czwartek, czerwiec 28, 2007

The way we live now (5)

.
W krainie komfortowego nihilizmu



To, co krzywe, nie da się wyprostować, a czego nie ma, tego nie można liczyć (Koh 1,15)

A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. (J 3,19)


.





.

W poprzednich częściach tego cyklu starałem się opisać pewne zjawiska, które wydają mi się charakterystyczne dla naszych dziwnych czasów, zdominowanych przez człowieka masowego, jakim opisał go Ortega y Gasset i zarazem stanowiące pożegnanie z epoką rozbudzonych politycznie mas i politycznych ruchów masowych. Niektórzy nazywają te czasy ponowoczesnością (proszę nie mylić tego pojęcia z surogatem filozofii zwanym postmodernizmem) i przyznam, że - będąc w końcu postkonserwatystą, a może wręcz postpaleokonserwatystą - jestem zwolennikiem tej nazwy. Ponowoczesność ma pewne plusy w porównaniu z nowoczesnością, którą pożegnaliśmy wraz ze schyłkiem komunizmu. Ciężko dziś trafić do łagru lub zostać rozstrzelanym za nieprawomyślność, pochodzenie lub zwykłą gospodarność. Jednak etyczna i estetyczna pustka obecnych czasów i rosnący radykalizm proroków Nowej Ludzkości każą mi przypuszczać, że ponowoczesność jaką znamy jest tylko interludium przed kolejną wojną o postęp. Choć życie w czasach dekadencji potrafi być całkiem przyjemnie, nie należy zapominać, że Morgoth nie umarł lecz drzemie nabierając sił w Angbandzie.

Aby stwierdzić, gdzie jesteśmy i zastanowić się, co robić dalej, trzeba wiedzieć skąd przybyliśmy i dlatego tym razem proponuję czytelnikom Studionu krótką wycieczkę w przeszłość. Zgadzam się z
Richardem Weaverem, że idee mają konsekwencje i dlatego uważam, że warto zastanowić się nad niektórymi z idei, których konsekwencje stanowią o kształcie dzisiejszej epoki.
.

. ***

Istotę zjawisk, o których pisałem w poprzednich wpisach można, jak sądzę, sprowadzić do wspólnego mianownika. Na imię mu nihilizm, przy czym nie jest to stary, destrukcyjny i gwałtowny nihilizm w typie Raskolnikowa, lecz nihilizm by tak rzec miękki, komfortowy i łagodny, wyrażający się w ubóstwieniu suwerennej i wolnej woli rozumianej jako niemal nieograniczone prawo jednostki do spontanicznego wyboru, przy czym to „niemal” wydaje się zmierzać w coraz szybszym tempie ku zeru. Ten aspekt wolności ludzkiej scholastycy nazwali niegdyś arbitrium i stąd wzięło się używane po dziś dzień słowo „arbitralny”.

Problemem współczesności nie są powtarzane często słowa Chestertona o ludziach, którzy porzuciwszy wiarę w Boga uwierzą we wszystko. Dziś nie tyle wierzy się we wszystko (czyli nie wierzy się w nic), co raczej wierzy się w Nic, gdyż tak rozumiana wolna wola jest w istocie niczym. Poniżej postaram się – świadom ograniczeń, jakie nakłada obszerność tematu i krótka forma tych notek – naszkicować drogę, która doprowadziła do takiego stanu rzeczy. Zacznę od tezy, która na pierwszy rzut oka może zabrzmieć obrazoburczo, choć taka, jak mniemam, wcale nie jest. Twierdzę mianowicie, że część odpowiedzialności za kształt współczesności ponosi samo chrześcijaństwo. Mówiąc ściślej, pewne procesy, które przybrały na sile w drugim tysiącleciu istnienia chrześcijaństwa. Tych, którzy dostrzegą w tej tezie odbicie poglądów Nietzschego i Heideggera, pragnę uspokoić. Nie przeczytają tu antychrześcijańskiej diatryby. Zamiast tego proponuję rzucić okiem na duchowość świata, w którym dwa tysiące lat temu zajaśniało Światło Prawdy a wtedy wiele się wyjaśni.

Antyczne dziedzictwo to, według trafnych słów Kubiaka „zachęta do cierpliwego męstwa, wolnego od skargi, przeciwstawionego niepojętemu a często przerażającemu światu”. Starożytni starali się przyglądać się grozie i chaosowi świata bez złudzeń i odpowiadać na nie afirmacją piękna, siły i męstwa. Pierwiastek nihilizmu, ujawniający się ze szczególną mocą w chwilach kryzysowych, ukryty jest w każdej kulturze i w każdej epoce. To odwieczny towarzysz ludzkości i najwierniejszy sprzymierzeniec jej największego nieprzyjaciela. Trudno zaprzeczyć, że i w kulturze europejskiego antyku zawierał się duży ładunek nihilizmu. W końcu niewiele sensu i pocieszenia można było znaleźć w ostatecznej rezygnacji wobec ślepych wyroków losu lub kaprysów bogów, których przychylność starano się zaskarbić poprzez rytualny okup w postaci ofiar. Stąd pełno w mitach greckich zdrady, zemsty, fatalizmu, uwielbienia ślepej siły, okrucieństwa i rozpusty. A jednak starożytni mieli bogów, półboskich herosów, świątynie, imponujące kulty, misteria, mityczne opowieści i inne kunsztowne draperie, które skrywały smutek i grozę kosmosu spętanego przez ślepe siły konieczności i przypadku. Grecka teogonia, która rozpoczyna się od chaosu, kończy się uporządkowaniem wszechświata pod panowaniem Zeusa, który zdaje się być uosobieniem ładu i hieratycznego piękna. Zgódźmy się, że strach przyobleczony w taką formę przeraża mniej niż bezkształtna lovecraftowska pustka i jest lepszym podglebiem dla nadejścia Jedynego niż, dajmy na to, świat podążających do nieuchronnego zmierzchowi bóstw germańskich. Czasem wręcz przestaje być strachem.

