wtorek, maj 29, 2007

Studycka prolegomena do fascynującej tematyki gender studies (1)

.




W parny lipcowy dzień 1732 roku urzędnicy kancelarii prowincjalnej w Tule stali się świadkami niezwykłego wydarzenia. Żołnierz Prokopiusz Kożewnikow przyprowadził do urzędu niejaką Marynę, córkę Polikarpa, majstra tulskiej słobody Orużejnej. Kobieta, która opuściła miejsce zamieszkania bez zgody rodziców, poszukiwana była listem gończym. O tym banalnym wydarzeniu nikt by dziś nie pamiętał, gdyby nie fakt, że rzeczona Maryna miała na sobie męski strój, uczesana była na męski sposób i w dodatku, jak stoi w aktach sprawy „była z nią baba, którą owa Maryna nazywała swoją żoną”. W czasie przesłuchania wyszło na jaw, że Maryna po ucieczce z Tuły podawała się za mężczyznę o imieniu Iwan Karpow a w pewnej wsi zawarła związek małżeński z chłopką Praskowią Iwanowną. Urzędnicy kancelarii uznali, że sprawa wiąże się z obrazą wiary i zdecydowali, że wyrok powinien wydać sąd duchowny. Aresztantki rozdzielono i pod eskortą odesłano do Kołomny, zamożnego kupieckiego miasta będącego siedzibą biskupa diecezji, w skład której wchodziła wówczas Tuła.

Sądy rosyjskie nie wyróżniały się szczególnym pośpiechem i sprawa ciągnęła się przez rok. W czasie przesłuchań śmiertelnie przerażona Praskowia przysięgała, że wciągnięto ja do małżeństwa niezwykle chytrym podstępem, skutkiem czego nie zdawała sobie sprawy, że z małżonkiem jest coś nie tak. Nie wiadomo, czy twierdziła tak ze strachu czy też jej, skromne zapewne doświadczenie w dziedzinie ars amandi, uniemożliwiało rozpoznanie prawdziwego stanu rzeczy. Na pewno zbliżenia z „mężem”, jakie by one nie były, odbywały się w całkowitych ciemnościach - w tamtej, przejściowej między Rusią a Rosją epoce, małżonkowie pragnący chwil intymności zasłaniali nawet ikony znajdujące się w sypialni - i to możemy uznać za okoliczność łagodzącą. Sąd duchowny przez długi czas nie dawał Praskowii wiary, w końcu jednak postanowiono wezwać medyka, który po obejrzeniu Maryny stwierdził, że posiada ona kobiece i męskie organy płciowe, a zatem „baba Praskowia” mówi prawdę.

Władyka Beniamin, ówczesny ordynariusz kołomieńskiej diecezji, wydał w końcu surowy wyrok. Praskowię skierowano do żeńskiego monasteru „na wychowanie”. Ojciec Joann, kapłan, który udzielił niezwykłej parze ślubu został obłożony karą kościelną. Dla Maryny, „niewiasty ohydnej” jak mówią akta, zbudowano na przedmieściu, w okolicy cerkwi Zmartwychwstania, niedużą kamienną wieżę z jednym pokoikiem, wyposażonym w drewnianą ławę do spania i dziurę do wypróżnień. 10 września 1733 roku Maryna zamieszkała w tym miejscu odosobnienia. Przez kilka tygodni jej krzyki (zapewne cierpiała na klaustrofobię) uprzykrzały życie mieszkańcom przedmieścia. Sytuacja nie podobała się świeckim władzom miasta zaś Święty Synod biskupów zareagował oburzeniem na nadmierną surowość biskupa Beniamina. Ostatecznie Marynę, na pół ogłupiałą skutkiem izolacji, wypuszczono po kilku miesiącach z wieży i wysłano, podobnie jak jej „żonę” Praskowię na reedukację do monasteru.


