The way we live now (5)
.
W krainie komfortowego nihilizmu
To, co krzywe, nie da się wyprostować, a czego nie ma, tego nie można liczyć (Koh 1,15)
A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. (J 3,19)
.
.
Aby stwierdzić, gdzie jesteśmy i zastanowić się, co robić dalej, trzeba wiedzieć skąd przybyliśmy i dlatego tym razem proponuję czytelnikom Studionu krótką wycieczkę w przeszłość. Zgadzam się z Richardem Weaverem, że idee mają konsekwencje i dlatego uważam, że warto zastanowić się nad niektórymi z idei, których konsekwencje stanowią o kształcie dzisiejszej epoki.
. ***
Istotę zjawisk, o których pisałem w poprzednich wpisach można, jak sądzę, sprowadzić do wspólnego mianownika. Na imię mu nihilizm, przy czym nie jest to stary, destrukcyjny i gwałtowny nihilizm w typie Raskolnikowa, lecz nihilizm by tak rzec miękki, komfortowy i łagodny, wyrażający się w ubóstwieniu suwerennej i wolnej woli rozumianej jako niemal nieograniczone prawo jednostki do spontanicznego wyboru, przy czym to „niemal” wydaje się zmierzać w coraz szybszym tempie ku zeru. Ten aspekt wolności ludzkiej scholastycy nazwali niegdyś arbitrium i stąd wzięło się używane po dziś dzień słowo „arbitralny”.
Problemem współczesności nie są powtarzane często słowa Chestertona o ludziach, którzy porzuciwszy wiarę w Boga uwierzą we wszystko. Dziś nie tyle wierzy się we wszystko (czyli nie wierzy się w nic), co raczej wierzy się w Nic, gdyż tak rozumiana wolna wola jest w istocie niczym. Poniżej postaram się – świadom ograniczeń, jakie nakłada obszerność tematu i krótka forma tych notek – naszkicować drogę, która doprowadziła do takiego stanu rzeczy. Zacznę od tezy, która na pierwszy rzut oka może zabrzmieć obrazoburczo, choć taka, jak mniemam, wcale nie jest. Twierdzę mianowicie, że część odpowiedzialności za kształt współczesności ponosi samo chrześcijaństwo. Mówiąc ściślej, pewne procesy, które przybrały na sile w drugim tysiącleciu istnienia chrześcijaństwa. Tych, którzy dostrzegą w tej tezie odbicie poglądów Nietzschego i Heideggera, pragnę uspokoić. Nie przeczytają tu antychrześcijańskiej diatryby. Zamiast tego proponuję rzucić okiem na duchowość świata, w którym dwa tysiące lat temu zajaśniało Światło Prawdy a wtedy wiele się wyjaśni.
Antyczne dziedzictwo to, według trafnych słów Kubiaka „zachęta do cierpliwego męstwa, wolnego od skargi, przeciwstawionego niepojętemu a często przerażającemu światu”. Starożytni starali się przyglądać się grozie i chaosowi świata bez złudzeń i odpowiadać na nie afirmacją piękna, siły i męstwa. Pierwiastek nihilizmu, ujawniający się ze szczególną mocą w chwilach kryzysowych, ukryty jest w każdej kulturze i w każdej epoce. To odwieczny towarzysz ludzkości i najwierniejszy sprzymierzeniec jej największego nieprzyjaciela. Trudno zaprzeczyć, że i w kulturze europejskiego antyku zawierał się duży ładunek nihilizmu. W końcu niewiele sensu i pocieszenia można było znaleźć w ostatecznej rezygnacji wobec ślepych wyroków losu lub kaprysów bogów, których przychylność starano się zaskarbić poprzez rytualny okup w postaci ofiar. Stąd pełno w mitach greckich zdrady, zemsty, fatalizmu, uwielbienia ślepej siły, okrucieństwa i rozpusty. A jednak starożytni mieli bogów, półboskich herosów, świątynie, imponujące kulty, misteria, mityczne opowieści i inne kunsztowne draperie, które skrywały smutek i grozę kosmosu spętanego przez ślepe siły konieczności i przypadku. Grecka teogonia, która rozpoczyna się od chaosu, kończy się uporządkowaniem wszechświata pod panowaniem Zeusa, który zdaje się być uosobieniem ładu i hieratycznego piękna. Zgódźmy się, że strach przyobleczony w taką formę przeraża mniej niż bezkształtna lovecraftowska pustka i jest lepszym podglebiem dla nadejścia Jedynego niż, dajmy na to, świat podążających do nieuchronnego zmierzchowi bóstw germańskich. Czasem wręcz przestaje być strachem.
