poniedziałek, kwiecień 30, 2007

Chrzest piwny jako pierwszy zwiastun protestanckiej rewolty


"Ponieważ dowiedzieliśmy się z Twego listu, iż czasem z powodu braku wody niemowlęta w Twoich ziemiach chrzczone są w piwie, odpowiadamy Ci, że skoro zgodnie z doktryną ewangeliczną konieczne jest narodzenie się „z wody i z Ducha” (J 3,5), to ci, których ochrzczono w piwie nie mogą być uznani za ważnie ochrzczonych."

Cum sicut ex papieża Grzegorza IX do arcybiskupa Sigurda z Norwegii (Denzinger 447)




czwartek, kwiecień 26, 2007

Christus Victor. W sprawie kontrowersji wokół limbusa


Ogłoszone 20 kwietnia orzeczenie katolickiej Międzynarodowej Komisji Teologicznej w sprawie możliwości zbawienia dla dzieci zmarłych bez chrztu wywołało sporo zamieszania. Niektórzy z LatinTradsów załamali ręce z żalu, że dzieciątka nie będą się już smażyć w piekle. Frakcja Faustynistów odnotowała kolejny triumf kultu Miłosierdzia Bożego. Obydwa stronnictwa jakby zignorowały fakt, że Komisja nie jest Urzędem Nauczycielskim KR-K więc jej orzeczenie nie ma charakteru dogmatycznego. A jednak pewien krok został uczyniony. Można powiedzieć, duży krok wstecz. Udajmy się zatem do źródeł problemu.

Jednym z ważniejszych elementów Tradycji apostolskiej było nauczanie o Zstąpieniu duszy Chrystusa do Otchłani lub, jak mówi Skład Apostolski, do „piekieł” (zob. 1 P 3,18-21; Dz 3,15; Ef 4,9). Podsumowując opinie Ojców Kościoła dotyczących tej części zbawczego dzieła Chrystusa można powiedzieć, że:

1/ Fakt Zstąpienia był powszechnie akceptowany i nie podlegał dyskusji. Ten, który sam jest Życiem, wkroczył do królestwa śmierci i pozbawił Szatana władzy, którą ten uzurpował sobie po upadku Adama i Ewy. Śmierć, wedle słów apostoła Pawła, straciła swój oścień.

2/ Postrzegano go jako wydarzenie o znaczeniu uniwersalnym, którego skutki ogarniają całą ludzkość, choć niektórzy z Ojców ograniczali grono wybawionych z piekieł do starotestamentowych sprawiedliwych przebywających na „łonie Abrahama”.

3/ Zstąpienie było uznawane wraz z Ukrzyżowaniem i Zmartwychwstaniem za wypełnienie planu zbawienia.

4/ Zstąpienie i Zmartwychwstanie zaczęto także porównywać do mistycznego odrodzenia duszy wznoszącej się ku Bogu (św. Makary Egipski).

Było to myślenie wspólne dla całego Kościoła, co potwierdzają dzieła Ojców tradycji greckiej, łacińskiej i orientalnej (perskiej i syryjskiej). Kto chce dowiedzieć się więcej, niech sięgnie po znakomite studium Aulena „Chiristus Victor” poświęcone tej problematyce.

Perspektywa ta podlegała stopniowym przemianom w Kościele łacińskim przez kilka stuleci. Wszystko zaczęło się od polemik św. Augustyna z Pelagiuszem i Justynem z Eklany. Zakładając, całkiem zresztą słusznie, że doktryna Pelagiusza rozwinięta ad extremum, neguje rolę Chrystusa jako Zbawiciela, Augustyn poszedł w swojej apologii za daleko i sformułował całkiem nową antropologię, porzucając patrystyczną naukę o przebóstwieniu na rzecz modelu opartego na pojęciach nieodpartej łaski, predestynacji i grzechu pierworodnego, traktowanego – co było nowością – także jako indywidualna wina każdego z potomków Adama. Można tylko wyrazić żal, że głos najrozsądniejszego z ówczesnych teologów zachodnich, św. Jana Kasjana, usiłującego wskazać, gdzie pobłądziły obie strony, nie został w czasie tych dysput wzięty pod uwagę.

Niezwykły autorytet św. Augustyna wsparty później przez papieża św. Grzegorza Wielkiego i odcięcie, skutkiem najazdów barbarzyńskich, dużej części Zachodu od tego, co działo się w Kościołach wschodnich, spowodowały stopniową zmianę perspektywy teologicznej. W pewnej chwili okazało się, że Wschód nadal buduje swoją soteriologię bazując na fakcie Chrystusowego zwycięstwa w Otchłani podczas gdy na Zachodzie nowym paradygmatem stała się problematyka chrztu i grzechu pierworodnego, w świetle której rozpatrywano i której podporządkowano fakt Zstąpienia.

Jednym z ubocznych skutków debat pelagiańskich była teza św. Augustyna, że dzieci nieochrzczone, jako splamione grzechem pierworodnym, trafiają do piekła, gdzie ponoszą - najsłabsze wprawdzie - kary zmysłowe. Trzeba zauważyć, że poruszający ten problem Ojcowie greccy (np. św. Grzegorz z Nyssy), którzy opierali się na klasycznej koncepcji grzechu pierworodnego pojmowanego jako dziedziczenie skutków upadku, głównie śmiertelności, lecz nie osobistej winy, nigdy nie formułowali tak skrajnych wniosków, często skłaniając się wręcz ku poglądom, które znalazły się w niedawnym orzeczeniu watykańskiej komisji.

Pewnej korekty poglądu św. Augustyna dokonał Akwinata. W III części „Sumy teologicznej” Tomasz wyróżnia cztery rodzaje „piekieł”: purgatorium czyli czyściec, infernum patrum czyli piekło patriarchów, infernum puerorum czyli piekło dzieciątek i piekło potępionych - infernum damnatorum. Prócz wielu innych kwestii stawia on także pytanie, czy Chrystus odkupił znajdujące się tam nieochrzczone dzieci, na które udziela odpowiedzi negatywnej, zarazem odrzucając skrajny pogląd św. Augustyna i zadowalając się stwierdzeniem, że takie dzieci nie mają wprawdzie możliwości oglądania Boga lecz znajdują się w stanie naturalnej błogości czy też szczęśliwości. Można powiedzieć, że ta hipoteza Tomasza stała się na wiele wieków nieoficjalnym lecz rozpowszechnionym w Kościele łacińskim poglądem.