***


„W człowieku dostrzegam zagadkę teologii” pisze św. Focjusz z Konstantynopola. Człowiek nie tylko jest zagadką, ale sam kryje w sobie wiele zagadek i tajemnic. Jedną z najbardziej frapujących jest płeć. Bywa definiowana według kryteriów biologicznych, socjalnych i psychologicznych a jednak wykracza poza te cząstkowe próby definicji. Płeć to przede wszystkim kategoria ontologiczna, posiadająca wymiar metafizyczny, którego nie da się wyczerpująco opisać w kategoriach męskości i kobiecości, jakie znamy z naszego życia. Pisze Evdokimov:

„Księga Rodzaju dosłownie powiada: ‘uczyńmy człowieka (ha adam – w liczbie pojedynczej)… niech panują…’ (w liczbie mnogiej) i ‘stworzył Bóg człowieka (w liczbie pojedynczej)… stworzył mężczyzną i niewiastą’ (ta liczba mnoga oryginału odnosi się wprost do pojedynczej: człowieka). A zatem obecne zróżnicowanie męskości i kobiecości jako właściwości przynależnych dwóm oddzielonym od siebie jednostkom mieści się na marginesie prawdy pierwotnej” (P.Evdokimov „Kobieta i zbawienie świata” Poznań 1991, str. 153)

Powstaje pytanie, czy chodzi o osobę, która jest zarówno mężczyzna i kobietą czy też o mężczyznę i kobietę, którzy mimo dyferencjacji płciowej tworzą jeden „gatunek”. To pytanie tylko na pierwszy rzut oka wydaje się dziwne. W patrystycznych komentarzach do Księgi Rodzaju pojawiało się bardzo często. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Adam, zanim z jego ciała narodziła się Ewa, był sam (Rdz 2,18) i nie miał żadnej „pomocy” a zatem istniał w stanie, kiedy podział na biologiczne płci jeszcze nie nastąpił. Co więcej, wzięcie Ewy z żebra Adama może wskazywać, że Adam posiadał wcześniej wszystko, co posiadała Ewa tj. pełnię jej kobiecej natury. Dlatego Klemens Aleksandryjski pisze, że ciało Adama nabrało po narodzinach Ewy szorstkości i twardości, gdyż “miękkość i gładkość, jaką [Adam] posiadał, wydobył Bóg z jego boku, kiedy formował niewiastę Ewę” (Pedagogus III, 3). Niektórzy z chrześcijańskich myślicieli posunęli się nawet do stwierdzenia, że kobiety, które po Sądzie Ostatecznym wkroczą do Królestwa Bożego poddane będą zamianie płci na męską. Tomasz z Akwinu pisał, że istnienie kobiet związane musi być wyłącznie z koniecznością reprodukcji, bo gdyby chodziło o towarzysza dla Adama, drugi mężczyzna byłby o wiele lepszy (hmm, coś w tym jest?). Takie przeświadczenie o quasi-androginicznej doskonałości Adama istniało przez wiele wieków bynajmniej nie na marginesie teologii.

Jakby nie było sprawa staje się jaśniejsza z chwilą, kiedy rozpatrzymy fakt istnienia płci w kategoriach teologicznych, czyli przyjmując za początek rozważań następujące założenia:

1. W Bogu nie ma elementu płci, nie jest On ani „męski” ani „żeński”
2. Człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga
3. Człowiek jest duszą i ciałem

Jak pisze św. Paweł „nie istnieje mężczyzna i kobieta - wy wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie Jezusie” (Gal 3,28). Biorąc powyższe pod uwagę można powiedzieć, że płeć nie stanowi elementu obrazu Bożego w człowieku. Nasze zbawienie nie zależy od płci. Płeć można pojmować jako pewien szczególny dodatek, ostatni Boski „retusz” podczas tworzenia istoty ludzkiej i zarazem cechę, którą człowiek dzieli z istotami niższego rzędu, zwierzętami i roślinami. Ciekawe, że w refleksji patrystycznej, poza rozważaniami dotyczącymi sakramentu kapłaństwa, niemal w ogóle nie poświęca się uwagi męskiej płci Jezusa. Wynika to z faktu, że wcielone Słowo Boże przyjmuje pełnię ludzkiej natury, w której męski i żeński pierwiastek stanowią komplementarne części. Gdyby było inaczej musielibyśmy przyznać, że kobiety nie korzystają z owoców zbawienia na równi z mężczyznami, gdyż to, co nie zostało przyjęte, nie może być zbawione. Byłby to oczywiście absurd. To, że Chrystus jest mężczyzną wynika według Ojców z faktu, iż to, co istnieje przedwiecznie musi istnieć bez zmiany również we Wcieleniu. Jezus Chrystus jest Synem Człowieczym dlatego, że jest Synem Bożym.