Starożytni mieli też filozofię i wraz z jej rozwojem – bo największym osiągnięciem Greków, powiada Borges, jest to, że nauczyli się dyskutować o świecie - udawało im się czasem odnaleźć coś na kształt przebłysków Ewangelii. Stąd coraz mocniejsze przekonanie, że za zasłoną chaosu kryją się boskie czy raczej nadprzyrodzone zasady wszechświata, z których wywodzić zaczęto zasady ludzkiego i społecznego postępowania. To właśnie umiłowanie Prawdy i Dobra i przekonanie, że człowiek winien realizować się w relacji do nich pozwoliło niektórym greckim myślicielom profetycznie nazwać Żydów „narodem filozofów”, gdyż posiadali oni ideę jedności boskiej zasady wszechświata (później Filon z Aleksandrii będzie mówił o świętej „filozofii Mojżesza”).

Glosa: Szczególnego przykładu pogańskiego nihilizmu dostarcza nam po dziś dzień kultura japońska. Japończycy wszystko starają się przekształcić w sztukę, przy czym celem tej sztuki jest utrwalenie piękna i wyjątkowości momentu, który przeminął. Prawdziwie japońska sztuka zna tylko przemijająca chwilę, tylko tę chwilę chce utrwalić i obdarzyć ją w ten sposób nieśmiertelnością. Dlatego Japończycy robią tak wiele zdjęć.

Chrześcijaństwo zdołało pokonać czy też ochrzcić (to zależy od punktu widzenia) starożytność, odnosząc zwycięstwo na dwóch frontach. Pierwszym było rewolucja w dziedzinie moralności i obyczajowości. Nie chodzi tu wyłącznie o bezwarunkowy nakaz miłowania bliźniego i siebie samego jak Boga, o wspaniały przykład, jaki promieniował ze świadectwa męczenników i miłujących się chrześcijańskich wspólnot i rodzin czy też o utemperowanie obyczajów seksualnych. Chrześcijaństwo wtargnęło w świat antyczny z odwrotną perspektywą postrzegania świata i pokonało go głupotą Krzyża. Jak pisze
David Bentley Hart: "Nigdzie w literaturze pogańskiego antyku nie znajdziemy fragmentu, w którym łzy prostaka zasługiwałyby na coś więcej niż drwinę, zaś traktowanie ich jako znaczącego wyrazu prawdziwego ludzkiego smutku miało groteskowy charakter z perspektywy wszystkich klasycznych kanonów dobrego smaku". A jednak wiara takich ubogich duchem i płaczących zdołała wlać nowe tchnienie w pogrążony w zwątpieniu i sceptycyzmie świat. Chrześcijanie odnieśli z czasem zwycięstwo także na polu filozofii, wskazując, Kim w rzeczywistości jest owo tak poszukiwane przez filozofów Dobro, Prawda i Piękno. Chrześcijaństwo, samo nie będąc filozofią, wkroczyło na agorę starożytnego świata także jako filozofia, która zaoferowała pełniejsze wyjaśnienie przyczyn ludzkiej niewiedzy i niepewności w świecie oraz wskazała drogę ku prawdziwemu poznaniu.

Dziś oczywiście zwycięstwo na tym drugim obszarze nie jest możliwe. Społeczeństwo, które – „luminarzy” nie wyłączając – żyje wyłącznie chwilą bieżącą, nie jest już zainteresowane żadną metafizyką ani nawet jej świeckimi zamiennikami, jakie myśl europejska produkowała tak obficie w dwóch poprzednich stuleciach. Dowód ontologiczny Anzelma, pięć argumentów Tomasza czy paradoksalne, apofatyczne dowodzenie istnienia Boga przez Dionizego Areopagitę obchodzą je w tym samym stopniu, to znaczy w ogóle. Z tego względu śmieszne wydają mi się sterylne dysputy filozofów odkurzających dialektyczny dorobek scholastyki dla celów, które wydają im się apologetyczne. Tego typu dyskusje nie mają obecnie sensu, bowiem nie istnieje dziś żadne audytorium, któremu mogłyby przynieść wymierny pożytek duchowy. W czasach, kiedy liczni filozofowie na amerykańskich i europejskich uniwersytetach zajmują się dekonstrukcją czasowników posiłkowych, szkoda czasu na debaty, które mogą mieć sens jedynie w społecznościach o wysokiej kulturze filozoficznej. Słynnemu filozofowi i retorowi Mariuszowi Wiktorynowi, którego konwersja wywarła tak wielki wpływ na św. Augustyna, postawiono za życia pomnik w Rzymie. Dziś nikomu nie przyszłoby do głowy stawiać pomnika filozofowi, zresztą, kto ze współczesnych by na niego zasługiwał? O filozofa, który kocha prawdę równie dziś trudno, co o psychologa wierzącego w istnienie duszy.

