Studycka prolegomena do fascynującej tematyki gender studies (1)
W parny lipcowy dzień 1732 roku urzędnicy kancelarii prowincjalnej w Tule stali się świadkami niezwykłego wydarzenia. Żołnierz Prokopiusz Kożewnikow przyprowadził do urzędu niejaką Marynę, córkę Polikarpa, majstra tulskiej słobody Orużejnej. Kobieta, która opuściła miejsce zamieszkania bez zgody rodziców, poszukiwana była listem gończym. O tym banalnym wydarzeniu nikt by dziś nie pamiętał, gdyby nie fakt, że rzeczona Maryna miała na sobie męski strój, uczesana była na męski sposób i w dodatku, jak stoi w aktach sprawy „była z nią baba, którą owa Maryna nazywała swoją żoną”. W czasie przesłuchania wyszło na jaw, że Maryna po ucieczce z Tuły podawała się za mężczyznę o imieniu Iwan Karpow a w pewnej wsi zawarła związek małżeński z chłopką Praskowią Iwanowną. Urzędnicy kancelarii uznali, że sprawa wiąże się z obrazą wiary i zdecydowali, że wyrok powinien wydać sąd duchowny. Aresztantki rozdzielono i pod eskortą odesłano do Kołomny, zamożnego kupieckiego miasta będącego siedzibą biskupa diecezji, w skład której wchodziła wówczas Tuła.
Sądy rosyjskie nie wyróżniały się szczególnym pośpiechem i sprawa ciągnęła się przez rok. W czasie przesłuchań śmiertelnie przerażona Praskowia przysięgała, że wciągnięto ja do małżeństwa niezwykle chytrym podstępem, skutkiem czego nie zdawała sobie sprawy, że z małżonkiem jest coś nie tak. Nie wiadomo, czy twierdziła tak ze strachu czy też jej, skromne zapewne doświadczenie w dziedzinie ars amandi, uniemożliwiało rozpoznanie prawdziwego stanu rzeczy. Na pewno zbliżenia z „mężem”, jakie by one nie były, odbywały się w całkowitych ciemnościach - w tamtej, przejściowej między Rusią a Rosją epoce, małżonkowie pragnący chwil intymności zasłaniali nawet ikony znajdujące się w sypialni - i to możemy uznać za okoliczność łagodzącą. Sąd duchowny przez długi czas nie dawał Praskowii wiary, w końcu jednak postanowiono wezwać medyka, który po obejrzeniu Maryny stwierdził, że posiada ona kobiece i męskie organy płciowe, a zatem „baba Praskowia” mówi prawdę.
Władyka Beniamin, ówczesny ordynariusz kołomieńskiej diecezji, wydał w końcu surowy wyrok. Praskowię skierowano do żeńskiego monasteru „na wychowanie”. Ojciec Joann, kapłan, który udzielił niezwykłej parze ślubu został obłożony karą kościelną. Dla Maryny, „niewiasty ohydnej” jak mówią akta, zbudowano na przedmieściu, w okolicy cerkwi Zmartwychwstania, niedużą kamienną wieżę z jednym pokoikiem, wyposażonym w drewnianą ławę do spania i dziurę do wypróżnień. 10 września 1733 roku Maryna zamieszkała w tym miejscu odosobnienia. Przez kilka tygodni jej krzyki (zapewne cierpiała na klaustrofobię) uprzykrzały życie mieszkańcom przedmieścia. Sytuacja nie podobała się świeckim władzom miasta zaś Święty Synod biskupów zareagował oburzeniem na nadmierną surowość biskupa Beniamina. Ostatecznie Marynę, na pół ogłupiałą skutkiem izolacji, wypuszczono po kilku miesiącach z wieży i wysłano, podobnie jak jej „żonę” Praskowię na reedukację do monasteru.
