawia Erosa. Uściślijmy: ludzka miłość to połączenie Erosa i Agape, przy czym udział tych pierwiastków zmienia się wielokrotnie w ciągu życia człowieka. Problemem dużej części współczesnych ludzi masowych jest ich niezdolność zarówno do prawdziwej, małżeńskiej miłości jak i rubasznej rozpusty. Agape i Eros równie rzadko pojawiają się w ich życiu, Chrystus i Casanova są dla nich równie niedostępni.
Wyzwolenie seksualne, twierdził niegdyś Huxley, rekompensuje zanik wolności w sferze gospodarki i polityki, charakterystyczne dla masowych systemów XX wieku. Jednak ta rekompensata ma pozorny charakter i wiedzie ku nowej niewoli, co tenże Huxley opisał w dystopijnym „Nowym wspaniałym świecie”. Człowiek masowy ma niewiele obszarów prawdziwej wolności, ma natomiast dużo – posłużę się tu określeniem Szczepana Twardocha – „symulakr wolności”. Na libido, nawet w epoce wyzwolenia trzeba nakładać cugle, aby wykorzystywać tę siłę dla dyskretnego manipulowania społeczeństwem. Seksualna wolność stała się dziś zarówno dogmatem jak i narzędziem społecznej kontroli, co jest piorunującą mieszanką. Aby seks i wszystko, co się z nim wiąże, był „ważny” nie powinien nigdy znikać ze społecznej świadomości. Stąd debaty publiczne już nie tylko o wychowaniu seksualnym w szkołach, ale o propagandzie „alternatywnej” seksualności w przedszkolach. Świeże i plastyczne umysły małych dzieci łatwiej jest formować. W wielu krajach rozpoczęła się totalna mobilizacja mająca na celu uświadomienie „problemów” mniejszości seksualnych obojętnej lub „wrogiej” większości. W wielu parlamentach walka o dostęp do aborcji na życzenie lub prawa gejów ma bardziej zacięty charakter niż debata fiskalna czy nawet decyzja o zaangażowaniu militarnym.
Jednocześnie zbiorowe libido społeczeństwa ludzi masowych utrzymywane jest w stanie ciągłego napięcia przez medialne obrazy i propagandę. Dotyczy to w większym stopniu mężczyzn, których wrażliwość seksualna jest prymitywniejsza od kobiecej. Mężczyzna oglądający siebie przez pryzmat narracji oferowanych przez media wygląda jak gigantyczny fallus, poszukujący wciąż nowych doznań z nowymi partnerkami. Odkurzony został stary archetyp przedchrześcijańskiego króla – poligamisty. To, co w społecznościach archaicznych zarezerwowane było, jako odznaka wyjątkowości i mocy, dla nielicznych ludzi ze szczytu społecznej piramidy, dziś oferowane jest w formie medialnej iluzji całkiem przeciętnym facetom na całym świecie. Jednak prawdziwymi ofiarami czasów wolności seksualnej są kobiety. Mężczyźni są przynajmniej warunkowani w sposób zgodny z ich naturą, w końcu każdy mężczyzna jest z natury poligamistą zaś małżeństwo jest najdoskonalszym sposobem korygowania tej naturalnej przypadłości. To, co kultura porewolucyjna oferuje kobietom, krzywdzi je podwójnie, zmuszając do zachowań sprzecznych z ich naturą. Kobiety stoją dziś na seksualnym ringu jako równy przeciwnik młodych mężczyzn. Mogą pokonać wielu z nich, ale nie pokonają własnej natury, która mówi: „nie chcę być obiektem seksualnym”.
W epoce przedrewolucyjnej, ba, nawet w początkowych fazach rewolucji, gdy odbywała się ona przede wszystkim na papierze i w buduarach klas wyższych, mężczyzna musiał się sporo nabiegać, aby zyskać najpierw względy a potem wdzięki adorowanej kobiety. Skomplikowany rytuał zawierania znajomości, randki, narzeczeństwo, hipokryzja towarzysząca temu wszystkiemu, przyczyniały się do ochrony kobiety i kobiecej seksualności. Porewolucyjna wolność doprowadziła do przyznania aktywności seksualnej nadmiernego znaczenia oraz do nadania jej statusu pożądanego towaru. Wiele kobiet obdarzonych zdobyczami rewolucji wkracza w dorosłość z mniej lub bardziej świadomym przekonaniem, że nie będą kochane lecz używane. Kłóci się to głęboko z zakorzenioną w psychice kobiety potrzebą bycia „tą jedyną”, z jej naturalnym monogamizmem i potrzebą stabilności. Nie jest przypadkiem, że wszystkie tradycyjne społeczeństwa uświęcają związek małżeński. Status żony i matki, miłość małżonka i miłość do dzieci, są rzeczywistą rekompensatą przemijającej urody i stanowią więź z nieskończonym cyklem przychodzących i nadchodzących pokoleń, nadając życiu status wykraczający poza doczesność. Kobieta traktowana jako obiekt seksualny, wyrwana z kręgu stabilnych stosunków rodzinnych, prawie zawsze stoi w cieniu śmierci i dlatego tak wiele kobiet kaleczy się, głodzi lub obżera, czyniąc to wszystko w ramach nienawiści do własnego ciała, które współczesna cywilizacja sprowadziła do poziomu atrakcyjnego przedmiotu i które musi dorównywać wykreowanemu przez media sztucznemu ideałowi estetycznej doskonałości.