Skoro płeć jest kategorią wtórną wobec obrazu Bożego to w jakim celu Bóg stworzył człowieka mężczyzną i kobietą? Czy chodziło wyłącznie o płodność i zaludnianie ziemi? Przypomnę najpierw skazaną od kilkudziesięciu lat na zapomnienie chrześcijańską opinio communis zgodnie z którą rozmnażanie znaną nam obecnie drogą płciową, analogiczne do sposobu rozmnażania się zwierząt, jest jednym ze skutków upadku Prarodziców. Ojcowie Kościoła byli zgodni, że seksualność i rozmnażanie ludzi, gdyby pozostali w Raju, miałaby odmienny od obecnego, dziewiczy i angeliczny charakter. Wielu z nich było zdania, że płeć została stworzona przez Boga niejako w celach asekuracji, dla przetrwania rodzaju ludzkiego gdyby odrzucił on życie w Raju. Taka opinia, choć niegdyś bardzo powszechna i wspólna dla chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu (pewnie dałoby się ją nawet określić mianem consensus patrum) wydaje się jednak jednostronna. Można wskazać na inny cel dyferencjacji płciowej ludzi. Jest nim uchronienie człowieka przed największym zagrożeniem, jakim jest nadmierne ukochanie siebie. Zwykle uważamy, że Adam nie miał w Raju świadomości zła. Uzyskał ją dopiero po spożyciu zakazanego owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła. W rzeczywistości sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Adam nie miał wprawdzie egzystencjalnej znajomości zła, ale wiedział od Boga, że istnieją pewne rzeczy, które są złe. Powiedziano mu: „nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. Człowiek, aby uniknąć zgubnego skupienia na sobie samym, potrzebuje drugiej osoby, która byłaby mu równa i zarazem całkowicie odmienna. Równa pod względem natury i odmienna w formie, w jakiej ta natura się wyraża. Wtedy każde ludzkie działanie, każdy zamiar lub czyn znajdzie uzupełnienie i odpowiedź w czynach i zamiarach tej drugiej, zarazem podobnej i niepodobnej do niego osoby. Takie twórcze napięcie możliwe jest szczególnie w przypadku miłości seksualnej – erosa, rozumianej oczywiście w kontekście daleko wykraczającym poza obcowanie płciowe. W takiej miłości powinien zniknąć egoizm i objawić się pełnia autentycznego człowieczeństwa. Taki właśnie stan wyraża pełen zachwytu okrzyk Adama: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Płeć jest więc odwieczną asekuracją istoty ludzkiej przed ześlizgnięciem się w otchłań samouwielbienia i alienacji.

Upadek prarodziców w Raju odcisnął swoje piętno na pierwotnym podziale płci. Oddzielając się od Boga ludzie rozdarli również to, co stanowiło pierwotnie harmonijną wspólnotę, ustawiając dwa składniki pełnego człowieczeństwa w opozycji. Znamienne jest, że Bóg po raz pierwszy zwraca się do mężczyzny i kobiety oddzielnie dopiero po upadku, zaś Adam w tej właśnie chwili usiłuje złożyć cała winę na Ewę, niewiastę „którą postawiłeś przy mnie” (a zatem to Ty jesteś winien tego, co się wydarzyło). Upadek został przypieczętowany w chwili gdy nasz Praojciec ze strachu wyparł się jedności z Ewą. To, co było doskonale zharmonizowane, męsko-kobiece, przemienia się w męskość i kobiecość umieszczone na przeciwległych biegunach i odtąd te pierwiastki przyciągają się i odpychają w nieprzerwanym cyklu pożądania i obrzydzenia, radości i zniechęcenia, uległości i rywalizacji, wciąż poszukujące siebie i zarazem niechętne wobec ponownego połączenia.