***
„W człowieku dostrzegam zagadkę teologii” pisze św. Focjusz z Konstantynopola. Człowiek nie tylko jest zagadką, ale sam kryje w sobie wiele zagadek i tajemnic. Jedną z najbardziej frapujących jest płeć. Bywa definiowana według kryteriów biologicznych, socjalnych i psychologicznych a jednak wykracza poza te cząstkowe próby definicji. Płeć to przede wszystkim kategoria ontologiczna, posiadająca wymiar metafizyczny, którego nie da się wyczerpująco opisać w kategoriach męskości i kobiecości, jakie znamy z naszego życia. Pisze Evdokimov:
„Księga Rodzaju dosłownie powiada: ‘uczyńmy człowieka (ha adam – w liczbie pojedynczej)… niech panują…’ (w liczbie mnogiej) i ‘stworzył Bóg człowieka (w liczbie pojedynczej)… stworzył mężczyzną i niewiastą’ (ta liczba mnoga oryginału odnosi się wprost do pojedynczej: człowieka). A zatem obecne zróżnicowanie męskości i kobiecości jako właściwości przynależnych dwóm oddzielonym od siebie jednostkom mieści się na marginesie prawdy pierwotnej” (P.Evdokimov „Kobieta i zbawienie świata” Poznań 1991, str. 153)
Powstaje pytanie, czy chodzi o osobę, która jest zarówno mężczyzna i kobietą czy też o mężczyznę i kobietę, którzy mimo dyferencjacji płciowej tworzą jeden „gatunek”. To pytanie tylko na pierwszy rzut oka wydaje się dziwne. W patrystycznych komentarzach do Księgi Rodzaju pojawiało się bardzo często. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Adam, zanim z jego ciała narodziła się Ewa, był sam (Rdz 2,18) i nie miał żadnej „pomocy” a zatem istniał w stanie, kiedy podział na biologiczne płci jeszcze nie nastąpił. Co więcej, wzięcie Ewy z żebra Adama może wskazywać, że Adam posiadał wcześniej wszystko, co posiadała Ewa tj. pełnię jej kobiecej natury. Dlatego Klemens Aleksandryjski pisze, że ciało Adama nabrało po narodzinach Ewy szorstkości i twardości, gdyż “miękkość i gładkość, jaką [Adam] posiadał, wydobył Bóg z jego boku, kiedy formował niewiastę Ewę” (Pedagogus III, 3). Niektórzy z chrześcijańskich myślicieli posunęli się nawet do stwierdzenia, że kobiety, które po Sądzie Ostatecznym wkroczą do Królestwa Bożego poddane będą zamianie płci na męską. Tomasz z Akwinu pisał, że istnienie kobiet związane musi być wyłącznie z koniecznością reprodukcji, bo gdyby chodziło o towarzysza dla Adama, drugi mężczyzna byłby o wiele lepszy (hmm, coś w tym jest?). Takie przeświadczenie o quasi-androginicznej doskonałości Adama istniało przez wiele wieków bynajmniej nie na marginesie teologii.
Jakby nie było sprawa staje się jaśniejsza z chwilą, kiedy rozpatrzymy fakt istnienia płci w kategoriach teologicznych, czyli przyjmując za początek rozważań następujące założenia:
1. W Bogu nie ma elementu płci, nie jest On ani „męski” ani „żeński”
2. Człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga
3. Człowiek jest duszą i ciałem
Jak pisze św. Paweł „nie istnieje mężczyzna i kobieta - wy wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie Jezusie” (Gal 3,28). Biorąc powyższe pod uwagę można powiedzieć, że płeć nie stanowi elementu obrazu Bożego w człowieku. Nasze zbawienie nie zależy od płci. Płeć można pojmować jako pewien szczególny dodatek, ostatni Boski „retusz” podczas tworzenia istoty ludzkiej i zarazem cechę, którą człowiek dzieli z istotami niższego rzędu, zwierzętami i roślinami. Ciekawe, że w refleksji patrystycznej, poza rozważaniami dotyczącymi sakramentu kapłaństwa, niemal w ogóle nie poświęca się uwagi męskiej płci Jezusa. Wynika to z faktu, że wcielone Słowo Boże przyjmuje pełnię ludzkiej natury, w której męski i żeński pierwiastek stanowią komplementarne części. Gdyby było inaczej musielibyśmy przyznać, że kobiety nie korzystają z owoców zbawienia na równi z mężczyznami, gdyż to, co nie zostało przyjęte, nie może być zbawione. Byłby to oczywiście absurd. To, że Chrystus jest mężczyzną wynika według Ojców z faktu, iż to, co istnieje przedwiecznie musi istnieć bez zmiany również we Wcieleniu. Jezus Chrystus jest Synem Człowieczym dlatego, że jest Synem Bożym.