Obydwa poglądy, Augustyński i Tomaszowy, cechuje pewna arbitralność. Bóg wydaje się być skrępowany „wyższą koniecznością” choć ani Pismo ani Tradycja nie implikują jej istnienia. Krąg ludzi, którzy objęci są skutkami Chrystusowego zwycięstwa w Otchłani zawęża się skutkiem przyjętych wcześniej koncepcji grzechu pierworodnego i predestynacji. Kosmiczne znaczenie zwycięstwa nad śmiercią, dynamizm soteriologiczny, który wspaniale pokazuje ikona Anastasis, znika w legalistycznych rozważaniach i piekielnej arytmetyce poczwórnego inferno. Z drugiej strony, pomimo definicji synodu Florenckiego, który ogłosił w Dekrecie dla Koptów, że wszyscy nieochrzczeni znajdą się wraz z heretykami i schizmatykami w piekle, mamy szereg wypowiedzi papieży wskazujących na możliwość zbawienia dla takich ludzi. Widać tu wyraźny zgrzyt między racjonalnymi konstrukcjami teologów a przekonaniem, że pewne rzeczy spowite są tajemnicą niedostępną ludzkiemu poznaniu.

Trzeba przyznać, że Kościół rzymsko-katolicki zdawał sobie sprawę, że limbus to tylko hipoteza, w dodatku skonstruowana w celu stworzenia przeciwwagi dla drastycznych poglądów biskupa Hippony. Papieże kilkakrotnie określali limbus mianem „opinii teologów”, nie opowiadając się ani za Augustynem ani za Tomaszem. Choć w XIX wieku wydano kilkadziesiąt popularnych katechizmów katolickich, limbus pojawił się tylko w dwóch (podaję za „Limbo: An Unsettled Question” George’a J. Dyera). Czołowy katolicki dogmatyk XX wieku (i przy tym tradycjonalista) Ludwig Ott stwierdza w swoich „Podstawach dogmatyki katolickiej”, że zbawienie dzieci nieochrzczonych może mieć miejsce poprzez chrzty krwi, pragnienia i cierpienia. Upór wielu dzisiejszych LatinTradsów kwestii limbus puerorum wydawać się więc nieuzasadniony ale można ich zrozumieć. Zapewne domyślają się, że gra toczy się o znacznie większą stawkę niż istnienie limbusa, że kurs, jakim zdaje się podążać teologia rzymskokatolicka pod cichym wpływem Benedykta XVI zbliża się coraz bardziej do wspólnej niegdyś tradycji patrystycznej I tysiąclecia. W świetle tej tradycji duża część tzw. „tradycjonalizmu katolickiego” jest właściwie modernizmem i odwrotnie, ta tradycja często bywa nazywana przez LatinTradsów „modernizmem”. Ktoś będzie musiał tę walkę przegrać.

Na koniec dodam, że prawosławie nie jest jednoznacznie optymistyczne w kwestii pośmiertnego losu nieochrzczonych dzieci na co wskazuje fakt, że nie ma dla nich odrębnego rytu pogrzebu. Kościół zachowuje w tej sprawie milczenie, powierzając te dzieci miłosierdziu Bożemu i nauczając, że nie istnieje wina bez uczynków, zaś Bóg zbawia nie tylko za pośrednictwem widzialnych sakramentów Kościoła. Przynajmniej w tej kwestii jesteśmy coraz bliżej wspólnoty w wierze.



wtorek, kwiecień 24, 2007

Święty Graal we wsi Fardles, A.D. 1930

Czasy mamy ciekawe. Epigonów doczekał się już nawet Dan Brown. I to nie jednego a całego mrowia. Straszą na miejskich bilbordach i półkach z nowościami w Empiku. Dostarczają dreszczu emocji czytelnikom - głównie płci pięknej – usiłującym uciec od monotonii jazdy środkami komunikacji miejskiej. Co dwa, trzy tygodnie, produkują kolejną powieść o templariuszach, Marii Magdalenie z licznym przychówkiem, Świętym Graalu, arturiańskich artefaktach, jednorożcach, spiskach astrologów i alchemików oraz tajemnicach Watykanu i jego hitlerowskich sojuszników. Mimo tego zalewu literackiej tandety, można i dziś przeczytać znakomitą książkę o Chrystusowym kielichu, o walce anglikańskiego archidiakona i katolickiego arystokraty z poszukującą tej relikwii międzynarodową grupą satanistów, o pojawieniu się mitycznego Księdza Jana gdzieś na angielskiej prowincji a wszystko to doprawione wątkiem kryminalnym rozpoczynającym się od morderstwa popełnionego w szacownym londyńskim wydawnictwie. Książką nazywa się „War In Heaven”. Jej autorem jest angielski pisarz Charles Williams. Została wydana w 1930 roku.

Od dawna korciło mnie, żeby sięgnąć po wciąż wznawiane „metafizyczne thrillery” pióra najmniej znanego z najbardziej znanych Inklingów, które swojego czasu budziły zachwyt autorów tak różnych jak T.S. Elliot, C.S. Lewis czy W.H. Auden. Na pierwszy ogień trafiła właśnie „Wojna w niebie”, głównie ze względu na otwierające ją zdanie, które pozwolę sobie przytoczyć w oryginale: The telephone was ringing wildly, but without result, since there was no-one in the room but the corpse.

Nie zamierzam streszczać tu akcji tej powieści w nadziei, że ktoś z zaglądających na Studion zechce ją kiedyś przeczytać sam (warszawiakom chętnie pożyczę). Pragnę raczej zwrócić uwagę na to, czym różni się książka Williamsa od dzisiejszej literackiej pulpy. Myślę, że te różnice są na tyle istotne, że wydawca, który zechciałby wydać dziś książkę Williama w Polsce, ryzykuje klapę. Poniżej kilka refleksji w temacie:

1. W fantastycznych powieściach „z dreszczykiem” elementy nadprzyrodzone stopniowo wkraczają w świat, w którym żyją bohaterowie. Taka formuła nie jest sama w sobie zła. Stanowi podstawę wielu powieści gotyckich, przyzwyczaił nas do niej mistrz konwencji Stephen King. W naszych czasach sceptycyzmu ma ona jednak jedną istotną wadę: narzuca traktowanie elementów nadprzyrodzonych z przymrużeniem oka. Tymczasem w książce Williama tkwi coś, co sprawia, że trudno ją czytać z przymrużonym okiem. Czytając „Wojnę w niebie” od początku poruszamy się w kilku światach, których istnienie jest dla bohaterów oczywiste. Czytelnik nie ma wyjścia, chcąc nie chcąc musi za nimi podążać. Tu nikt nie odkrywa nieba ani piekła, one istnieją tuż obok, za delikatną zasłoną materialnej doczesności. Dla współczesnego czytelnika, który jest wyznawcą jednego z dogmatów nowoczesności, głoszącego że tym co istnieje naprawdę jest tylko to, co da się zważyć, zmierzyć i „naukowo” wyjaśnić, taka dosłowność może być trudna do przełknięcia. Widać to po reakcjach krytyków, zwykle zarzucających Williamsowi brak subtelności.