Wracajmy jednak, jak mawiają Francuzi, do naszych baranów. Zwycięstwo chrześcijaństwa okazało się po kilku wiekach totalne i bezwarunkowe. Całe życie duchowe i intelektualne zostało poddane redefinicji i przemianie w świetle trynitarnej Dobrej Nowiny. To, co było godne zachowania, przetrwało w nowej, chrześcijańskiej cywilizacji: moralność stoicka, obecna już w pismach Ojców Apostolskich i którą tak łatwo odnaleźć w maksymach Ojców Pustyni, elementy metafizyk Platona i Arystotelesa, platońskie umiłowanie Najwyższego Dobra i twórcze użycie mitu a nawet, oczyszczona z ateizmu, epikurejska pochwała umiaru. Widać to wszystko chociażby w systemie edukacji w Bizancjum, opartej na klasycznych wzorcach trivium i quadrivium, gdzie nauczycielami greckiej mitologii, literatury i filozofii byli mnisi studyccy. Inkorporacja okazała się na tyle absolutna i nieodwracalna, że wszelkie duchowe próby „powrotu do starożytności” podejmowane cyklicznie od paru stuleci, począwszy od pierwszego neohellenisty Plethona, skazane są na klęskę, bowiem wszystko, co pozostało z antycznych tradycji intelektualnych i duchowych, przetrwało jedynie w chrześcijaństwie. Antyk „sam w sobie” umarł w dniu, w którym cesarz Justynian I nakazał zamknięcie Akademii Platońskiej. A kiedy chrześcijaństwo wycofało się/zostało wypchnięte (proszę sobie wybrać określenie, które bardziej PT Czytelnikom pasuje) na margines współczesnej kultury, to wraz ze sobą zabrało tam i te czcigodne resztki starożytności, które swojego czasu wchłonęło i obdarowało nowym, ochrzczonym i odkupionym, życiem.

Zatoczyliśmy - przynajmniej ci z nas, którzy identyfikują się z chrześcijaństwem - wielki krąg i żyjemy w czasach podobnych do apostolskich, otoczeni społeczeństwem przenikniętym lękiem i dekadencją, z jedną istotną różnicą: dziś nie ceni się zbytnio rozumu ani nie robi się z niego specjalnego użytku. Człowiek jest dziś w większym stopniu niż w dawnych czasach odcięty od rzeczywistości i od niezmiennej Prawdy, gdyż żyje w kulturze, która dobrowolnie porzuciła narzędzia służące do odkrywania i nazywania tej prawdy. Z dwóch frontów, na których starły się dwa tysiące lat temu chrześcijaństwo i antyk, dziś otwarty jest tylko jeden.

. ***

Czy jednak moja teza jest uprawniona? Twierdzę, że chrześcijaństwo okazało się „współwinne” współczesnego nihilizmu nie dlatego, że samo jest nihilistyczne ale dlatego, że ma charakter totalny i jeśli gdzieś ustępuje pola, nic nie jest w stanie wypełnić pustki, która po nim pozostaje. Tam, gdzie był kiedyś Chrystus, nic nie może zastąpić jego nieobecności. Trzeba zatem odpowiedzieć na pytanie, co takiego wydarzyło się w łonie chrześcijaństwa, co spowodowało jego sekularyzację. Teren, na który teraz wkraczamy to domena spekulacji i choć jestem przekonany, że moje spekulacje mają mocną podstawę, to proszę gości Studionu o wyrozumiałość. W końcu mają do czynienia jedynie z prywatną opinią.