Skoro płeć jest kategorią wtórną wobec obrazu Bożego to w jakim celu Bóg stworzył człowieka mężczyzną i kobietą? Czy chodziło wyłącznie o płodność i zaludnianie ziemi? Przypomnę najpierw skazaną od kilkudziesięciu lat na zapomnienie chrześcijańską opinio communis zgodnie z którą rozmnażanie znaną nam obecnie drogą płciową, analogiczne do sposobu rozmnażania się zwierząt, jest jednym ze skutków upadku Prarodziców. Ojcowie Kościoła byli zgodni, że seksualność i rozmnażanie ludzi, gdyby pozostali w Raju, miałaby odmienny od obecnego, dziewiczy i angeliczny charakter. Wielu z nich było zdania, że płeć została stworzona przez Boga niejako w celach asekuracji, dla przetrwania rodzaju ludzkiego gdyby odrzucił on życie w Raju. Taka opinia, choć niegdyś bardzo powszechna i wspólna dla chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu (pewnie dałoby się ją nawet określić mianem consensus patrum) wydaje się jednak jednostronna. Można wskazać na inny cel dyferencjacji płciowej ludzi. Jest nim uchronienie człowieka przed największym zagrożeniem, jakim jest nadmierne ukochanie siebie. Zwykle uważamy, że Adam nie miał w Raju świadomości zła. Uzyskał ją dopiero po spożyciu zakazanego owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła. W rzeczywistości sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Adam nie miał wprawdzie egzystencjalnej znajomości zła, ale wiedział od Boga, że istnieją pewne rzeczy, które są złe. Powiedziano mu: „nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. Człowiek, aby uniknąć zgubnego skupienia na sobie samym, potrzebuje drugiej osoby, która byłaby mu równa i zarazem całkowicie odmienna. Równa pod względem natury i odmienna w formie, w jakiej ta natura się wyraża. Wtedy każde ludzkie działanie, każdy zamiar lub czyn znajdzie uzupełnienie i odpowiedź w czynach i zamiarach tej drugiej, zarazem podobnej i niepodobnej do niego osoby. Takie twórcze napięcie możliwe jest szczególnie w przypadku miłości seksualnej – erosa, rozumianej oczywiście w kontekście daleko wykraczającym poza obcowanie płciowe. W takiej miłości powinien zniknąć egoizm i objawić się pełnia autentycznego człowieczeństwa. Taki właśnie stan wyraża pełen zachwytu okrzyk Adama: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Płeć jest więc odwieczną asekuracją istoty ludzkiej przed ześlizgnięciem się w otchłań samouwielbienia i alienacji.
Upadek prarodziców w Raju odcisnął swoje piętno na pierwotnym podziale płci. Oddzielając się od Boga ludzie rozdarli również to, co stanowiło pierwotnie harmonijną wspólnotę, ustawiając dwa składniki pełnego człowieczeństwa w opozycji. Znamienne jest, że Bóg po raz pierwszy zwraca się do mężczyzny i kobiety oddzielnie dopiero po upadku, zaś Adam w tej właśnie chwili usiłuje złożyć cała winę na Ewę, niewiastę „którą postawiłeś przy mnie” (a zatem to Ty jesteś winien tego, co się wydarzyło). Upadek został przypieczętowany w chwili gdy nasz Praojciec ze strachu wyparł się jedności z Ewą. To, co było doskonale zharmonizowane, męsko-kobiece, przemienia się w męskość i kobiecość umieszczone na przeciwległych biegunach i odtąd te pierwiastki przyciągają się i odpychają w nieprzerwanym cyklu pożądania i obrzydzenia, radości i zniechęcenia, uległości i rywalizacji, wciąż poszukujące siebie i zarazem niechętne wobec ponownego połączenia.