Opisy rzeczywistości duchowej są u Williama bardzo przekonujące. Dotyczy to w szczególności fragmentów, w których mamy do czynienia z rzeczywistością Ciemnej Strony. Być może autentyzm ten wynika z faktu, że Williams miał za młodu przelotny flirt z gnostycką lożą E.T.White’a. Wprawdzie dość szybko porzucił to towarzystwo (jak sam mawiał i jak mawiają często bohaterowie jego powieści, jedyne co człowiek może zrobić, to zdecydować się w co wierzy), jednak bagaż gruntownej wiedzy o wszelkich odmianach „o-kultury” pozostał. Podobny przykład znajdziemy po drugiej stronie Kanału La Manche: najlepszy we francuskiej literaturze opis czarnej mszy zawarł w powieści „La bas” wybitny pisarz katolicki Joris-Karl_Huysmans, który swojego czasu otarł się o środowisko paryskich satanistów. Rozdział powieści Williamsa, w którym jeden z „czarnych kapeluszy” wkracza do królestwa Złego za pomocą magicznego balsamu robi naprawdę nieprzyjemne wrażenie naturalizmem i brutalnością opisu. Nie ma tam żadnej krwi ani ofiar, jest za to sugestywnie opisane poszukiwanie Szatana przez duszę człowieka, który nawykł do czynienia złego. Z drugiej strony jednym z najmocniejszych fragmentów „Wojny” jest modlitewne czuwanie obrońców Świętego Graala przy relikwii, zagrożonej przez zaklęcia magów.

2. Williams pisał w czasach, kiedy nawet niewierząca większość Brytyjczyków jeszcze całkiem dobrze orientowała się w Biblii. Nawiązania do Pisma często pojawiają się w tej powieści. Pewnych, ważnych dla rozwoju akcji dialogów nie da się dobrze zrozumieć bez znajomości odpowiednich fragmentów Biblii. Dotyczy to w szczególności konwersacji archidiakona z Kennethem Morningtonem, młodym erudytą z wydawnictwa Persimmonsów. Nie sadzę, żeby te biblijne echa były jakimś świadomym zabiegiem autorskim. Po prostu tak się kiedyś rozmawiało.

3. Spodobało mi się rzadko spotykane w literaturze, teologiczne podejście Williama do Świętego Graala. Nie jest to w żadnym wypadku cudowny czy magiczny artefakt w formie, do jakiej przyzwyczaili nas autorzy kiepskiej fantasy i równie kiepskich powieści „brownowskich”. Graal jest nie tyle rezerwuarem nadprzyrodzonej mocy, którą można manipulować, co narzędziem Boskiego sądu. Poprzez niego objawia się Bóg i to objawienie jest szczęściem dla miłujących Go i potępieniem dla tych, którzy wybrali ciemność.

Główny bohater, archidiakon ze wsi Fardles, postać wzorowana nieco na księdzu Brownie Chestertona, bywa chwilami obojętny wobec samej relikwii, wiedząc, że jest to tylko jeden z kanałów, którymi rozlewa się Boża łaska. Przy okazji rysuje Williams ciekawy konflikt w drużynie „białych kapeluszy”. Książę, młody katolicki arystokrata, którego stosunek do Graala ma charakter na poły magiczny, nalega aby kielich czym prędzej odesłać do Watykanu. Archidiakon stara się hamować jego zapędy, świadom, że los Graala musi rozstrzygnąć się w Anglii. Oficjalnie czeka na spotkanie z biskupem, to jednak tylko podsyca niecierpliwość księcia, który, jak na rzymskiego katolika przystało, nie uznaje święceń anglikańskich i niewiele obchodzi go autorytet anglikańskiego biskupa. Ostatecznie konflikt zostaje zażegnany na niezwykłej, ponadkonfesyjnej mszy, celebrowanej przez… Niestety więcej nie mogę napisać.

4. Jednym z najpaskudniejszych antybohaterów „Wojny w niebie” jest posępny czciciel Szatana imieniem Manasseh, człowiek wiadomej narodowości, opisany bez krzty sympatii. Wypisz, wymaluj – „Żyd bluźnierca”. Dodajmy do tego, że kara śmierci przedstawiona jest w książce jako droga skruchy i odnalezienia Boga i mamy ładunek politycznej niepoprawności, który odstraszy niejednego wydawcę (a może się mylę?).


Williams spełnił moje oczekiwania. „Wojna w niebie” to dobra książka, mimo pewnych potknięć w narracji i kilku dłużyzn. Poprzeczka, którą ustawił autor, jest trochę za wysoka dla połykaczy współczesnych „thrillerów metafizycznych”, to jednak wina czasów, nie autora, który pisał dla innego odbiorcy.

Odnalezieni (wiersz na czas paschalny)




W grobie ciałem, w Otchłani duszą,
W Raju z łotrem.
Dobry pasterz,
W burzy gniewu,
Na pustyni śmierci,
Odnalazł to, czego szukał.

Raduje się dziewięćdziesiąt dziewięć aniołów,
Wdowa tańczy z odnalezioną drachmą,
Kupiec z zachwytem wpatruje się w perłę.

Ojciec obejmuje swego syna,
Wręcza mu pierścień i girlandy,
Umiera ziarno pszenicy, ziarno gorczycy rozkwita,
Dąb wyciąga swe ramiona ku gwiazdom.

Strumienie tryskają na pustynię ze Skały,
Przebitego boku,
Ten, który to widział, zaświadcza o tym,
A świadectwo jego jest prawdziwe.