Bez ryzyka nadmiernej intelektualnej ekwilibrystyki wskazać chcę kilka kluczowych momentów. Pierwszym z nich jest Wielka Schizma z 1054 roku. Pisząc te słowa jako prawosławny, jestem jak najdalszy od zamiaru „dokopania” łacinnikom. Schizma miała liczne negatywne konsekwencje dla Greków, ale te akurat sprawy nie są związane z tematem niniejszego wpisu. Interesują mnie tu wyłącznie konsekwencje schizmy dla filozofii i teologii europejskiego Zachodu, który wkrótce miał przejąć od Nowego Rzymu pałeczkę lidera chrześcijańskiej cywilizacji. Utracona jedność teologicznego (trynitarnego) świadectwa chrześcijańskiego Kościoła nie mogła przecież obyć się bez konsekwencji. Jeżeli poważnie traktujemy słowa św. Pawła, że Kościół jest „filarem i podporą Prawdy” (1 Tm 3,15) a więc źródłem prawdziwej filozofii i poznania, to wielka rana w organizmie Kościoła musiała wpłynąć na całokształt życia intelektualnego chrześcijańskiej cywilizacji. Jednym z negatywnych skutków schizmy na Zachodzie wydaje mi się nadmierny rozkwit metody dialektycznej w teologii, ówczesnej królowej nauk. Entuzjazm „Franków” dla Arystotelesa (doskonale znanego Bizantyjczykom i dlatego „używanego” tam z rozsądnym umiarem) przerodził się z czasem w pokusę konstruowania teologii w sposób naukowy, jako racjonalnego wnioskowania z czegoś, co można nazwać objawionymi przesłankami. Racjonalizacja mysterium tremendum wywołała reakcję w postaci specyficznej formy irracjonalizmu nominalistów a później także europejskich awerroistów z Padwy. Przy okazji teologia wzięła na dobre rozbrat z mistyką. Zachód zaczął wikłać się w dialektyczny spór bez wyjścia, co z czasem powołało do życia ducha radykalnej sekularyzacji, której pierwszym zwiastunem była Reformacja. Desakralizacja chrześcijaństwa, jak pisał Thomas Molnar, doprowadziła w końcu do chrześcijańskiej desakralizacji kultury. Wielka nominalistyczna rewolta późnego Średniowiecza przyczyniła się do sekularyzacji myśli europejskiej, która zachowując wyostrzone do maksimum narzędzia dialektycznej refleksji zaczęła stosować je wobec innego niż Bóg, który stał się w końcu „niepotrzebną hipotezą”, przedmiotu. Wolnomularze i inni iluminowani antybohaterowie tradycyjnej prawicy tylko dokończyli dzieła, na podobieństwo bakterii gnilnych, które mogą żerować jedynie na martwej lub dotkniętej poważną chorobą tkance.

. ***

I co z tego, zapyta ktoś. Otóż wydaje mi się, że procesy, które opisałem, przyczyniły się do wzmiankowanego na początku tego wpisu wyniesienia specyficznie pojmowanej wolnej woli na piedestał najwyższej wartości.

Kultura chrześcijańska (proszę pamiętać, że piszę tu właśnie o kulturze chrześcijańskiej a nie o eschatologicznej rzeczywistości Kościoła jako Ciała Chrystusa) nie zdołała skonsumować wszystkich owoców swojego zwycięstwa i uchronić się przed ukrytymi w niej samej ziarnami rozkładu. Historia nowoczesności to w dużej mierze proces odchodzenia od klasycznego rozumienia wolności. Dla chrześcijaństwa i znacznej części filozofii antycznej wspólne było przeświadczenie, że dla zrozumienia, czym jest wolność, trzeba zrozumieć jaka jest natura człowieka. Bycie wolnym oznaczało racjonalne dążenie ku ostatecznemu celowi istnienia człowieka (kwestia, że różnie ten cel definiowano to inna sprawa). Jesteśmy wolni na tyle na ile realizujemy nasz telos. Dlatego akty woli uznawano za wtórne wobec ontologicznego dobra a błędny czy nieprzemyślany wybór był traktowany nie jako przejaw wolności lecz odwrotnie, jako dowód słabości i ułomności. Swoboda wyboru była tylko możliwością wolności, nie jej realizacją. Filozoficzny woluntaryzm schyłku Średniowiecza, który w refleksji o Bogu postawił Jego wolę przed Jego naturą (co w przyszłości miało zaowocować wizją człowieka, którego arbitrium ważniejsze jest od racjonalnego wyboru dobra czyli voluntas) dał potężny impuls dla rozwoju nowoczesnych doktryn społecznych i politycznych.

Carl Schmitt pisał, że wszystkie polityczne pojęcia nowożytności są w istocie zsekularyzowanymi pojęciami teologicznymi. Dwa atrybuty Boga, wszechwiedza i wszechmoc, zostały uwolnione i powędrowały szukać sobie nowego pana, którym stawały się kolejno państwo, naród, klasa, rasa i kilka innych Wielkich Idei. Polityczne wstrząsy ery mas, rewolty i rewolucje charakterystyczne dla czasów modernizmu były próbami realizacji postulatów świeckiej metafizyki na płaszczyźnie społecznej. Dziś brak już energii na takie projekty. Człowiek uwolnił się od Boga dość dawno temu zaś ostatnie kilkadziesiąt lat przyczyniło się do uwolnienia go od „wielkich narracji” państwa, więzi rodzinnych i społecznych i większości ideologii. Podczas gdy Morgoth odpoczywa, opowiedzieliśmy się en masse za modelem społecznym, który (niemal) nieskrępowaną wolność wyboru – jedyne, co nam pozostało - stawia wyżej od tego, co jest wybierane. A skoro ta wolność wyboru uznawana jest za wartość szczególnie ważną, wręcz najważniejszą, to przeszkód do jej realizacji powinno być jak najmniej. Takie pojmowanie wolności niesie ze sobą ogromny ładunek nihilizmu, gdyż w sposób naturalny podąża do takiego stanu rzeczy, w którym nie istnieje nic transcendentnego wobec woli jednostkowego wyboru. Nie znaczy to, że nie istnieją żadne prawne i społeczne ograniczenia do realizacji jednostkowej woli, są one jednak z konieczności kruche, zmienne, nieustannie poddawane w wątpliwość i traktowane jako przeszkody w marszu ku dalszemu uwalnianiu człowieka. Wystarczy zadać sobie pytanie, czym, różni się składanie ofiar z dzieci bożkowi Molochowi od ich eksterminacji z racji „prawa do wyboru” aby ujrzeć, jak niebezpieczną postawą jest wyniesienie wolności wyboru nad jego przedmiot.