Tęsknotę za utraconą męsko-żeńską harmonią widać niemal we wszystkich kulturach, które z niewiadomych względów nazywamy dziś prymitywnymi, w szczególności zaś w pogańskich kultach bóstw androginicznych. Zainteresowanych naprawdę barwnymi szczegółami odsyłam do Eliadego. Na mnie największe wrażenie wywarł antyczny rytuał nocy poślubnej na greckiej wyspie Kos, kiedy mąż witał żonę ubrany w kobiecą szatę zaś oblubienica wkraczała do łożnicy przyozdobiona w sztuczną brodę. Wyjście z tej pułapki dualizmu daje jedynie Jezus Chrystus, Nowy Adam który w swoim przebóstwionym człowieczeństwie, wedle słów św. Maksyma Wyznawcy „złączył człowieka, niwecząc w tajemniczy sposób z pomocą Ducha różnicę miedzy płcią męską i żeńską i czyniąc logos (w terminologii św. Maksyma – zasadę) ich wspólnej natury wolnym od pożądań” (Questiones ad Thalassium XLVIII). Według najstarszego agrafonu, który znajduje się w II Liście św. Klemensa do Koryntian, Chrystus zapytany przez Salome, kiedy nadejdzie Królestwo Boże odpowiada: “gdy zdepczecie odzienie wstydu i gdy dwoje staną się jednym, i gdy mężczyzna i kobieta przestaną już być mężczyzną i kobietą”. Przywrócenie pełni obrazu Bożego w człowieku nie oznacza jednak negacji różnic płci lecz odbudowanie ich pierwotnego, nieskalanego charakteru. W świecie przyszłego wieku ludzie, odzyskując swoje zmartwychwstałe ciała w pełni obrazu Bożego, odzyskają te ciała jako męskie i kobiece choć "ani żenić się nie będą, ani za mąż wychodzić" (Łk 20, 34-35). Sam sens bycia mężczyzną i kobietą nabierze innego niż w ziemskiej historii ludzkości wymiaru.
Początek tej drogi leży w obecnym życiu. Dla większości mężczyzn i kobiet jest nim małżeństwo które tworzy „jedno ciało” z dwóch osób różnej płci. Człowiek powinien realizować się w sposób typowy dla swojej płci jednak ostatecznym celem nie jest realizacja siebie jako mężczyzny czy kobiety ale właśnie jedność osiągana poprzez niełatwe poszukiwanie małżeńskiej harmonii. Całość realizowana w małżeństwie powinna być czymś więcej niż sumą części.
Istnieje też droga zwana w Kościele wschodnim drogą anielską czyli monastycyzm. Człowiek, który podąża taką drogą, dostępną z racji swojej trudności tylko nielicznym, dokonuje integracji płciowej zachowując dziewictwo duchowe i cielesne. W takim człowieku „dwoje stają się jednym” choć nie ma on współmałżonka. Mnich i mniszka, którzy zdołali zrealizować swoje powołanie nie są ludźmi „bezpłciowymi” lecz raczej ludźmi seksualnie zintegrowanymi, którzy na sposób duchowy harmonijnie łącza pierwiastek męski i żeński gdyż żyją jak „aniołowie w niebie”. Dlatego stare mniszki które przyjęły najwyższe święcenia monastyczne zwane Wielką Schemą mają prawo wkraczania do prezbiteriów w cerkwiach, gdyż są one już „ziemskimi aniołami”. W tym sensie dziewictwo, tak wysoko cenione przez Kościół, pozwala odkryć najgłębszy wymiar ludzkiej seksualności w sposób pełniejszy nawet niż małżeństwo.