Byliśmy zagubieni,
Cienie w Otchłani, tego pustkowia wędrówki,
Dziwnie nazwanej
(Grzechem, czy możesz w to uwierzyć?)
Nasz duch był spętany.

Dziś dobiega kresu trwonienie życia,
Dziś nastaje kres zawstydzenia,
Łaska, czy potrafisz ją przyjąć?

Byliśmy zagubieni,
Zostaliśmy odnalezieni.



Ks. J.T.
Pascha 2007





czwartek, kwiecień 19, 2007

Hail Britannia


W poprzednim wpisie zdarzyło mi się zwrócić uwagę na fakt, że parlamentarne kampanie na rzecz praw „proktologów – amatorów” toczone są z większą zaciekłością od debat budżetowych i innych ważnych spraw. Piękną ilustrację tego stwierdzenia znajdziemy w degenerującym się w jakimś obłędnym tempie wyspiarskim kraju na zachodzie Europy. Całkiem niedawno Duma Państwowa Małej Brytanii (niegdyś znane odpowiednio jako British Parliament i Great Britain) uchwaliła zestaw regulacji o nazwie Equality Act. Mówiąc w wielkim skrócie od końca kwietnia w kraju, nad którym w szybkim tempie zachodzi słońce, nie będzie wolno nauczać w szkołach wyznaniowych o grzeszności sodomii. Fotograf, który odmówi wykonania zdjęć „ślubnych” parze sodomitów albo człowiek, wynajmujący pokoje w ramach „bed and breakfast”, który nie będzie chciał przenocować takiej pary, może zostać zaskarżony do sądu. Chrześcijańskie agencje adopcyjne nie będą mogły odmówić oddania jednopłciowym partnerom dziecka do adopcji. Jednym z architektów nowych przepisów - pamiętajmy, że w demokracji prawo ulega wyparciu przez przepisy – jest pani Ruth Kelly, katoliczka związana z Opus Dei, do niedawna minister ds. kobiet w rządzie Blaira a obecnie minister edukacji. W jaki sposób hunwejbini brytyjskiej Rewolucji Kulturalnej zamierzają pogodzić działanie ustawy z oficjalnie obowiązującą wolnością słowa i wyznania, nie mam pojęcia. Nie narzekam, bo w końcu są to symptomy schyłku demokracji masowej, który wieściliśmy w „Stańczyku” od początku lat dziewięćdziesiątych. Myślę tylko, że hunwejbini nie są dostatecznie radykalni. Skąd bierze się chrześcijańskie przekonanie o grzeszności praktyk homoseksualnych? Ze Starego Testamentu? Z pewnością, ale jego ruszać nie wolno, póki „czynnik eskimoski” odgrywa znacząca rolę w polityce. Jednak Stary Testament to tylko cień Nowego zaś prawdziwym źródłem chrześcijańskiego potępienia stosunków homoseksualnych jest dogmat o Wcieleniu Słowa Bożego i wynikające z niego rozumienie osoby ludzkiej. Zatem ten, kto chce ostatecznie rozwiązać problem chrześcijańskiej homofobii winien skierować atak w samo serce chrześcijaństwa, jakim jest objawienie Wcielonego Boga w rzeczywistości ludzkiej poprzez Krzyż. Ciekawe, kiedy zrozumieją to gorliwi bojcowie o prawa gejów.


wtorek, kwiecień 17, 2007

The way we live now (4)

Życie seksualne dzikich


Mogę zacytować Tadeusza Konwickiego, który mówi do mnie: - Gustaw, pamiętasz, że myśmy podrywali dziewczyny? Że naszą ambicją było zdobyć dziewczynę i robiliśmy wszystko w tej sprawie? I rzeczywiście ja na moich spacerach, które kontynuuję od 30 lat na tej samej trasie, widziałem na ławkach w parku chłopców, którzy zdobywali dziewczyny, a w tej chwili jest odwrotnie - chłopcy leżą na ławkach na wpół uśnięci i zmęczeni, a na nich leżą dziewczyny i coś przy nich majstrują! (fragment wywiadu z Gustawem Holoubkiem dla „Dziennika”)



Triumfalny marsz Fallusa


W swoich dziennikach z lat siedemdziesiątych Malcolm Muggeridge zastanawiał się, kto wyjdzie zwycięsko ze zmagań sowieckiego totalitaryzmu z zachodnim liberalizmem, porównując je do walki Knuta z Fallusem. Oddający pokłon Fallusowi hedonizm, twierdził angielski pisarz, zawsze przegra z brutalną „wolą mocy” knuta. Historia nie potoczyła się jednak zgodnie z przewidywaniami Anglika. Zwycięstwo cywilizacji Fallusa czyli rewolucji seksualnej jest bezdyskusyjne. Żyjemy w czasach porewolucyjnych.

Na tzw. „rewolucję seksualną”, podobnie jak na wiele innych zjawisk współczesnego życia, warto spojrzeć z szerszej perspektywy. Zwykle zawęża się ją do rewolty obyczajowej, która miała miejsce gdzieś między 1962 czyli rokiem publikacji przełomowej i wciąż wznawianej książki Helen Gurley Brown (twórczyni sukcesu pisma „Cosmopolitan”) "Sex and the single girl" a pierwszą połową lat siedemdziesiątych, kiedy to biznes pornograficzny ostatecznie zaistniał w krajach Zachodu jako legalna forma produkowanej na potrzeby człowieka masowego rozrywki. Ci, którzy piszą o jakiejś „rewolucji”, która dokonała się w latach sześćdziesiątych, są jednak w błędzie. W tej dekadzie wielkiej powojennej prosperity niemal każdy znalazł się w posiadaniu skromnych nadwyżek finansowych wystarczających do opłacenia miejsca w motelu, zakupu paczki prezerwatyw, odrobiny narkotyków i płyty Beatlesów, co umożliwiało mu making love not war. Używając stosownej do tematyki tego wpisu metafory, prezerwatywa społecznych konwenansów pękła ostatecznie w latach sześćdziesiątych, nie wytrzymując ciśnienia narastającego wewnątrz od kilku co najmniej dziesięcioleci.