Tęsknotę za utraconą męsko-żeńską harmonią widać niemal we wszystkich kulturach, które z niewiadomych względów nazywamy dziś prymitywnymi, w szczególności zaś w pogańskich kultach bóstw androginicznych. Zainteresowanych naprawdę barwnymi szczegółami odsyłam do Eliadego. Na mnie największe wrażenie wywarł antyczny rytuał nocy poślubnej na greckiej wyspie Kos, kiedy mąż witał żonę ubrany w kobiecą szatę zaś oblubienica wkraczała do łożnicy przyozdobiona w sztuczną brodę. Wyjście z tej pułapki dualizmu daje jedynie Jezus Chrystus, Nowy Adam który w swoim przebóstwionym człowieczeństwie, wedle słów św. Maksyma Wyznawcy „złączył człowieka, niwecząc w tajemniczy sposób z pomocą Ducha różnicę miedzy płcią męską i żeńską i czyniąc logos (w terminologii św. Maksyma – zasadę) ich wspólnej natury wolnym od pożądań” (Questiones ad Thalassium XLVIII). Według najstarszego agrafonu, który znajduje się w II Liście św. Klemensa do Koryntian, Chrystus zapytany przez Salome, kiedy nadejdzie Królestwo Boże odpowiada: “gdy zdepczecie odzienie wstydu i gdy dwoje staną się jednym, i gdy mężczyzna i kobieta przestaną już być mężczyzną i kobietą”. Przywrócenie pełni obrazu Bożego w człowieku nie oznacza jednak negacji różnic płci lecz odbudowanie ich pierwotnego, nieskalanego charakteru. W świecie przyszłego wieku ludzie, odzyskując swoje zmartwychwstałe ciała w pełni obrazu Bożego, odzyskają te ciała jako męskie i kobiece choć "ani żenić się nie będą, ani za mąż wychodzić" (Łk 20, 34-35). Sam sens bycia mężczyzną i kobietą nabierze innego niż w ziemskiej historii ludzkości wymiaru.

Początek tej drogi leży w obecnym życiu. Dla większości mężczyzn i kobiet jest nim małżeństwo które tworzy „jedno ciało” z dwóch osób różnej płci. Człowiek powinien realizować się w sposób typowy dla swojej płci jednak ostatecznym celem nie jest realizacja siebie jako mężczyzny czy kobiety ale właśnie jedność osiągana poprzez niełatwe poszukiwanie małżeńskiej harmonii. Całość realizowana w małżeństwie powinna być czymś więcej niż sumą części.

Istnieje też droga zwana w Kościele wschodnim drogą anielską czyli monastycyzm. Człowiek, który podąża taką drogą, dostępną z racji swojej trudności tylko nielicznym, dokonuje integracji płciowej zachowując dziewictwo duchowe i cielesne. W takim człowieku „dwoje stają się jednym” choć nie ma on współmałżonka. Mnich i mniszka, którzy zdołali zrealizować swoje powołanie nie są ludźmi „bezpłciowymi” lecz raczej ludźmi seksualnie zintegrowanymi, którzy na sposób duchowy harmonijnie łącza pierwiastek męski i żeński gdyż żyją jak „aniołowie w niebie”. Dlatego stare mniszki które przyjęły najwyższe święcenia monastyczne zwane Wielką Schemą mają prawo wkraczania do prezbiteriów w cerkwiach, gdyż są one już „ziemskimi aniołami”. W tym sensie dziewictwo, tak wysoko cenione przez Kościół, pozwala odkryć najgłębszy wymiar ludzkiej seksualności w sposób pełniejszy nawet niż małżeństwo.
.
cdn.

.

niedziela, maj 27, 2007

Pięcdziesiątnica

;








Przyjdźcie ludzie, aby pokłonić się Bogu w trzech osobach,
Synowi w Ojcu ze Świętym Duchem,
Ojciec bowiem poza czasem zrodził Syna współistotnego i współtronującego,
i Duch Święty był w Ojcu wysławiany z Synem,
Jedna moc, jedna natura, jedno Bóstwo.
Kłaniamy się Jemu wszyscy i wołamy:

Święty Boże, który wszystko stworzyłeś przez Syna Twego
Przy współudziale Świętego Ducha,
Święty Mocny, przez którego poznaliśmy Ojca
i Duch Święty przyszedł na świat,
Święty Nieśmiertelny, Pocieszycielu, Duchu
Pochodzący od Ojca i spoczywający w Synu,
Trójco Święta, chwała Tobie.