„Księga Rodzaju dosłownie powiada: ‘uczyńmy człowieka (ha adam – w liczbie pojedynczej)… niech panują…’ (w liczbie mnogiej) i ‘stworzył Bóg człowieka (w liczbie pojedynczej)… stworzył mężczyzną i niewiastą’ (ta liczba mnoga oryginału odnosi się wprost do pojedynczej: człowieka). A zatem obecne zróżnicowanie męskości i kobiecości jako właściwości przynależnych dwóm oddzielonym od siebie jednostkom mieści się na marginesie prawdy pierwotnej” (P.Evdokimov „Kobieta i zbawienie świata” Poznań 1991, str. 153)
Powstaje pytanie, czy chodzi o osobę, która jest zarówno mężczyzna i kobietą czy też o mężczyznę i kobietę, którzy mimo dyferencjacji płciowej tworzą jeden „gatunek”. To pytanie tylko na pierwszy rzut oka wydaje się dziwne. W patrystycznych komentarzach do Księgi Rodzaju pojawiało się bardzo często. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Adam, zanim z jego ciała narodziła się Ewa, był sam (Rdz 2,18) i nie miał żadnej „pomocy” a zatem istniał w stanie, kiedy podział na biologiczne płci jeszcze nie nastąpił. Co więcej, wzięcie Ewy z żebra Adama może wskazywać, że Adam posiadał wcześniej wszystko, co posiadała Ewa tj. pełnię jej kobiecej natury. Dlatego Klemens Aleksandryjski pisze, że ciało Adama nabrało po narodzinach Ewy szorstkości i twardości, gdyż “miękkość i gładkość, jaką [Adam] posiadał, wydobył Bóg z jego boku, kiedy formował niewiastę Ewę” (Pedagogus III, 3). Niektórzy z chrześcijańskich myślicieli posunęli się nawet do stwierdzenia, że kobiety, które po Sądzie Ostatecznym wkroczą do Królestwa Bożego poddane będą zamianie płci na męską. Tomasz z Akwinu pisał, że istnienie kobiet związane musi być wyłącznie z koniecznością reprodukcji, bo gdyby chodziło o towarzysza dla Adama, drugi mężczyzna byłby o wiele lepszy (hmm, coś w tym jest?). Takie przeświadczenie o quasi-androginicznej doskonałości Adama istniało przez wiele wieków bynajmniej nie na marginesie teologii.
Jakby nie było sprawa staje się jaśniejsza z chwilą, kiedy rozpatrzymy fakt istnienia płci w kategoriach teologicznych, czyli przyjmując za początek rozważań następujące założenia:
1. W Bogu nie ma elementu płci, nie jest On ani „męski” ani „żeński”
2. Człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga
3. Człowiek jest duszą i ciałem
Jak pisze św. Paweł „nie istnieje mężczyzna i kobieta - wy wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie Jezusie” (Gal 3,28). Biorąc powyższe pod uwagę można powiedzieć, że płeć nie stanowi elementu obrazu Bożego w człowieku. Nasze zbawienie nie zależy od płci. Płeć można pojmować jako pewien szczególny dodatek, ostatni Boski „retusz” podczas tworzenia istoty ludzkiej i zarazem cechę, którą człowiek dzieli z istotami niższego rzędu, zwierzętami i roślinami. Ciekawe, że w refleksji patrystycznej, poza rozważaniami dotyczącymi sakramentu kapłaństwa, niemal w ogóle nie poświęca się uwagi męskiej płci Jezusa. Wynika to z faktu, że wcielone Słowo Boże przyjmuje pełnię ludzkiej natury, w której męski i żeński pierwiastek stanowią komplementarne części. Gdyby było inaczej musielibyśmy przyznać, że kobiety nie korzystają z owoców zbawienia na równi z mężczyznami, gdyż to, co nie zostało przyjęte, nie może być zbawione. Byłby to oczywiście absurd. To, że Chrystus jest mężczyzną wynika według Ojców z faktu, iż to, co istnieje przedwiecznie musi istnieć bez zmiany również we Wcieleniu. Jezus Chrystus jest Synem Człowieczym dlatego, że jest Synem Bożym.