Ciśnienie narastało z wielu powodów. Trudno mi zaakceptować popularne w wielu środowiskach kontrkulturowej prawicy teorie, według których cała nowoczesność jest w istocie serią projektów inżynierii socjalnej realizowanych przez dewiantów i mających na celu usprawiedliwienie ich dewiacji. Niewątpliwie lektura książek o prywatnym życiu wielu Ojców i Matek Założycieli współczesności może dostarczyć niezwykłych wrażeń. Z pewnością udział tych ludzi w kształtowaniu „kulturowego pejzażu współczesności” (jakoś bardzo lubię ten gazwybowy termin) jest niebagatelny. Jednak ci modernistyczni dewianci stanowią tylko element układanki. Ważniejsze od ich jednostkowych działań są długotrwałe procesy, które złożyły się na rewoltę mas, o której pisałem w pierwszej części tego cyklu: dechrystianizacja Zachodu, umasowienie i komercjalizacja większości aspektów codziennego życia, przyspieszona urbanizacja, upowszechnienie edukacji i wynikający z niego upadek klasycznego wykształcenia. Nie zapominajmy też o Ameryce. Większość rewolucyjnych koncepcji naprawiania świata narodziła się w Europie, głównie na osi Paryż-Berlin, jednak w przypadku rewolucji seksualnej amerykański wkład jest bardzo wielki. Socjologowie badający dzieje społeczeństwa amerykańskiego stawiają tezę, że mentalna rewolucja w dziedzinie seksu dokonała się tam już pod koniec XIX wieku. Społeczeństwo amerykańskie od początku było bardziej mobilne, dzięki czemu rozpowszechnione w siedemnastowiecznej Anglii małżeństwa według prawa zwyczajowego utrzymywały się tam przez bardzo długi czas. Kroniki miejskie XVIII-wiecznej Nowej Anglii pokazują bezskuteczną walkę władz z luźnymi obyczajami mieszkańców. W rzeczywistości to emigracyjne społeczności katolickie, spojone silniejszymi więzami rodzinnymi, zachowywały w Ameryce większy rygoryzm seksualny niż powszechnie obwiniani o to protestanci. Na początku XX wieku właśnie amerykańskie czasopisma kobiece – najlepsze media tamtej epoki – przyczyniły się w wielkim stopniu do zdefiniowania nowego podejścia do spraw płciowości. Już wtedy pisujące w tych pismach panie przewidywały wspólny marsz techniki i erotyki, przewidując, jak wielkim udogodnieniem dla wolności seksualnej będzie nowy wynalazek, samochód, co stało się prawdą w Ameryce od lat pięćdziesiątych. Kolejne etapy seksualnego wyzwolenia to eksplozja obyczajowego liberalizmu w latach dwudziestych po szoku Wielkiej Wojny, sukces psychoanalizy w wersjach Freuda i Reicha (twórcy terminu „rewolucja seksualna”), wynalezienie antybiotyków pozwalających leczyć choroby weneryczne, wreszcie raport Kinseya (nieważne, że w dużej mierze sfałszowany, gdyż jako święty tekst nowoczesności nie podlega on ocenie naukowej). Dopiero na samym końcu łańcuszka znajdują się lata sześćdziesiąte, będące triumfalną manifestacją tego, co zostało osiągnięte już wcześniej. Rewolucja seksualna to w pewnym sensie żadna rewolucja, tylko „mistyczna” strona nowoczesności, tak jak kult techniki jest jej stroną bardziej profaniczną zaś nihilizm podstawą ideową. Rewolucja seksualna to także zbiór obyczajów seksualnych uformowanych w epoce człowieka masowego. Te obyczaje są takie jak człowiek masowy: infantylne, pozbawione finezji, odzwierciedlające dążenie do natychmiastowego zaspokojenia i nieustannej eskalacji „potrzeb”.




Samotni na seksualnym ringu


Piszący wiele o miłości Denis de Rougemont stwierdził kiedyś, że „rubaszna rozpusta jest z pewnością jedną z mniej szkodliwych postaci grzechu”. Pisał także, że chrześcijańskie małżeństwo jest najlepszym remedium na przenikający świat kultury zachodniej wirus miłości romantycznej, zdrady i nadmiernych uniesień. Agape, według de Rougemonta, zbawia Erosa. Uściślijmy: ludzka miłość to połączenie Erosa i Agape, przy czym udział tych pierwiastków zmienia się wielokrotnie w ciągu życia człowieka. Problemem dużej części współczesnych ludzi masowych jest ich niezdolność zarówno do prawdziwej, małżeńskiej miłości jak i rubasznej rozpusty. Agape i Eros równie rzadko pojawiają się w ich życiu, Chrystus i Casanova są dla nich równie niedostępni.

Wyzwolenie seksualne, twierdził niegdyś Huxley, rekompensuje zanik wolności w sferze gospodarki i polityki, charakterystyczne dla masowych systemów XX wieku. Jednak ta rekompensata ma pozorny charakter i wiedzie ku nowej niewoli, co tenże Huxley opisał w dystopijnym „Nowym wspaniałym świecie”. Człowiek masowy ma niewiele obszarów prawdziwej wolności, ma natomiast dużo – posłużę się tu określeniem Szczepana Twardocha – „symulakr wolności”. Na libido, nawet w epoce wyzwolenia trzeba nakładać cugle, aby wykorzystywać tę siłę dla dyskretnego manipulowania społeczeństwem. Seksualna wolność stała się dziś zarówno dogmatem jak i narzędziem społecznej kontroli, co jest piorunującą mieszanką. Aby seks i wszystko, co się z nim wiąże, był „ważny” nie powinien nigdy znikać ze społecznej świadomości. Stąd debaty publiczne już nie tylko o wychowaniu seksualnym w szkołach, ale o propagandzie „alternatywnej” seksualności w przedszkolach. Świeże i plastyczne umysły małych dzieci łatwiej jest formować. W wielu krajach rozpoczęła się totalna mobilizacja mająca na celu uświadomienie „problemów” mniejszości seksualnych obojętnej lub „wrogiej” większości. W wielu parlamentach walka o dostęp do aborcji na życzenie lub prawa gejów ma bardziej zacięty charakter niż debata fiskalna czy nawet decyzja o zaangażowaniu militarnym.