Z powyższego płynie wiele wniosków. Najistotniejszym wydaje mi się stwierdzenie, że między biblijną a demoliberalną koncepcją wolności musi istnieć w najlepszym wypadku napięcie. Ci z grona konserwatystów, tradycjonalistów i innych „ludzi prawicy”, którzy ignorują ten fakt, tylko z pozoru zaangażowani są w wojnę kulturową. W rzeczywistości hołdują oni podstawowemu dogmatowi nowoczesności zaś od demoliberalnego mainstreamu różni ich tylko niechęć lub czasem estetyczny niesmak wobec zbyt szybkiego tempa niektórych przemian. Wszystko jedno, czy taki intelektualista nazywa się Novak, Gowin czy /tu wpisz swojego ulubionego chrześcijańskiego intelektualistę/, w ostatecznej instancji retoryka przez niego używana przyczynia się do tworzenia i wzmacniania ułudy, że można w miarę komfortowy sposób pogodzić drogi tego świata z drogami chrześcijańskiej wiary.

.

cdn.

The Way 1

The Way 2

The Way 3

The Way 4

.

Ślepy bibliotekarz o drapieżnym kocie

.


.


Za solidnymi prętami pantera
Swą drogę wciąż przemierzać będzie monotonnie
Choć tego nie wie to jej przeznaczenie
Uwięzionego, nieszczęsnego czarnego klejnotu.

Przechodzą ich tysiące i tysiące
Wracają, lecz ona jedna jest i wieczna
Ta fatalna pantera, która w swojej grocie
Kreśli prostą, jaką wieczny Achilles
Kreśli we śnie przez Greka wyśnionym.

Nie wie, że gdzieś są pastwiska i góry
A tam jelenie, których drgające wnętrzności
Mogłyby zaspokoić jej ślepy apetyt.

Na próżno świat się zmienia. Droga
Którą każdy podąża została ustalona.



.

poniedziałek, czerwiec 25, 2007

Parintele Gheorge Calciu-Dumitreasa (1925-2006)

.

Z dużym opóźnieniem dowiedziałem się o śmierci o. Gheorghe Calciu-Dumitreasa, kochanego przez wiernych prawosławnego duszpasterza, który, zanim został wysłany do USA na skutek osobistej interwencji prezydenta Reagana, spędził łącznie 21 lat w komunistycznych więzieniach rumuńskich. O życiu tego bohaterskiego księdza można przeczytać z zalinkowanego artykułu, ja zaś napiszę kilka słów o tym, co przyszło mu przeżyć na początku życiowej drogi.

.
Ojciec Gheorge, wtedy jeszcze student medycyny, znalazł się pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku w gronie pierwszych osób represjonowanych w ramach tzw. „Eksperymentu Piteşti”, jednego z najokrutniejszych projektów komunistycznego prania mózgów jakie miały miejsce za Żelazną Kurtyną. Swoje doświadczenia opisał w wydanej już w Ameryce książce „Chrystus cię wzywa”.

Osoby wyznaczone do „eksperymentu”, zwykle duchowni lub wyróżniający się studenci w wieku od 18 do 25 lat, przybywały do więzienia w Piteşti w kilkunastoosobowych grupach aby opuścić je jako uformowani na nowo „ludzie komunistyczni”. Każda świeża grupa była przekazywana w ręce strażników i wspomagających ich kryminalistów ze stażem więziennym, którzy bili więźniów do nieprzytomności, celowo zabijając jednego czy dwóch dla zastraszenia reszty. Wkrótce rozpoczynał się drugi etap, zwany „zrywaniem maski”. Jego celem była dezintegracja osobowości i pamięci więźnia, jej przemiana w bezkształtną, dającą się dowolnie formować masę. Torturowani zmuszani byli np. do mówienia: „kłamałem, kiedy mówiłem, że wierzę w Boga”, „kłamałem, kiedy mówiłem, że kocham ojca i matkę”. Zwykle torturom towarzyszył bluźnierczy akompaniament wokalny. Oprawcy z Piteşti dobierali skrajnie wulgarne teksty do znanych melodii liturgicznych, urządzano także parodie całych liturgii eucharystycznych, czasem zmuszano (zwykle bezskutecznie) do wypowiadania słów konsekracji nad ekskrementami. Jak wspominał o. Gheorge, pobyt w więzieniu zacierał rachubę czasu i jedynie z faktu, że w bluźnierczych śpiewach katów pojawiały się wzmianki paschalne można było domyślać się, że na zewnątrz obchodzone jest największe święto chrześcijańskie. W Piteşti opowiadano też więźniom o seksualnych związkach Jezusa z Marią Magdaleną. To, co było torturą w Rumunii kilkadziesiąt lat temu, dziś jest poszukiwaną przez ludzi masowych rozrywką.