Starożytni mieli też filozofię i wraz z jej rozwojem – bo największym osiągnięciem Greków, powiada Borges, jest to, że nauczyli się dyskutować o świecie - udawało im się czasem odnaleźć coś na kształt przebłysków Ewangelii. Stąd coraz mocniejsze przekonanie, że za zasłoną chaosu kryją się boskie czy raczej nadprzyrodzone zasady wszechświata, z których wywodzić zaczęto zasady ludzkiego i społecznego postępowania. To właśnie umiłowanie Prawdy i Dobra i przekonanie, że człowiek winien realizować się w relacji do nich pozwoliło niektórym greckim myślicielom profetycznie nazwać Żydów „narodem filozofów”, gdyż posiadali oni ideę jedności boskiej zasady wszechświata (później Filon z Aleksandrii będzie mówił o świętej „filozofii Mojżesza”).
Glosa: Szczególnego przykładu pogańskiego nihilizmu dostarcza nam po dziś dzień kultura japońska. Japończycy wszystko starają się przekształcić w sztukę, przy czym celem tej sztuki jest utrwalenie piękna i wyjątkowości momentu, który przeminął. Prawdziwie japońska sztuka zna tylko przemijająca chwilę, tylko tę chwilę chce utrwalić i obdarzyć ją w ten sposób nieśmiertelnością. Dlatego Japończycy robią tak wiele zdjęć.
Chrześcijaństwo zdołało pokonać czy też ochrzcić (to zależy od punktu widzenia) starożytność, odnosząc zwycięstwo na dwóch frontach. Pierwszym było rewolucja w dziedzinie moralności i obyczajowości. Nie chodzi tu wyłącznie o bezwarunkowy nakaz miłowania bliźniego i siebie samego jak Boga, o wspaniały przykład, jaki promieniował ze świadectwa męczenników i miłujących się chrześcijańskich wspólnot i rodzin czy też o utemperowanie obyczajów seksualnych. Chrześcijaństwo wtargnęło w świat antyczny z odwrotną perspektywą postrzegania świata i pokonało go głupotą Krzyża. Jak pisze David Bentley Hart: "Nigdzie w literaturze pogańskiego antyku nie znajdziemy fragmentu, w którym łzy prostaka zasługiwałyby na coś więcej niż drwinę, zaś traktowanie ich jako znaczącego wyrazu prawdziwego ludzkiego smutku miało groteskowy charakter z perspektywy wszystkich klasycznych kanonów dobrego smaku". A jednak wiara takich ubogich duchem i płaczących zdołała wlać nowe tchnienie w pogrążony w zwątpieniu i sceptycyzmie świat. Chrześcijanie odnieśli z czasem zwycięstwo także na polu filozofii, wskazując, Kim w rzeczywistości jest owo tak poszukiwane przez filozofów Dobro, Prawda i Piękno. Chrześcijaństwo, samo nie będąc filozofią, wkroczyło na agorę starożytnego świata także jako filozofia, która zaoferowała pełniejsze wyjaśnienie przyczyn ludzkiej niewiedzy i niepewności w świecie oraz wskazała drogę ku prawdziwemu poznaniu.