Freud był przekonany, że neuroza jest pochodną seksualnej represji. Współczesny mu wielki Wiedeńczyk Karl Kraus nazywał jego poglądy „chorobą przebraną za panaceum”. Wiedeński psychoanalityk nie był, wbrew powszechnemu mniemaniu, zwolennikiem totalnego seksualnego luzu, gdyż obawiał się anarchizacji stosunków społecznych. Chodziło mu raczej o to, aby tłumioną histerię spowodowaną przez represywną i autorytarną rodzinę zastąpić „zwykłym brakiem szczęścia”. Jednak sprymitywizowana pop-wersja jego poglądów dostarczyła pożywki finalnym etapom rewolucji seksualnej, rozbudzając w generacji powojennych narcyzów żądania czegoś więcej niż zracjonalizowane nieszczęście. Z perspektywy trzydziestu lat, które upłynęły od apogeum rewolucji, widzimy, że to nie represja libido tworzy neurozy, lecz jego uwolnienie. Nasz świat, który na pierwszy rzut oka usiłuje zabawić się na śmierć, jest w gruncie rzeczy przesiąknięty poczuciem pustki i lęku. Coraz trudniej spotkać ludzi mających w sobie naturalną joie de vivre. Ofiarami anoreksji i bulimii jest ponad 10 milionów Amerykanek (ta liczba obejmuje tylko zdiagnozowane przez lekarzy przypadki). Samookaleczenia dokonuje od 15 do 20 procent podlotków w krajach anglosaskich. Prawie połowa japońskich małżeństw nie utrzymuje kontaktów seksualnych zaś w Ameryce i Europie narasta znudzenie seksem wśród ludzi w każdym wieku. W panseksualnej rewolucji jak w soczewce skupiają się wszystkie patologie, które starałem się wskazać w poprzednich notkach tego cyklu:
• Komercjalizacja, według znanej maksymy „sex sells”. Rozkosz seksualna stała się towarem, który trzeba posiadać. Zarazem seks traktowany jest jako uniwersalny środek do reklamowania niemal wszystkich towarów.
• Wieczne Juwenalia i skurczenie drabiny wieku. Człowiek masowy uznaje siebie za wartościowego jedynie wtedy, gdy znajduje się w stanie przedłużonej młodzieńczości. Dlatego kiedy osiąga wiek, w którym coraz trudniej zachować ułudę tej młodzieńczości, z pomocą przychodzą mu wszelkiego rodzaju akcesoria: niebieska pigułka na potencję, farba na posiwiałe skronie i lifting usuwający zmarszczki. Zabawa trwa: niedawne badania stanu zdrowia mieszkańców emeryckich osiedli na Florydzie wykazały wysoki stopień zakażeń bakteriami Chlamydia_trachomatis. Wiecznie młodzi pojawili się nawet w przemyśle pornograficznym, w którego ofercie coraz więcej miejsca zajmują produkcje z coraz starszymi „aktorami”.
• Samotność i brak stabilności, będące skutkiem życia w warunkach wyścigu szczurów po jak najlepsze miejsce na drabinie społecznego uznania. Romantyczna fascynacja, zakochanie, randki, wszystko to angażuje za dużo bezcennej energii i czasu. Liberalizacja seksualna połączona z gigantyczna presją zrobienia „kariery” i osiągnięcia „sukcesu” są Scyllą i Charybdą młodych ludzi masowych. Z jednej strony utożsamiają oni sukces z niezależnością, co jest tylko po części prawdą, z drugiej – mylą niezależność z emocjonalną izolacją. Kogoś, kto jest emocjonalnie odizolowany od innych ludzi, ciężko jest zranić a brak takich psychicznych obrażeń, zdawałoby się koniecznych i nieraz zbawiennych, jest uznawany za niezależność. W takich warunkach ciężko mówić o odwadze wejścia w trwały związek z druga osobą a separacja seksu i miłości staje się nieunikniona. Badania statystyczne są bezlitosne: wśród amerykańskich studentów klasyczne randki zostały wyparte przez "hooking up", jak określa się tam szybki i pozbawiony więzi emocjonalnej seks ze znajomymi z campusu. Takie coś ciężko nazwać nawet przelotnym romansem, bliższym porównaniem jest spożycie eklera albo wypicie kieliszka wina. Nie mam powodu by myśleć, że w Europie jest inaczej. „Hook up” nie ma nic wspólnego ani z wielką erotyczną namiętnością dawnych arystokratów, ani z „rubaszną rozpustą” ludu, zaś ludzie, którzy od wczesnej młodości przywykną do „haczykowania”, są duchowo okaleczeni i marnie wyposażeni do życia w małżeństwie.