“Zrywanie maski” trwało długo a jego skutki duchowe były jeszcze gorsze niż ból fizyczny. Sam o. Gheorge przyznał, że wielokrotnie doprowadzony przez tortury na skraj szaleństwa, urągał Bogu i mówił, co mu kazano: „podczas tortur, po dwóch czy trzech godzinach nie czuło już się bólu… ale ból po wyparciu się Boga, wiedza że jest się bluźniercą, to był ból który trwał… Można przebaczyć oprawcom, sobie przebaczyć jest znacznie trudniej… Wiedzieliśmy, że jutro znów będziemy mówić coś przeciw Bogu, ale te kilka chwili w nocy, kiedy przychodziły łzy i modliliśmy się do Boga o przebaczenie, były czymś niezwykle dobrym”.

Kolejny etap zakładał, że więźniowie sami staną się oprawcami. Mieli brać udział w reedukacji nowych więźniów, pomagać w robieniu z nich nowych, komunistycznych ludzi. Kto odmawiał, ten wracał na „zrywanie maski” zaliczając po drodze długi pobyt w ciemnej izolatce. Ten etap był psychicznie najtrudniejszy i wielu więźniów, nie chcąc przykładać się do zbrodni i zarazem obawiając się powtórnych tortur, usiłowało popełnić samobójstwo.

Eksperyment zakończył się po kilku latach fiaskiem, ludzie komunistyczni, mimo wysiłków hodowców nowej rasy, nie bardzo dawali się hodować i z czasem więzienie w Piteşti stało się zwykłym zakładem karnym o surowym reżymie. Gheorge spędził w nim szesnaście lat. Kilkanaście lat później znów trafił do więzienia i ten drugi pobyt, podczas którego na rozkaz Ceauceascu także poddawano go torturom, wspominał jeszcze gorzej. Co tam przeżył, boję się nawet zgadywać.

Rozmyślając o życiu takich ludzi zawsze mam wątpliwości, czy modlić się do Boga o spokój ich duszy, czy raczej prosić ich o wstawiennictwo przed Najwyższym.

.

sobota, czerwiec 23, 2007

Blisko, coraz bliżej (refleksje potteriańskie)


1.



Do Finale Grande pozostało raptem dwadzieścia siedem dni. Obawiam się, że przy tak wielkiej ilości drukowanych egzemplarzy (tylko Scholastic Inc. drukuje 12 milionów książek dla wydania amerykańskiego) trudno będzie uniknąć przecieku dotyczącego zakończenia książki, trzeba być jednak dobrej myśli. Z pewnością pani Rowling nie uda się spiąć w idealny sposób wszystkich wątków, które składają się na całość historii HP, można być jednak pewnym, że rozwiązanie, jakie otrzymamy będzie zarazem zaskakujące i prostsze niż większość zakręconych teorii krążących po drogach i bezdrożach fandomu.

Swojego czasu zamieściłem na łamach Arcanów obszerny szkic zawierający propozycję innego spojrzenia na Harry’ego Pottera. W chwili obecnej wisi on w cyberprzestrzeni w Domu Na Skraju Lata. W tekście tym polemizowałem z zarzutami stawianymi przez niektórych chrześcijańskich krytyków HP oraz starałem się pokazać, co właściwie uczyniło ten cykl tak popularnym, a więc przede wszystkim znakomite połączenie kilku gatunków literackich, takich jak bildungsroman, epicka fantasy, powieść szkolna czy kryminał w spójną całość oraz odważne użycie nośnych po dziś dzień literackich obrazów i konwencji późnego Średniowiecza i Renesansu (dlatego przychylne opinie o Potterze najczęściej można usłyszeć z ust uczonych zajmujących się literaturą tamtych czasów). Dziś dorzuciłbym do tej cudownej mikstury pani Rowling kilka innych składników. JKR doskonale wykorzystała mitologiczny motyw wędrówki bohatera, opierając na nim fabułę każdej z powieści. Do perfekcji opanowała tworzenie zaskakujących finałowych zwrotów akcji, co nie powinno dziwić u autorki, która przyznaje się, że przeczytała przewrotną „Emmę” Jane Austen dwadzieścia siedem razy i jest wielką miłośniczką pisarstwa Dorothy Sayers. Książki o Potterze są wreszcie doskonałym przykładem umiejętnego wykorzystania literackich konwencji postmodernizmu bez wpadnięcia w pułapkę relatywizmu moralnego. W cyklu o HP autorka przejeżdża się po wszystkich niemal (z wyjątkiem wiary) „Wielkich Narracjach”, ze szczególną lubością pastwiąc się nad rozdętą machiną państwowej biurokracji i wszechobecnością mediów. Właściwą treścią tych książek jest średniowieczna psychomachia, w której personifikacjami Dobra i Zła są HP i Voldemort, jest ona jednak podana w opakowaniu na wskroś nowoczesnym. Można powiedzieć, że powieści o HP są postmodernistyczne w formie i przednowoczesne w treści, dlatego tak nie lubi ich skostniała umysłowo kasta krytyków literackich i tak lubią je czytelnicy.