Dziś oczywiście zwycięstwo na tym drugim obszarze nie jest możliwe. Społeczeństwo, które – „luminarzy” nie wyłączając – żyje wyłącznie chwilą bieżącą, nie jest już zainteresowane żadną metafizyką ani nawet jej świeckimi zamiennikami, jakie myśl europejska produkowała tak obficie w dwóch poprzednich stuleciach. Dowód ontologiczny Anzelma, pięć argumentów Tomasza czy paradoksalne, apofatyczne dowodzenie istnienia Boga przez Dionizego Areopagitę obchodzą je w tym samym stopniu, to znaczy w ogóle. Z tego względu śmieszne wydają mi się sterylne dysputy filozofów odkurzających dialektyczny dorobek scholastyki dla celów, które wydają im się apologetyczne. Tego typu dyskusje nie mają obecnie sensu, bowiem nie istnieje dziś żadne audytorium, któremu mogłyby przynieść wymierny pożytek duchowy. W czasach, kiedy liczni filozofowie na amerykańskich i europejskich uniwersytetach zajmują się dekonstrukcją czasowników posiłkowych, szkoda czasu na debaty, które mogą mieć sens jedynie w społecznościach o wysokiej kulturze filozoficznej. Słynnemu filozofowi i retorowi Mariuszowi Wiktorynowi, którego konwersja wywarła tak wielki wpływ na św. Augustyna, postawiono za życia pomnik w Rzymie. Dziś nikomu nie przyszłoby do głowy stawiać pomnika filozofowi, zresztą, kto ze współczesnych by na niego zasługiwał? O filozofa, który kocha prawdę równie dziś trudno, co o psychologa wierzącego w istnienie duszy.
Wracajmy jednak, jak mawiają Francuzi, do naszych baranów. Zwycięstwo chrześcijaństwa okazało się po kilku wiekach totalne i bezwarunkowe. Całe życie duchowe i intelektualne zostało poddane redefinicji i przemianie w świetle trynitarnej Dobrej Nowiny. To, co było godne zachowania, przetrwało w nowej, chrześcijańskiej cywilizacji: moralność stoicka, obecna już w pismach Ojców Apostolskich i którą tak łatwo odnaleźć w maksymach Ojców Pustyni, elementy metafizyk Platona i Arystotelesa, platońskie umiłowanie Najwyższego Dobra i twórcze użycie mitu a nawet, oczyszczona z ateizmu, epikurejska pochwała umiaru. Widać to wszystko chociażby w systemie edukacji w Bizancjum, opartej na klasycznych wzorcach trivium i quadrivium, gdzie nauczycielami greckiej mitologii, literatury i filozofii byli mnisi studyccy. Inkorporacja okazała się na tyle absolutna i nieodwracalna, że wszelkie duchowe próby „powrotu do starożytności” podejmowane cyklicznie od paru stuleci, począwszy od pierwszego neohellenisty Plethona, skazane są na klęskę, bowiem wszystko, co pozostało z antycznych tradycji intelektualnych i duchowych, przetrwało jedynie w chrześcijaństwie. Antyk „sam w sobie” umarł w dniu, w którym cesarz Justynian I nakazał zamknięcie Akademii Platońskiej. A kiedy chrześcijaństwo wycofało się/zostało wypchnięte (proszę sobie wybrać określenie, które bardziej PT Czytelnikom pasuje) na margines współczesnej kultury, to wraz ze sobą zabrało tam i te czcigodne resztki starożytności, które swojego czasu wchłonęło i obdarowało nowym, ochrzczonym i odkupionym, życiem.
Zatoczyliśmy - przynajmniej ci z nas, którzy identyfikują się z chrześcijaństwem - wielki krąg i żyjemy w czasach podobnych do apostolskich, otoczeni społeczeństwem przenikniętym lękiem i dekadencją, z jedną istotną różnicą: dziś nie ceni się zbytnio rozumu ani nie robi się z niego specjalnego użytku. Człowiek jest dziś w większym stopniu niż w dawnych czasach odcięty od rzeczywistości i od niezmiennej Prawdy, gdyż żyje w kulturze, która dobrowolnie porzuciła narzędzia służące do odkrywania i nazywania tej prawdy. Z dwóch frontów, na których starły się dwa tysiące lat temu chrześcijaństwo i antyk, dziś otwarty jest tylko jeden.