(Hymn cesarza Leona Filozofa na nieszpory Pięćdziesiątnicy)


środa, maj 16, 2007

Studycka pochwała szpinaku



Mój znajomy Maciek W. wielokrotnie zachęcał mnie do częstszego zamieszczania na Studionie wpisów z dziedziny kulinariów. Idąc za jego namową proponuję dziś małą przygodę ze szpinakiem, który właśnie pojawił się w sklepach.

Szpinak ma w Polsce wielu wrogów. Mnóstwo osób zna go tylko w postaci mdłej, zielonkawej papki serwowanej przez panie „kucharki” ze szkolnej stołówki. Przyznam, że i mi przez wiele lat szpinak kojarzył się wyłącznie z tym koszmarnym bladozielonym błockiem. Odmieniło mi się dopiero po pierwszych greckich wakacjach w połowie lat dziewięćdziesiątych. Przygotowywane w tawernach na Santorini aromatyczne spanakopitas i kaltsounias, czyli smażone lub zapiekane pierożki z ciasta filo, faszerowane mieszanką świeżych liści szpinaku i fety, stanowiły dowód, że szpinak może wspaniale smakować. Jednak prawdziwym szpinakowym majstersztykiem kuchni greckiej jest proste danie zwane spanakorizo (dosłownie „szpinakowy ryż”). Przygotować je może każdy, kto odróżnia chochlę od łyżki stołowej.

Do spanakorizo potrzebny jest krótkoziarnisty ryż. W Polsce nie można kupić greckich odmian, ale włoski ryż arborio, z którego przygotowuje się risotto, będzie w sam raz. Jeżeli nie mamy arborio (zwykle bywa w każdym większym markecie albo delikatesach) można użyć ryżu do sushi, efekt będzie taki sam ale wzrośnie koszt, gdyż ryż do sushi jest ponad dwukrotnie droższy.

W głębokiej patelni rozgrzewamy na średnim ogniu 5 łyżek oliwy. Na gorącą oliwę wrzucamy drobno posiekaną białą część pora i 30 dag ryżu. Przesmażenie ryżu i pora (cały czas trzeba mieszać drewnianą łyżką aby ryż nie przywarł do dna patelni) powinno trwać 7 do 8 minut. Po przesmażeniu wrzucamy na patelnię łyżkę koncentratu pomidorowego i 30 dag posiekanych pomidorów bez skórki (najlepsze są włoskie firmy Cirio), które mieszamy z ryżem. Zaraz potem dodajemy pół szklanki wody i ½ kilograma opłukanych i podartych na duże kawałki liści szpinaku. Wielka góra zielonych liści zwiędnie w ciągu kilku minut, wtedy trzeba zmniejszyć ogień i przykryć patelnię na jakieś 12-14 minut. Od czasu do czasu warto podnieść pokrywkę i sprawdzić, czy nie ma za mało płynu, jeśli danie zaczyna przywierać konieczne jest dodanie odrobiny wody. Kiedy ryż wchłonie cały sos wzbogacamy danie o „smaczki”: na patelnię trafia po łyżce posiekanego koperku i natki pietruszki (Grecy często dodają również miętę), łyżeczka skórki otartej z cytryny i dwie łyżki soku cytrynowego, solidna szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej, wreszcie sól i pieprz do smaku. Wszystko to mieszamy i danie gotowe.

Spanakorizo można jeść jako dodatek do grillowanych mięs albo jako oddzielne danie. W czasie Wielkiego Postu wielu Grekom starcza za obiad. Smakuje równie dobrze gdy jest gorące i letnie a odgrzane na drugi dzień jeszcze zyskuje na smaku. Jest również, co stanowi rzadkość wśród smacznych potraw, bardzo zdrowe. Zachęcam do wiosennych szpinakowych eksperymentów.

Kali orexi!