2.


Choć sercem cyklu jest opowieść o dojrzewaniu Harry’ego Pottera do ostatecznego starcia z Voldemortem, to najbardziej intrygującą postacią książek jest mistrz eliksirów Severus_Snape. Postać ta operuje przez wszystkie sześć tomów w szarej strefie i prawdziwym majstersztykiem autorki jest to, że zdołała ukryć, wobec kogo Snape jest naprawdę lojalny. Do częstej wśród HP-fanów fascynacji postacią Snape’a przyczyniła się niewątpliwie znakomita kreacja filmowa Alana Rickmana. Jego Snape bywa czasem śmieszny, czasem groteskowy, czasem nieco wampiryczny. Z pewnością jest sympatyczniejszy od literackiego pierwowzoru. Przyznam, że przez długi czas byłem zwolennikiem teorii „dobrego Snape’a”. Dobrego nie w sensie przymiotów charakteru, bo to kawał sadysty, zawistnika i megalomana. Wydawało mi się jednak, że Rowling stworzyła Snape’a aby pokazać, że nawet człowiek tak zraniony wewnętrznie i skłonny ku złu od młodości, potrafi heroicznie przezwyciężać własne ograniczenia i niejako wbrew sobie wybierać dobro. Nawet zabójstwo na Wieży Astronomicznej nie zachwiało mojej wiary w „dobrego Snape’a”.

Nadal nie wierzę w teorię „złego Snape’a”, który służy lojalnie Voldemortowi. To byłoby zbyt proste jak na panią Rowling. Zaczynam jednak skłaniać się ku trzeciej pozycji, której od początku bronił mój przyjaciel Dante. Książę Półkrwi rzeczywiście może być „szary” i przez cały czas rozgrywać wyłącznie swoją partię. Ku temu poglądowi skłonił mnie sam mistrz Machiavelli, a raczej pewien amerykański HP-fan, który zwrócił uwagę na frapujący fragment XIX rozdziału „Księcia”. Fragment ten opisuje charaktery i działania przebiegłych i okrutnych cesarzy Kommodusa, Antonina, Karakalli, Maksyminusa i Septymiusza Sewera (łac. Severus, a jakże). Wszystkich, prócz Sewera, spotkał marny koniec gdyż z ich grona jedynie Sewer potrafił „dobrze używać skóry lwa i lisa, których naturę… musi książę koniecznie naśladować”. Sewer odniósł zwycięstwo w walce o tron gdyż „był on najokrutniejszym lwem i najchytrzejszym lisem”. Co ciekawe, do władzy wyniósł go manewr polityczno-wojskowy, na który złożyło się uderzenie na wodza wojsk azjatyckich Nigra i oszukanie wodza wojsk zachodnich Albinusa.

Czy to czegoś nie przypomina? Książę Półkrwi toczący prywatną wojnę z ostatnim z Blacków-Nigrem i zarazem oszukujący Albusa-Albinusa Dumbledore’a? Wyjaśniałoby to również, dlaczego Snape oszczędził Harry’ego po bitwie na Wieży Astronomicznej. Wiedział przecież, że jedynie Harry potrafi bez szwanku niszczyć horkruksy Voldemorta. „Lew i lis” czeka na wielki finał Potter – Voldemort, aby w ostatniej chwili uderzyć tak, by zrealizować własny sen o potędze (tj. zabić zwycięzcę wielkiego finału). W tym wypadku wyrok wydany przez Rowling jest bezlitosny: moralny relatywizm i pożądanie władzy doprowadziły Snape’a do morderstwa na Wieży Astronomicznej i najwyraźniej musi on kroczyć tą mroczną ścieżką do końca.




piątek, czerwiec 08, 2007

Wywczas

.


.



Wyjeżdżamy na wakacje, w nadbużańską agroturystyczną głuszę. Tam właśnie, odcięty od Internetu, zamierzam dużo czytać i odświeżać umysł aby po powrocie być ostrym jak brzytwa. Studion będzie w tym czasie zamknięty a kolejnego wpisu nie należy oczekiwać przed 26 czerwca. Kto znajdzie chwilę niech westchnie do Boga aby zachował nas przed powszechną w tym roku w Polszcze plagą kleszczy.






.

poniedziałek, czerwiec 04, 2007

Z baśni tysiąca i jednej nocy

.




Zapomnijcie o Kajmanach, Las Vegas, Saint Tropez, Monaco i Florydzie. Nadchodzą czasy Dubaju. W tym emiracie wyczerpują się bowiem zasoby ropy naftowej. Według najnowszych szacunków za dwadzieścia lat spod piasków pustyni wypompowane zostaną ostatnie baryłki ropy. Jednak rządząca tym niewielkim kraikiem rodzina szejków Al-Maktoum nie poddaje się. Dubaj poszukując alternatywnych źródeł dochodu na przyszłość z wolna przekształca się w krzyżówkę Disneylandu i futurystycznych koszmarków architektonicznych projektowanych przez najsłynniejszych „architektów” współczesności. W Dubaju przyszłości wszystko ma być największe, najdroższe i najbardziej luksusowe po to aby mile mogli spędzić tam czas najbogatsi i najpiękniejsi ludzie świata, zostawiwszy przy okazji mnóstwo pieniędzy. Bezpieczeństwa tej piaskowej Arkadii strzec będą zacumowane w pobliżu Dubaju amerykańskie lotniskowce.