. ***
Czy jednak moja teza jest uprawniona? Twierdzę, że chrześcijaństwo okazało się „współwinne” współczesnego nihilizmu nie dlatego, że samo jest nihilistyczne ale dlatego, że ma charakter totalny i jeśli gdzieś ustępuje pola, nic nie jest w stanie wypełnić pustki, która po nim pozostaje. Tam, gdzie był kiedyś Chrystus, nic nie może zastąpić jego nieobecności. Trzeba zatem odpowiedzieć na pytanie, co takiego wydarzyło się w łonie chrześcijaństwa, co spowodowało jego sekularyzację. Teren, na który teraz wkraczamy to domena spekulacji i choć jestem przekonany, że moje spekulacje mają mocną podstawę, to proszę gości Studionu o wyrozumiałość. W końcu mają do czynienia jedynie z prywatną opinią.
Bez ryzyka nadmiernej intelektualnej ekwilibrystyki wskazać chcę kilka kluczowych momentów. Pierwszym z nich jest Wielka Schizma z 1054 roku. Pisząc te słowa jako prawosławny, jestem jak najdalszy od zamiaru „dokopania” łacinnikom. Schizma miała liczne negatywne konsekwencje dla Greków, ale te akurat sprawy nie są związane z tematem niniejszego wpisu. Interesują mnie tu wyłącznie konsekwencje schizmy dla filozofii i teologii europejskiego Zachodu, który wkrótce miał przejąć od Nowego Rzymu pałeczkę lidera chrześcijańskiej cywilizacji. Utracona jedność teologicznego (trynitarnego) świadectwa chrześcijańskiego Kościoła nie mogła przecież obyć się bez konsekwencji. Jeżeli poważnie traktujemy słowa św. Pawła, że Kościół jest „filarem i podporą Prawdy” (1 Tm 3,15) a więc źródłem prawdziwej filozofii i poznania, to wielka rana w organizmie Kościoła musiała wpłynąć na całokształt życia intelektualnego chrześcijańskiej cywilizacji. Jednym z negatywnych skutków schizmy na Zachodzie wydaje mi się nadmierny rozkwit metody dialektycznej w teologii, ówczesnej królowej nauk. Entuzjazm „Franków” dla Arystotelesa (doskonale znanego Bizantyjczykom i dlatego „używanego” tam z rozsądnym umiarem) przerodził się z czasem w pokusę konstruowania teologii w sposób naukowy, jako racjonalnego wnioskowania z czegoś, co można nazwać objawionymi przesłankami. Racjonalizacja mysterium tremendum wywołała reakcję w postaci specyficznej formy irracjonalizmu nominalistów a później także europejskich awerroistów z Padwy. Przy okazji teologia wzięła na dobre rozbrat z mistyką. Zachód zaczął wikłać się w dialektyczny spór bez wyjścia, co z czasem powołało do życia ducha radykalnej sekularyzacji, której pierwszym zwiastunem była Reformacja. Desakralizacja chrześcijaństwa, jak pisał Thomas Molnar, doprowadziła w końcu do chrześcijańskiej desakralizacji kultury. Wielka nominalistyczna rewolta późnego Średniowiecza przyczyniła się do sekularyzacji myśli europejskiej, która zachowując wyostrzone do maksimum narzędzia dialektycznej refleksji zaczęła stosować je wobec innego niż Bóg, który stał się w końcu „niepotrzebną hipotezą”, przedmiotu. Wolnomularze i inni iluminowani antybohaterowie tradycyjnej prawicy tylko dokończyli dzieła, na podobieństwo bakterii gnilnych, które mogą żerować jedynie na martwej lub dotkniętej poważną chorobą tkance.
. ***
I co z tego, zapyta ktoś. Otóż wydaje mi się, że procesy, które opisałem, przyczyniły się do wzmiankowanego na początku tego wpisu wyniesienia specyficznie pojmowanej wolnej woli na piedestał najwyższej wartości.