środa, maj 09, 2007

Na kłopoty Ahmadinedżad



Lubię Iran, jego poezję, architekturę i kuchnię. Podobno za czasów szacha Rezy przyjeżdżało tam rocznie więcej turystów niż do Francji. Ale te czasy dawno minęły i dziś Persowie maja na głowie zupełnie inne sprawy niż goszczenie zachodnich turystów. Od końca maja irańscy kierowcy będą musieli kupować benzynę na kartki. Prawie połowa paliw sprzedawanych w tym kraju pochodzi z importu. Iran ma wprawdzie trzecie co do wielkości zapasy ropy naftowej na świecie ale wyposażenie rafinerii jest całkowicie przestarzałe. Persom coraz trudniej wydobywać na powierzchnię ziemi czarne złoto aby zaspokoić rosnący popyt wewnętrzny i zapewnić konieczny dla finansowania deficytu wewnętrznego eksport. Iran nie jest dziś w stanie wydobywać nawet dziennej kwoty wyznaczonej przez OPEC. Takie są skutki amerykańskiego embarga i inercji irańskich rządów. Ciekawe opracowania dotyczące irańskich problemów z ropą zamieściły „Business Week” i amerykański Council on Foreign Relations. Choć najczarniejszy scenariusz, zaprzestanie przez Iran eksportu ropy w ciągu dziesięciu lat, wydaje mi się pisany na zamówienie, to z pewnością sam problem istnieje i warto śledzić go dalej.

Kolejny kłopot, przed jakim staje Iran to demografia. W Iranie na łeb szyję spada wskaźnik urodzeń. Kobiety niechętnie rodzą dzieci rośnie za to liczba kobiet zarabiających na życie na ulicy. Już dziś co szósta prostytutka we Włoszech i Beneluksie pochodzi z Persji. Irańskie prostytutki dominują też w bogatych krajach zatoki Perskiej. To oraz powszechna narkomania (według źródeł teherańskich w samej stolicy cztery miliony ludzi regularnie sięga po narkotyki) wskazują na kiepski stan duchowy Irańczyków. Persowie, od zawsze górujący nad sąsiadami pod względem kultury, gorzej od Arabów znoszą kaganiec cywilizacji islamskiej i izolacjonizmu.

Oczywiście kryzys demograficzny na miarę zachodnioeuropejskiego Iranowi nie grozi. Jednak raport demograficzny ONZ pokazuje, że w połowie tego stulecia ponad 22% ludności będą stanowić emeryci (zob. old age dependency ratio w raporcie). Obecnie jest to niecałe 6%. Czterokrotny wzrost ilości nieproduktywnych staruszków i spadek urodzeń, przy narastających problemach z wydobyciem i eksportem ropy to nieciekawa perspektywa dla rządzących Iranem.

Zatem determinacja Iranu w kwestii rozwoju energii atomowej ma ręce i nogi i jej celem nie jest „dokopanie Eskimosom” jak przedstawiają to imperialne media. Energia atomowa przyda się zarówno dla celów gospodarczych jak i politycznych. Z krajem, który ma bombę chętnie identyfikować się będą szyici zamieszkujący bogate w ropę tereny południowego Iraku i północno-zachodniej Arabii Saudyjskiej (oczekujmy zatem ocieplenia stosunków na linii Rijad-Tel Awiw). Khamenei i Ahmadinedżad wiedzą, że ich państwu pozostała ucieczka do przodu i konsekwentnie wcielają ją w życie. Amerykanie, których polityka wobec Iranu w ostatnim ćwierćwieczu zasługuje na miano beznadziejnej, walnie się do tej ucieczki przyczynili.

niedziela, maj 06, 2007

Przy studni Wody Żywej

*




Jest upalny majowy dzień. Godzina szósta według rachuby rzymskiej, czyli samo południe. Kobieta wybrała się po wodę właśnie o tej porze, kiedy życie powoli zamiera a wszyscy chronią się w cieniu figowców. Zwykle po wodę chodzi się tu rano, kiedy Sol Invictus dopiero rozpoczyna swoją wędrówkę do zenitu. Wszystkie kobiety z miasta Sychar tak robią prócz tej jednej. Ona unika wścibskich spojrzeń i agresywnych odzywek. Stara się trzymać na uboczu. W jej sytuacji nie powinno to dziwić. Miała pięciu mężów a teraz żyje u boku szóstego mężczyzny. Takie kobiety nie są lubiane. Otacza je atmosfera niechęci, plotek i podejrzeń, dalszych lub bliższych prawdy. Dlatego kobieta chadza do studni samotnie. Boi się. Pragnie spokoju i wie, że nigdy go nie osiągnie. Małe społeczności potrzebują czarnej owcy a kobieta, mówiąc szczerze, rzeczywiście na to miano zasługuje.