Nad brzegiem morza powstaje właśnie karykatura zigguratu, najwyższy według zamiaru projektantów budynek na kuli ziemskiej, Burj Dubai, prawdziwy drapacz chmur, których zresztą nad Dubajem prawie nigdy nie ma. W budowie jest też pierwszy na świecie podwodny hotel w kształcie meduzy o nazwie Hydropolis wyposażony w jedyne na świecie podwodne fajerwerki. Tuż obok znajduje się największe na świecie centrum handlowe o dość prostackiej nazwie Arabia Mall. W styczniu podczas imprezy zwanej Świętem Shoppingu przewija się przez nie 5 milionów ludzi. Parę kilometrów dalej buduje się największe na świecie wesołe miasteczko.

Od kilku lat międzynarodowe konsorcja budowlane usypują w wodach zatoki sztuczne wyspy w kształcie gigantycznych palm. Na liściach tych palm domy kupiło już wiele „celebrities”, np. David Beckham. Kolejny niemal gotowy projekt to The World, duży (45 km2) archipelag sztucznych wysp układających się z lotu ptaka w mapę świata i jego najciekawszych zabytków (np. na wysepce będącej Egiptem widać piramidy w Gizie, wysepka włoska to Koloseum itd). Jedną z wysepek (zgadnijcie którą) nabył sobie Rod Stewart. Aforyzm Gomeza Davili, że „największym oskarżeniem współczesnego świata jest jego architektura” to dobry komentarz do tego, co dzieje się w emiracie Dubaju.

Wszystko to budują i utrzymują w porządku zastępy marnie opłacanych półniewolników pochodzących głównie z Indii, Pakistanu, Filipin i Bangladeszu. Odcinek erotyczny jest jeszcze bardziej wielonarodowy, nie brak wśród pracownic frontu miłości bardzo cenionych Iranek, są też nadobne mołodycie z Ukrainy i Rosji. Na samym dnie tej armii pariasów znajdują się kilkuletni chłopcy z południowej Azji, dżokeje w ukochanych przez Dubajczyków wyścigach wielbłądów. Podobno pisk przerażonego cztero czy pięciolatka zachęca zwierzę do szybszego biegu.

Być może rodzina Al-Maktoumów osiągnie sukces przekształcając emirat Dubaju w konsumpcyjny raj dla członków światowej klasy najbogatszych. Być może pojawi się konkurencja, dajmy na to Chińczycy wybudują na znacznie piękniejszej od arabskich pustyń wyspie Hajnan nowy raj, do którego tłumnie skierują się kapryśni i żądni nowych doznań megabogacze. Dubaj stanie się z czasem cieniem dawnej chwały a po wielu wiekach jego ruiny, na wpół zasypane piaskiem, upodobnią się do pustynnych miast Xuthal i Xuchotl z opowieści Howarda. Być może. W gruncie rzeczy nie ma tam przecież niczego, czego nie byłoby gdzie indziej. Palm, słońca, plaż, młodych kobiet i butików Gucci na świecie nie brakuje. Dubaj to po prostu Tui Village podniesiony do dziesiątej potęgi. Nawet nazwy luksusowych ośrodków na sztucznych wyspach - palmach przypominają nazwy hoteli które masowo oblepiają śródziemnomorskie wybrzeża. Bogaci nie różnią się dziś od biednych niczym poza ilością zer na koncie i w taki sam sposób spędzają wolny czas w sztucznych Arkadiach. W świecie, w którym już nic nie zostało do odkrycia a wszyscy są coraz bardziej do siebie podobni, cóż innego pozostaje do roboty? Jednak żeby przyciągnąć najbogatszych potrzebny jest agresywny marketing i dlatego w Dubaju wszystko jest zgodnie z dyrektywą władcy albo pierwsze albo największe albo pierwsze i największe jednocześnie.

Ale cała sprawa ma jeszcze inny aspekt. Myślę, że tym co naprawdę przyciąga chmary bogatych ludzi do atrapy świata zbudowanej pośrodku jałowej pustyni nie jest ani słońce, ani futurystyczna architektura, przy której opera w Sydney wygląda niczym katedra Notre Dame ani komfort wypoczynku w labiryncie klimatyzowanych apartamentów ani nawet tak ważna dla ludzi „moda”. Magnesem są pieniądze jako takie, niezwykła koncentracja bogactwa zgromadzonego w jednym małym punkcie o nazwie Dubaj, w którym kilkadziesiąt lat temu żyli tylko ubodzy rybacy i poganiacze wielbłądów. Wyznawcy Złotego Cielca podążają tam, gdzie ich Władca objawia się w chwale. Dubaj to epifania siły pieniądza, jego zdolności do kreacji ex nihilo, ostateczne materialistyczno-konsumpcyjne Jeruzalem a drugiego po nim już nie będzie. No, chyba że Chińczycy poważnie wezmą się za wyspę Hajnan.
.