Jednocześnie zbiorowe libido społeczeństwa ludzi masowych utrzymywane jest w stanie ciągłego napięcia przez medialne obrazy i propagandę. Dotyczy to w większym stopniu mężczyzn, których wrażliwość seksualna jest prymitywniejsza od kobiecej. Mężczyzna oglądający siebie przez pryzmat narracji oferowanych przez media wygląda jak gigantyczny fallus, poszukujący wciąż nowych doznań z nowymi partnerkami. Odkurzony został stary archetyp przedchrześcijańskiego króla – poligamisty. To, co w społecznościach archaicznych zarezerwowane było, jako odznaka wyjątkowości i mocy, dla nielicznych ludzi ze szczytu społecznej piramidy, dziś oferowane jest w formie medialnej iluzji całkiem przeciętnym facetom na całym świecie. Jednak prawdziwymi ofiarami czasów wolności seksualnej są kobiety. Mężczyźni są przynajmniej warunkowani w sposób zgodny z ich naturą, w końcu każdy mężczyzna jest z natury poligamistą zaś małżeństwo jest najdoskonalszym sposobem korygowania tej naturalnej przypadłości. To, co kultura porewolucyjna oferuje kobietom, krzywdzi je podwójnie, zmuszając do zachowań sprzecznych z ich naturą. Kobiety stoją dziś na seksualnym ringu jako równy przeciwnik młodych mężczyzn. Mogą pokonać wielu z nich, ale nie pokonają własnej natury, która mówi: „nie chcę być obiektem seksualnym”.

W epoce przedrewolucyjnej, ba, nawet w początkowych fazach rewolucji, gdy odbywała się ona przede wszystkim na papierze i w buduarach klas wyższych, mężczyzna musiał się sporo nabiegać, aby zyskać najpierw względy a potem wdzięki adorowanej kobiety. Skomplikowany rytuał zawierania znajomości, randki, narzeczeństwo, hipokryzja towarzysząca temu wszystkiemu, przyczyniały się do ochrony kobiety i kobiecej seksualności. Porewolucyjna wolność doprowadziła do przyznania aktywności seksualnej nadmiernego znaczenia oraz do nadania jej statusu pożądanego towaru. Wiele kobiet obdarzonych zdobyczami rewolucji wkracza w dorosłość z mniej lub bardziej świadomym przekonaniem, że nie będą kochane lecz używane. Kłóci się to głęboko z zakorzenioną w psychice kobiety potrzebą bycia „tą jedyną”, z jej naturalnym monogamizmem i potrzebą stabilności. Nie jest przypadkiem, że wszystkie tradycyjne społeczeństwa uświęcają związek małżeński. Status żony i matki, miłość małżonka i miłość do dzieci, są rzeczywistą rekompensatą przemijającej urody i stanowią więź z nieskończonym cyklem przychodzących i nadchodzących pokoleń, nadając życiu status wykraczający poza doczesność. Kobieta traktowana jako obiekt seksualny, wyrwana z kręgu stabilnych stosunków rodzinnych, prawie zawsze stoi w cieniu śmierci i dlatego tak wiele kobiet kaleczy się, głodzi lub obżera, czyniąc to wszystko w ramach nienawiści do własnego ciała, które współczesna cywilizacja sprowadziła do poziomu atrakcyjnego przedmiotu i które musi dorównywać wykreowanemu przez media sztucznemu ideałowi estetycznej doskonałości.

Freud był przekonany, że neuroza jest pochodną seksualnej represji. Współczesny mu wielki Wiedeńczyk Karl Kraus nazywał jego poglądy „chorobą przebraną za panaceum”. Wiedeński psychoanalityk nie był, wbrew powszechnemu mniemaniu, zwolennikiem totalnego seksualnego luzu, gdyż obawiał się anarchizacji stosunków społecznych. Chodziło mu raczej o to, aby tłumioną histerię spowodowaną przez represywną i autorytarną rodzinę zastąpić „zwykłym brakiem szczęścia”. Jednak sprymitywizowana pop-wersja jego poglądów dostarczyła pożywki finalnym etapom rewolucji seksualnej, rozbudzając w generacji powojennych narcyzów żądania czegoś więcej niż zracjonalizowane nieszczęście. Z perspektywy trzydziestu lat, które upłynęły od apogeum rewolucji, widzimy, że to nie represja libido tworzy neurozy, lecz jego uwolnienie. Nasz świat, który na pierwszy rzut oka usiłuje zabawić się na śmierć, jest w gruncie rzeczy przesiąknięty poczuciem pustki i lęku. Coraz trudniej spotkać ludzi mających w sobie naturalną joie de vivre. Ofiarami anoreksji i bulimii jest ponad 10 milionów Amerykanek (ta liczba obejmuje tylko zdiagnozowane przez lekarzy przypadki). Samookaleczenia dokonuje od 15 do 20 procent podlotków w krajach anglosaskich. Prawie połowa japońskich małżeństw nie utrzymuje kontaktów seksualnych zaś w Ameryce i Europie narasta znudzenie seksem wśród ludzi w każdym wieku. W panseksualnej rewolucji jak w soczewce skupiają się wszystkie patologie, które starałem się wskazać w poprzednich notkach tego cyklu:

Komercjalizacja, według znanej maksymy „sex sells”. Rozkosz seksualna stała się towarem, który trzeba posiadać. Zarazem seks traktowany jest jako uniwersalny środek do reklamowania niemal wszystkich towarów.

Wieczne Juwenalia i skurczenie drabiny wieku. Człowiek masowy uznaje siebie za wartościowego jedynie wtedy, gdy znajduje się w stanie przedłużonej młodzieńczości. Dlatego kiedy osiąga wiek, w którym coraz trudniej zachować ułudę tej młodzieńczości, z pomocą przychodzą mu wszelkiego rodzaju akcesoria: niebieska pigułka na potencję, farba na posiwiałe skronie i lifting usuwający zmarszczki. Zabawa trwa: niedawne badania stanu zdrowia mieszkańców emeryckich osiedli na Florydzie wykazały wysoki stopień zakażeń bakteriami Chlamydia_trachomatis. Wiecznie młodzi pojawili się nawet w przemyśle pornograficznym, w którego ofercie coraz więcej miejsca zajmują produkcje z coraz starszymi „aktorami”.