Skoro płeć jest kategorią wtórną wobec obrazu Bożego to w jakim celu Bóg stworzył człowieka mężczyzną i kobietą? Czy chodziło wyłącznie o płodność i zaludnianie ziemi? Przypomnę najpierw skazaną od kilkudziesięciu lat na zapomnienie chrześcijańską opinio communis zgodnie z którą rozmnażanie znaną nam obecnie drogą płciową, analogiczne do sposobu rozmnażania się zwierząt, jest jednym ze skutków upadku Prarodziców. Ojcowie Kościoła byli zgodni, że seksualność i rozmnażanie ludzi, gdyby pozostali w Raju, miałaby odmienny od obecnego, dziewiczy i angeliczny charakter. Wielu z nich było zdania, że płeć została stworzona przez Boga niejako w celach asekuracji, dla przetrwania rodzaju ludzkiego gdyby odrzucił on życie w Raju. Taka opinia, choć niegdyś bardzo powszechna i wspólna dla chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu (pewnie dałoby się ją nawet określić mianem consensus patrum) wydaje się jednak jednostronna. Można wskazać na inny cel dyferencjacji płciowej ludzi. Jest nim uchronienie człowieka przed największym zagrożeniem, jakim jest nadmierne ukochanie siebie. Zwykle uważamy, że Adam nie miał w Raju świadomości zła. Uzyskał ją dopiero po spożyciu zakazanego owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła. W rzeczywistości sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Adam nie miał wprawdzie egzystencjalnej znajomości zła, ale wiedział od Boga, że istnieją pewne rzeczy, które są złe. Powiedziano mu: „nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. Człowiek, aby uniknąć zgubnego skupienia na sobie samym, potrzebuje drugiej osoby, która byłaby mu równa i zarazem całkowicie odmienna. Równa pod względem natury i odmienna w formie, w jakiej ta natura się wyraża. Wtedy każde ludzkie działanie, każdy zamiar lub czyn znajdzie uzupełnienie i odpowiedź w czynach i zamiarach tej drugiej, zarazem podobnej i niepodobnej do niego osoby. Takie twórcze napięcie możliwe jest szczególnie w przypadku miłości seksualnej – erosa, rozumianej oczywiście w kontekście daleko wykraczającym poza obcowanie płciowe. W takiej miłości powinien zniknąć egoizm i objawić się pełnia autentycznego człowieczeństwa. Taki właśnie stan wyraża pełen zachwytu okrzyk Adama: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Płeć jest więc odwieczną asekuracją istoty ludzkiej przed ześlizgnięciem się w otchłań samouwielbienia i alienacji.
Upadek prarodziców w Raju odcisnął swoje piętno na pierwotnym podziale płci. Oddzielając się od Boga ludzie rozdarli również to, co stanowiło pierwotnie harmonijną wspólnotę, ustawiając dwa składniki pełnego człowieczeństwa w opozycji. Znamienne jest, że Bóg po raz pierwszy zwraca się do mężczyzny i kobiety oddzielnie dopiero po upadku, zaś Adam w tej właśnie chwili usiłuje złożyć cała winę na Ewę, niewiastę „którą postawiłeś przy mnie” (a zatem to Ty jesteś winien tego, co się wydarzyło). Upadek został przypieczętowany w chwili gdy nasz Praojciec ze strachu wyparł się jedności z Ewą. To, co było doskonale zharmonizowane, męsko-kobiece, przemienia się w męskość i kobiecość umieszczone na przeciwległych biegunach i odtąd te pierwiastki przyciągają się i odpychają w nieprzerwanym cyklu pożądania i obrzydzenia, radości i zniechęcenia, uległości i rywalizacji, wciąż poszukujące siebie i zarazem niechętne wobec ponownego połączenia.