Ale dziś przy studni ktoś siedzi. Mężczyzna. Żyd. Który prosi aby dała mu pić. W owym czasie rabini zalecali Żydom, by publicznie nie rozmawiali nawet z własnymi żonami. Co dopiero z nieznajomymi kobietami. Nie mówiąc o Samarytanach. Dlatego kobieta jest zaniepokojona i początkowo nie rozumie, o czym mówi ten Człowiek:

Jezus odpowiedział jej na to: «O, gdybyś znała dar Boży i [wiedziała], kim jest Ten, kto ci mówi: "Daj Mi się napić" - prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej». Powiedziała do Niego kobieta: «Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło?» W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: «Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu» [J 4,10-15]

Samarytanka nadal nie jest przekonana. Choć gdzieś w głębi serca ma nadzieję, może raczej cień nadziei, że Człowiek mówi prawdę. Wtedy z jej życia zniknąłby lęk. Mesjasz pouczyłby o wszystkim. Gdyby tylko mieć pewność, że nieznajomy przy studni Jakuba jest Mesjaszem…

I oto mężczyzna zaczyna mówić o tajemnicach jej życia – tak jak kiedyś opowiedział Natanaelowi o tym, co wydarzyło się pod drzewem figowym - i nie potępia. Odwrotnie niż ludzie z Sychar, którzy wolą obmowę za plecami i którzy potępiają ją każdego dnia. Kobieta czuje, że ten Człowiek potrafi zebrać rozproszone strumienie marnych ludzkich losów i przemienić je w źródło Wody Żywej. Zrozpaczona i zmęczona grzechami swoimi i cudzymi biegnie teraz do miasteczka, aby ogłosić radosną nowinę o Mesjaszu. Czy jej uwierzyli? Czy dali wiarę, że jej świadectwo jest prawdziwe? Ewangelia mówi, że wielu uwierzyło, ale dla niej to akurat nie ma większego znaczenia. Kogo dotknął Bóg ten będzie szczęśliwy nawet na pustyni. Tamtego dnia duszę kobiety napełniła Woda Żywa. Według tradycji nazywała się Photini, czyli Świetlista.



W Ewangelii Janowej niemal każda opowieść ma drugie, symboliczne dno. Tak jest i w tym przypadku. Samaria to coś pośredniego między Izraelem - który zawsze miota się między wiarą w Jedynego i bałwochwalstwem - a światem pogańskim. Niegdyś król Asyrii nakazał osiedlić się tam różnym ludom swojego małego imperium. Każdy z ludów osiadłych w Samarii czcił własnych bogów i stawiał ich posągi w górskich sanktuariach Samarytan:

Ludzie z Babilonu ulepili Sukkot-Benota, ludzie z Kuta ulepili Nergala, ludzie z Chamat, ulepili Aszima, Awwici ulepili Nibchaza i Tartaka, Sefarwaici zaś palili swoje dzieci w ogniu na cześć Adrameleka i Anammeleka - bogów Sefarwaim. Czcili również Pana, lecz spomiędzy swoich ustanowili sobie kapłanów na wyżynach, którzy sprawowali dla nich obrzędy w świątyniach wyżynnych. Czcili Pana i zarazem służyli bożkom swoim według zwyczajów ludów, z których krain zostali przesiedleni. [2 Kr 17,29-33]

Pięć ludów, pięć miejsc bałwochwalczego kultu, pięciu mężów Samarytanki, pięć ran na ciele Boga. I ten szósty, który nie jest mężem, tak jak Jahwe, którego czczono w Samarii jako jednego z panteonu bożków i który, z tego powodu, nie był dla tych ludzi prawdziwym Bogiem. A jednak i te rany zasklepia potok Wody Żywej. Wystarczy tylko poczuć pragnienie a Bóg wyciąga rękę do zagubionych i przyciąga ich do siebie aby nigdy już nie pragnęli innych „bogów”.