Samotność i brak stabilności, będące skutkiem życia w warunkach wyścigu szczurów po jak najlepsze miejsce na drabinie społecznego uznania. Romantyczna fascynacja, zakochanie, randki, wszystko to angażuje za dużo bezcennej energii i czasu. Liberalizacja seksualna połączona z gigantyczna presją zrobienia „kariery” i osiągnięcia „sukcesu” są Scyllą i Charybdą młodych ludzi masowych. Z jednej strony utożsamiają oni sukces z niezależnością, co jest tylko po części prawdą, z drugiej – mylą niezależność z emocjonalną izolacją. Kogoś, kto jest emocjonalnie odizolowany od innych ludzi, ciężko jest zranić a brak takich psychicznych obrażeń, zdawałoby się koniecznych i nieraz zbawiennych, jest uznawany za niezależność. W takich warunkach ciężko mówić o odwadze wejścia w trwały związek z druga osobą a separacja seksu i miłości staje się nieunikniona. Badania statystyczne są bezlitosne: wśród amerykańskich studentów klasyczne randki zostały wyparte przez "hooking up", jak określa się tam szybki i pozbawiony więzi emocjonalnej seks ze znajomymi z campusu. Takie coś ciężko nazwać nawet przelotnym romansem, bliższym porównaniem jest spożycie eklera albo wypicie kieliszka wina. Nie mam powodu by myśleć, że w Europie jest inaczej. „Hook up” nie ma nic wspólnego ani z wielką erotyczną namiętnością dawnych arystokratów, ani z „rubaszną rozpustą” ludu, zaś ludzie, którzy od wczesnej młodości przywykną do „haczykowania”, są duchowo okaleczeni i marnie wyposażeni do życia w małżeństwie.

Hedonizm wyrażający się w stale rosnącej liczbie młodych ludzi, odkładających w nieskończoność decyzję o małżeństwie, preferując w zamian karierę, dom, samochód i wiele lat nieskrępowanej swobody seksualnej traktowanej jako zaspokojenie jednej z istotnych życiowych potrzeb. Dopełnieniem tego zjawiska są DINKsi (Dual Income No Kids) czyli małżeństwa odkładające w nieskończoność decyzję o poczęciu dziecka. Dotyczy to również, nie czarujmy się, dużej ilości młodych ludzi będących praktykującymi chrześcijanami. Przykład generacji rozwodników czyli dzisiejszych sześćdziesięciolatków – dzieci rewolucji, okazał się destrukcyjny. Dla ich potomków małżeństwo jest mocno zdewaluowaną wartością.





Teologia ciała ostatnią deską ratunku?


Na koniec pozwolę sobie na krótką wycieczkę w stronę popularnej obecnie w pewnych kręgach katolickich teologii ciała. George Weigel przyznaje, że jest to właściwie teologiczna redefinicja i dowartościowanie seksu. Myślę, że trochę się myli. Jak wielu amerykańskich "neo cathsów" nienajlepiej orientuje się w dziejach doktryny Kościoła przed Akwinatą. W istocie „teologia ciała” da się wpisać się w jeden z dwóch typowych dla tradycji chrześcijańskiej nurtów myślenia o seksualności, tyle że cała koncepcja podana jest w ciężkostrawnym sosie języka wzorowanego na bliskich Janowi Pawłowi II filozofów, Schelera i Husserla, co nieraz utrudnia jej zrozumienie. Czy nie należałoby jednak zapytać podstawowego pytania o sensowność energicznego marketingu, jaki teologia ciała zdaje się otrzymywać z niektórych środowisk Kościoła katolickiego?

W czasach, kiedy ludzie bombardowani są przez media rozerotyzowanymi obrazami, przewodnikami po orgazmie i propagandą, że bez seksu (niemal) od kołyski aż po grób ani rusz, można czasem odnieść wrażenie, że i chrześcijanie pragną włączyć się do tego obłąkanego wyścigu. Jest to gaszenie ognia benzyną, paradne pokrzykiwanie „patrzcie, my też mamy seks” a może raczej „my to dopiero mamy seks!”. Inna sprawa, że rzeczywiste oddziaływanie „teologii ciała” jest, jak przypuszczam, niewielkie. Jak większa cześć pism poprzedniego papieża ma ona charakter „ezoteryczny” w tym sensie, że nie mają dostępu do życia przeciętnego katolika. Istnieje jednak spora grupa ludzi, którzy wzięli sobie do serca „teologię ciała” traktując ja nieomal jako część nieomylnego Magisterium, w dodatku godną szczególnego rozpropagowania. Ten aktywizm przybiera nieraz formę dziwacznego kultu natury wyrażającego się w bezkrytycznym zachwycie nad metodami Naturalnego Planowania Rodziny. Można odnieść wrażenie, że cykl menstruacyjny kobiety został ustanowiony przez Boga, aby umożliwić ludziom „bezgrzeszne” spółkowanie bez ryzyka poczęcia. Lektura wpisów młodych katolickich mężatek wypisujących na forach dyskusyjnych długie posty „techniczne” na temat różnych aspektów praktyki NPR (gęstość śluzu, temperatura w pochwie itp.) budzi niesmak zmieszany z politowaniem. Coś niezdrowego jest w ich stosunku do własnej płciowości.

Aby nie ciągnąć nadmiernie tematu powiem, że przekonanie, iż pozytywna teologia seksu jest znacząca alternatywą wobec młodej i agresywnej religii panseksualizmu jest naiwne. Obecnie nie ma żadnej alternatywy o porównywalnej sile rażenia. Prawda jest taka, drodzy czytelnicy Studionu, że w życiu człowieka, który stara się nie być masowym, seks jest mniej ważny od modlitwy, postu czy szeroko pojętej jałmużny zaś bronią przeciw tej religii nie jest, najsłuszniejsza nawet, „teologia ciała”, lecz odważne świadectwo czystości, celibatu i ascezy. Gdzie zaistnieje takie świadectwo, tam intuicyjna „teologia ciała” pojawi się sama.

A poza tym uważam, że ten, kto chce zapaść na impotencję powinien regularnie oglądać „Seks w Wielkim Mieście”.




cdn.