Tęsknotę za utraconą męsko-żeńską harmonią widać niemal we wszystkich kulturach, które z niewiadomych względów nazywamy dziś prymitywnymi, w szczególności zaś w pogańskich kultach bóstw androginicznych. Zainteresowanych naprawdę barwnymi szczegółami odsyłam do Eliadego. Na mnie największe wrażenie wywarł antyczny rytuał nocy poślubnej na greckiej wyspie Kos, kiedy mąż witał żonę ubrany w kobiecą szatę zaś oblubienica wkraczała do łożnicy przyozdobiona w sztuczną brodę. Wyjście z tej pułapki dualizmu daje jedynie Jezus Chrystus, Nowy Adam który w swoim przebóstwionym człowieczeństwie, wedle słów św. Maksyma Wyznawcy „złączył człowieka, niwecząc w tajemniczy sposób z pomocą Ducha różnicę miedzy płcią męską i żeńską i czyniąc logos (w terminologii św. Maksyma – zasadę) ich wspólnej natury wolnym od pożądań” (Questiones ad Thalassium XLVIII). Według najstarszego agrafonu, który znajduje się w II Liście św. Klemensa do Koryntian, Chrystus zapytany przez Salome, kiedy nadejdzie Królestwo Boże odpowiada: “gdy zdepczecie odzienie wstydu i gdy dwoje staną się jednym, i gdy mężczyzna i kobieta przestaną już być mężczyzną i kobietą”. Przywrócenie pełni obrazu Bożego w człowieku nie oznacza jednak negacji różnic płci lecz odbudowanie ich pierwotnego, nieskalanego charakteru. W świecie przyszłego wieku ludzie, odzyskując swoje zmartwychwstałe ciała w pełni obrazu Bożego, odzyskają te ciała jako męskie i kobiece choć "ani żenić się nie będą, ani za mąż wychodzić" (Łk 20, 34-35). Sam sens bycia mężczyzną i kobietą nabierze innego niż w ziemskiej historii ludzkości wymiaru.
Początek tej drogi leży w obecnym życiu. Dla większości mężczyzn i kobiet jest nim małżeństwo które tworzy „jedno ciało” z dwóch osób różnej płci. Człowiek powinien realizować się w sposób typowy dla swojej płci jednak ostatecznym celem nie jest realizacja siebie jako mężczyzny czy kobiety ale właśnie jedność osiągana poprzez niełatwe poszukiwanie małżeńskiej harmonii. Całość realizowana w małżeństwie powinna być czymś więcej niż sumą części.
Istnieje też droga zwana w Kościele wschodnim drogą anielską czyli monastycyzm. Człowiek, który podąża taką drogą, dostępną z racji swojej trudności tylko nielicznym, dokonuje integracji płciowej zachowując dziewictwo duchowe i cielesne. W takim człowieku „dwoje stają się jednym” choć nie ma on współmałżonka. Mnich i mniszka, którzy zdołali zrealizować swoje powołanie nie są ludźmi „bezpłciowymi” lecz raczej ludźmi seksualnie zintegrowanymi, którzy na sposób duchowy harmonijnie łącza pierwiastek męski i żeński gdyż żyją jak „aniołowie w niebie”. Dlatego stare mniszki które przyjęły najwyższe święcenia monastyczne zwane Wielką Schemą mają prawo wkraczania do prezbiteriów w cerkwiach, gdyż są one już „ziemskimi aniołami”. W tym sensie dziewictwo, tak wysoko cenione przez Kościół, pozwala odkryć najgłębszy wymiar ludzkiej seksualności w sposób pełniejszy nawet niż małżeństwo.
.
cdn.
.