W owym dniu wypłyną z Jerozolimy strumienie wód, połowa z nich do morza wschodniego, a połowa do morza zachodniego. I w lecie, i w zimie tak będzie. A Pan będzie królem nad całą ziemią. Wówczas Pan będzie jeden i jedno będzie Jego imię [Za 14, 1-9]


6 maja 2007
W niedzielę o Samarytance (piąta paschalną)

piątek, maj 04, 2007

Studyta zaprasza do łańcuszka


Idea internetowych łańcuszków wydaje mi się niezbyt mądra. Jeśli więc proponuję dziś uczestnictwo w łańcuszku, to czynię to wyłącznie z miłości do książek, im bowiem ten łańcuszek jest poświęcony. Zapraszam do wymienienia dziesięciu książek należących do literatury nie-pięknej (odpadają beletrystyka, diarystyka, poezja), które z różnych względów uznajecie za szczególnie dla Was ważne. Do zabawy zapraszam na początek panów Dantego, losa, Istvana, Oneirosa-Esthela i Loyolnego Papistę.


Na zachętę moja dziesiątka. Prawdę mówiąc, wolałbym aby była to dwudziestka ale cóż począć, niektóre pozycje z bólem pozostawiłem w drugiej dziesiątce:



Philip Sherrard „Greek East and Latin West”

Znakomite studium z pogranicza teologii i filozofii a przy okazji wzorcowy przykład, czym angielska jasność wykładu różni się od często spotykanego u Francuzów i Rosjan wodolejstwa. Książka napisana bez uprzedzeń, pół wieku od wydania nadal jest aktualna.

Paul Evdokimov „Kobieta i zbawienie świata”

Właściwie nie uważam Evdokimova za wybitnego teologa, ale w tej książce jest jakaś niezwykła moc. Mam wrażenie, że Evdokimov pisał ją w stanie wielkiej łaski. Niektóre fragmenty to niezwykłe świadectwo człowieka, który duchem żył już w rzeczywistości Powtórnego Przyjścia.

Włodzimierz Łosski „Teologia mistyczna Kościoła wschodniego”

Absolutna klasyka teologii XX wieku i jeden z lepszych wykładów trynitarnych w historii. Kto nie czytał tej książki nie powinien zbyt wiele mówić o dogmatyce prawosławnej.

Jean Hani „Symbolika świątyni chrześcijańskiej”

Są lepsze opracowania dotyczące architektury sakralnej (choćby Titusa Burckhardta) ale książka Hani’ego urzeka podejściem do tematu. Hani nie kocha Wielkiej Idei ale Kościół, co rzadko zdarza się tradycjonalistom integralnym.

Thomas Molnar „Twin Powers. Politics and Sacred” oraz „Pagan Temptation”

Te książki, wydane rok po roku, stanowią jedną całość. Pierwsza z nich poświęcona jest procesom desakralizacji sfery politycznej, druga śledzi ten proces w dziejach filozofii i teologii. Otrzeźwiająca lektura dla tych, którzy myląc przyczynę ze skutkiem, upatrują źródeł nowoczesności w spiskach francuskich miłośników egipskiej starożytności.

Alexis de Tocqueville „Dawny ustrój a rewolucja”

Czyli dlaczego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

Humprey Carpenter „Inklingowie”

Mój snobistyczny hołd oddany Anglii, której już nie ma i która już w czasach Inklingów odchodziła w przeszłość.

Regine Pernoud „Kobieta w czasach katedr”

Może się to wydać dziwne, ale dopiero lektura tej książki uświadomiła mi wielkość i ułomność Średniowiecza.

Owen Barfield „Poetic Diction”

Genialne studium poświęcone mitotwórczej i religijnej roli języka. Po dziś dzień nikt nie przebił Barfielda w tym temacie.

Gomez Davila – Opera omnia

Samotnik z Bogoty całe życie pisał jedną książkę. Jego scholia maja moc dynamitu i przejrzystośc kryształu. Zawierają spostrzeżenia aktualne zawsze i wszędzie. Warto od czasu do czasu wylać sobie kubeł zimnej wody na głowę za pomocą takiej choćby sentencji: Większość ludzi przecenia się nawet wówczas, gdy sobą pogardza.