The Way 1

The Way 2

The Way 3


środa, kwiecień 11, 2007

Coś o chrześcijańskiej Etiopii




Czy może być coś dobrego z Der Spiegla? O dziwo tak, chociażby ten artykuł o chrześcijaństwie w Etiopii. Pomimo paru głupot tekst jest zadziwiająco przychylny i obiektywny w stosunku do etiopskich przedchalcedońskich ortodoksów.

wtorek, kwiecień 10, 2007

Capriccio o Feniksie

W tygodniu paschalnym wstyd nie poświęcić paru słów najpiękniejszemu z symboli Zmartwychwstania Pańskiego, cudownemu Feniksowi, jedynemu ze zwierząt, które nie opuściło ogrodu Edenu w ślad za naszymi Prarodzicami. Nie ulegajmy pełnym pobłażania głosom sceptyków, którzy kręcą głowami, zdumieni co kogo może obchodzić stworzenie, które nigdy nie istniało. Niech nie zwiedzie nas mądrość uczonych, kiedy mówią że ognisty ptak przywędrował do nas ze starożytnych Chin albo narodził się w umysłach Egipcjan czy Etiopów. Wiemy, że legendy pogan są zaledwie cieniem Prawdy. Feniks był i jest nasz i choć od kilkuset lat jakby zniknął z pola widzenia, wiele wskazuje, że jego rychły powrót jest nieunikniony.

Pierwsze wzmianki o cudownym ptaku Zmartwychwstania odnajdujemy w I Liście do Koryntian św. Klemensa Rzymskiego. Ten list cieszył się, choć nie tylko ze względu na wzmianki o Feniksie, takim poważaniem, że mało brakowało a znalazłby się w kanonie Pisma Świętego. O Feniksie pisali św. Ambroży, Laktancjusz, zwany „chrześcijańskim Cyceronem” nauczyciel synów Konstantyna Wielkiego oraz Tertulian. Na jego opinii, zawartej w XIII księdze traktatu “O zmartwychwstaniu ciał” warto zatrzymać się dłużej. Tertulian komentując słowa psalmu 93(92),13: Sprawiedliwy zaś zakwitnie jak palma i będzie rósł jak cedr na Libanie, odnosi je do Feniksa właśnie. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, dopóki nie zdamy sobie sprawy, że posługiwał się on Septuagintą, natchnionym greckim przekładem Starego Testamentu. Greckie słowo oznaczające palmę daktylową to phoinix (stąd botaniczna nazwa drzewa Phoenix dactylifera i rosyjskie słowo финик - daktyl) a popiół ze starej palmy daktylowej uchodził za znakomity nawóz używany przy sadzeniu młodych drzew. Stąd w ikonografii wczesnobizantyjskiej zamienne użycie wizerunku Feniksa i palmy jako symbolu Chrystusa Zmartwychwstałego. Także wysmukłe cedry libańskie służyły jako symbol Chrystusa, gdyż ze względu na swoją wielkość i długowieczność wskazywały na Mesjasza, którego ”początki … od prawieku, od dni zamierzchłych" (Mi 5,1).

Teologia Feniksa - jeśli można się tak wyrazić – i związanej z nim symboliki rozwinęła się najpełniej w Średniowieczu. Porównywano wtedy zbudowany z gałęzi pachnących krzewów stos pogrzebowy Feniksa, do znaczonego cnotami życia chrześcijanina, który umiera w ogniu Chrystusowej miłości aby odrodzić się do życia wiecznego. Feniks zagościł na dobre w średniowiecznej ikonosferze: widniał na monetach i rycerskich tarczach, pojawiał się w iluminacjach pobożnych ksiąg i alchemicznych traktatów.

Czas życia Feniksa nie jest nam dokładnie znany, jednak najczęściej wymieniany jest okres pięciuset lat. Pięćset lat temu, z początkiem Renesansu (czy to przypadkowa zbieżność?) umarł poprzednik obecnego Feniksa. Ten, który w głębokim ukryciu dobiega teraz kresu swych dni, nie miał łatwego życia. Pojawiał się rzadko i jeszcze rzadziej zwracano nań uwagę. Ten Feniks epoki „szkiełka i oka” wkrótce spłonie a na jego miejsce pojawi się nowy. Pierwszy zwiastun, w postaci Fawkesa, pojawił się na kartach wiadomych powieści. Obyśmy potrafili, tak jak nasi przodkowie, czytać w księdze znaków i symboli i nie przegapili jego narodzin.





sobota, kwiecień 07, 2007

Pascha 2007



ΧΡΙΣΤΟΣ ΑΝΕΣΤΗ
ΧРІСТОС ВОСКРЕСЕ









CHRISTUS RESURREXIT

CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ


Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem. Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. [Mt 28,1-8]







Zmartwychwstał Chrystus — i upadły demony.
Zmartwychwstał Chrystus — i weselą się aniołowie.
Zmartwychwstał Chrystus — i życie świeci swą pełnią.
Zmartwychwstał Chrystus — i nikt martwy nie pozostał w grobie.
Chrystus bowiem powstawszy z martwych
Stał się pierworodnym pośród umarłych.
Jemu chwała i królestwo na wieki wieków. Amen.




piątek, kwiecień 06, 2007

Ecce Homo



Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: Pragnę. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę oddał ducha. Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat - ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem - Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili. [J 19, 28-37]

-------


"Dzieło Boże jest kształtowaniem istoty ludzkiej” pisze św. Ireneusz z Lyonu. To dzieło zostaje ogłoszone w Księdze Rodzaju, wypełnia się na Krzyżu i trwa w nas, kiedy podejmujemy krzyż. Wieczna chwała Boga, którą Chrystus posiadał z Ojcem nim świat został stworzony, odsłania się światu w męce, ukrzyżowaniu i podniesieniu Jezusa i jest ona zarazem pierwszą manifestacją prawdziwej istoty ludzkiej w stworzeniu: „Oto Człowiek” [J 19,5]... Chrystus wypowiadając słowa: „Wykonało się”, nie stwierdził, że jego ziemskie życie dobiegło kresu, lecz że dzieło Boga zostało zakończone i wykonane. Boska ekonomia czyli cały plan stworzenia i zbawienia osiągnęła kulminację w tym właśnie momencie. Dzieło Boga, o którym mowa jest w Księdze Rodzaju: stworzenie „człowieka (anthrõpos) na wzór i podobieństwo nasze” [Rdz 1,26-27] zostaje wypełnione w tej właśnie chwili; jak mówi Piłat kilka wersetów wcześniej: „Oto Człowiek (anthrõpos)” [J 19,5]. Dzieło Boże dobiegło końca i Pan stworzenia odpoczywa od swych trudów w grobie w czasie błogosławionej Soboty. Poddając się dobrowolnie męce jako człowiek, Jezus Chrystus jak Syn Boży i Bóg kształtuje nas na obraz i podobieństwo Boże, na obraz Boży, którym sam jest (Kol 1,15)".

Ks. John Behr "Mystery of Christ. Life in death"