Kultura chrześcijańska (proszę pamiętać, że piszę tu właśnie o kulturze chrześcijańskiej a nie o eschatologicznej rzeczywistości Kościoła jako Ciała Chrystusa) nie zdołała skonsumować wszystkich owoców swojego zwycięstwa i uchronić się przed ukrytymi w niej samej ziarnami rozkładu. Historia nowoczesności to w dużej mierze proces odchodzenia od klasycznego rozumienia wolności. Dla chrześcijaństwa i znacznej części filozofii antycznej wspólne było przeświadczenie, że dla zrozumienia, czym jest wolność, trzeba zrozumieć jaka jest natura człowieka. Bycie wolnym oznaczało racjonalne dążenie ku ostatecznemu celowi istnienia człowieka (kwestia, że różnie ten cel definiowano to inna sprawa). Jesteśmy wolni na tyle na ile realizujemy nasz telos. Dlatego akty woli uznawano za wtórne wobec ontologicznego dobra a błędny czy nieprzemyślany wybór był traktowany nie jako przejaw wolności lecz odwrotnie, jako dowód słabości i ułomności. Swoboda wyboru była tylko możliwością wolności, nie jej realizacją. Filozoficzny woluntaryzm schyłku Średniowiecza, który w refleksji o Bogu postawił Jego wolę przed Jego naturą (co w przyszłości miało zaowocować wizją człowieka, którego arbitrium ważniejsze jest od racjonalnego wyboru dobra czyli voluntas) dał potężny impuls dla rozwoju nowoczesnych doktryn społecznych i politycznych.
Carl Schmitt pisał, że wszystkie polityczne pojęcia nowożytności są w istocie zsekularyzowanymi pojęciami teologicznymi. Dwa atrybuty Boga, wszechwiedza i wszechmoc, zostały uwolnione i powędrowały szukać sobie nowego pana, którym stawały się kolejno państwo, naród, klasa, rasa i kilka innych Wielkich Idei. Polityczne wstrząsy ery mas, rewolty i rewolucje charakterystyczne dla czasów modernizmu były próbami realizacji postulatów świeckiej metafizyki na płaszczyźnie społecznej. Dziś brak już energii na takie projekty. Człowiek uwolnił się od Boga dość dawno temu zaś ostatnie kilkadziesiąt lat przyczyniło się do uwolnienia go od „wielkich narracji” państwa, więzi rodzinnych i społecznych i większości ideologii. Podczas gdy Morgoth odpoczywa, opowiedzieliśmy się en masse za modelem społecznym, który (niemal) nieskrępowaną wolność wyboru – jedyne, co nam pozostało - stawia wyżej od tego, co jest wybierane. A skoro ta wolność wyboru uznawana jest za wartość szczególnie ważną, wręcz najważniejszą, to przeszkód do jej realizacji powinno być jak najmniej. Takie pojmowanie wolności niesie ze sobą ogromny ładunek nihilizmu, gdyż w sposób naturalny podąża do takiego stanu rzeczy, w którym nie istnieje nic transcendentnego wobec woli jednostkowego wyboru. Nie znaczy to, że nie istnieją żadne prawne i społeczne ograniczenia do realizacji jednostkowej woli, są one jednak z konieczności kruche, zmienne, nieustannie poddawane w wątpliwość i traktowane jako przeszkody w marszu ku dalszemu uwalnianiu człowieka. Wystarczy zadać sobie pytanie, czym, różni się składanie ofiar z dzieci bożkowi Molochowi od ich eksterminacji z racji „prawa do wyboru” aby ujrzeć, jak niebezpieczną postawą jest wyniesienie wolności wyboru nad jego przedmiot.
Z powyższego płynie wiele wniosków. Najistotniejszym wydaje mi się stwierdzenie, że między biblijną a demoliberalną koncepcją wolności musi istnieć w najlepszym wypadku napięcie. Ci z grona konserwatystów, tradycjonalistów i innych „ludzi prawicy”, którzy ignorują ten fakt, tylko z pozoru zaangażowani są w wojnę kulturową. W rzeczywistości hołdują oni podstawowemu dogmatowi nowoczesności zaś od demoliberalnego mainstreamu różni ich tylko niechęć lub czasem estetyczny niesmak wobec zbyt szybkiego tempa niektórych przemian. Wszystko jedno, czy taki intelektualista nazywa się Novak, Gowin czy /tu wpisz swojego ulubionego chrześcijańskiego intelektualistę/, w ostatecznej instancji retoryka przez niego używana przyczynia się do tworzenia i wzmacniania ułudy, że można w miarę komfortowy sposób pogodzić drogi tego świata z drogami chrześcijańskiej wiary.
.
cdn.
.