• Hedonizm wyrażający się w stale rosnącej liczbie młodych ludzi, odkładających w nieskończoność decyzję o małżeństwie, preferując w zamian karierę, dom, samochód i wiele lat nieskrępowanej swobody seksualnej traktowanej jako zaspokojenie jednej z istotnych życiowych potrzeb. Dopełnieniem tego zjawiska są DINKsi (Dual Income No Kids) czyli małżeństwa odkładające w nieskończoność decyzję o poczęciu dziecka. Dotyczy to również, nie czarujmy się, dużej ilości młodych ludzi będących praktykującymi chrześcijanami. Przykład generacji rozwodników czyli dzisiejszych sześćdziesięciolatków – dzieci rewolucji, okazał się destrukcyjny. Dla ich potomków małżeństwo jest mocno zdewaluowaną wartością.
Teologia ciała ostatnią deską ratunku?
Na koniec pozwolę sobie na krótką wycieczkę w stronę popularnej obecnie w pewnych kręgach katolickich teologii ciała. George Weigel przyznaje, że jest to właściwie teologiczna redefinicja i dowartościowanie seksu. Myślę, że trochę się myli. Jak wielu amerykańskich "neo cathsów" nienajlepiej orientuje się w dziejach doktryny Kościoła przed Akwinatą. W istocie „teologia ciała” da się wpisać się w jeden z dwóch typowych dla tradycji chrześcijańskiej nurtów myślenia o seksualności, tyle że cała koncepcja podana jest w ciężkostrawnym sosie języka wzorowanego na bliskich Janowi Pawłowi II filozofów, Schelera i Husserla, co nieraz utrudnia jej zrozumienie. Czy nie należałoby jednak zapytać podstawowego pytania o sensowność energicznego marketingu, jaki teologia ciała zdaje się otrzymywać z niektórych środowisk Kościoła katolickiego?
W czasach, kiedy ludzie bombardowani są przez media rozerotyzowanymi obrazami, przewodnikami po orgazmie i propagandą, że bez seksu (niemal) od kołyski aż po grób ani rusz, można czasem odnieść wrażenie, że i chrześcijanie pragną włączyć się do tego obłąkanego wyścigu. Jest to gaszenie ognia benzyną, paradne pokrzykiwanie „patrzcie, my też mamy seks” a może raczej „my to dopiero mamy seks!”. Inna sprawa, że rzeczywiste oddziaływanie „teologii ciała” jest, jak przypuszczam, niewielkie. Jak większa cześć pism poprzedniego papieża ma ona charakter „ezoteryczny” w tym sensie, że nie mają dostępu do życia przeciętnego katolika. Istnieje jednak spora grupa ludzi, którzy wzięli sobie do serca „teologię ciała” traktując ja nieomal jako część nieomylnego Magisterium, w dodatku godną szczególnego rozpropagowania. Ten aktywizm przybiera nieraz formę dziwacznego kultu natury wyrażającego się w bezkrytycznym zachwycie nad metodami Naturalnego Planowania Rodziny. Można odnieść wrażenie, że cykl menstruacyjny kobiety został ustanowiony przez Boga, aby umożliwić ludziom „bezgrzeszne” spółkowanie bez ryzyka poczęcia. Lektura wpisów młodych katolickich mężatek wypisujących na forach dyskusyjnych długie posty „techniczne” na temat różnych aspektów praktyki NPR (gęstość śluzu, temperatura w pochwie itp.) budzi niesmak zmieszany z politowaniem. Coś niezdrowego jest w ich stosunku do własnej płciowości.
Aby nie ciągnąć nadmiernie tematu powiem, że przekonanie, iż pozytywna teologia seksu jest znacząca alternatywą wobec młodej i agresywnej religii panseksualizmu jest naiwne. Obecnie nie ma żadnej alternatywy o porównywalnej sile rażenia. Prawda jest taka, drodzy czytelnicy Studionu, że w życiu człowieka, który stara się nie być masowym, seks jest mniej ważny od modlitwy, postu czy szeroko pojętej jałmużny zaś bronią przeciw tej religii nie jest, najsłuszniejsza nawet, „teologia ciała”, lecz odważne świadectwo czystości, celibatu i ascezy. Gdzie zaistnieje takie świadectwo, tam intuicyjna „teologia ciała” pojawi się sama.
A poza tym uważam, że ten, kto chce zapaść na impotencję powinien regularnie oglądać „Seks w Wielkim Mieście”.
cdn.
The Way 1
The Way 2
The Way 3