O sztuce, acedii i przyjacielu Trocjuszu
Art happens – James Whistler
.
.
Cennino Cennini pisze w swoim traktacie „Rzecz o malarstwie”, że malowania nauczył ludzi Adam po wygnaniu z Raju. Dlatego, zdaniem Cenniniego, sztuka nosi w sobie piętno wygnania i wyraża tęsknotę za tym, co utracone. Inaczej patrzy na to Nowosielski, mówiąc że prawdziwa sztuka jest antycypacją świata przyszłego, że jest zawsze eschatologiczna. To spojrzenie do przodu, proponowane przez krakowskiego mistrza, wydaje mi się bliższe prawdy niż nostalgiczna tęsknota za Złotym Wiekiem, choć rzecz jest oczywiście sporna. Ktoś może przecież powiedzieć, że eschaton jest właśnie powrotem do Raju więc obydwaj malarze mówią w gruncie rzeczy to samo. Na pewno obaj zgodziliby się z tezą, że sztuka potrafi nieraz przekazać więcej niż racjonalny dyskurs. W tym sensie sztuka bliska jest prawdziwej wiedzy:Cóż to jest wiedza?
To doznanie życia nieśmiertelnego.
A cóż to jest życie wieczne?
To odczuwanie rzeczy w Bogu.
[św. Izaak Syryjczyk, 57 dyskurs ascetyczny]
To, co nazywamy sztuką, było przez większą część ludzkiej historii czynnością religijną lub magiczną (na poziomie ludów pierwotnych nie ma zresztą między tymi pojęciami większej różnicy). I choć z upływem wieków sztuka uległa, jak wszystko inne, sekularyzacji, to podejrzewam, że u źródła nic się nie zmieniło. Nadal tworzymy, bo zdolność do tworzenia albo, jak pisał Tolkien, subkreacji, dał nam Stwórca. Nadal śpiewamy bo, jak powiada Księga Sofoniasza, Bóg śpiewa (choć żeby się o tym dowiedzieć trzeba zajrzeć do przekładu interlinearnego albo Biblii Wujka). Nie zawsze jednak wiemy, komu i jak powinniśmy śpiewać i to jest nasz problem.
***
W Dubnej mieszkało wtedy prawie sto polskich rodzin, dla dzieci istniała tam polska szkoła wieczorowa, w której uczono języka polskiego i historii, zaopatrzona w całkiem niezłą biblioteczkę. Na co dzień trzeba było jednak chodzić do szkoły rosyjskiej. Niedaleko od naszego domu była też bardzo dobrze zaopatrzona miejska biblioteka publiczna. Nie mając zbyt wiele do roboty (nauka po dość szybkim doszlifowaniu rosyjskiego szła mi dobrze a przyjaciół, prócz Bułgara o imieniu Iwajło, właściwie nie miałem) zacząłem sięgać po książki. Dzięki przymusowemu pobytowi poza krajem przeczytałem masę książek po które pewnie nigdy w Polsce bym nie sięgnął. Bardziej z nudów niż z ciekawości czytałem Rabelaisa, Balzaka, Stendhala. Odkryłem „Göstę Berlinga” Selmy Lagerlof, Lermontowa i wspaniałe powieści Dickensa. Potrafiłem przegadać z mamą, która nie pracowała lecz opiekowała się w domu chorą siostrą, wiele godzin na temat książek Czechowa albo Waltariego. Miałem też szczęście, że literatury uczyła mnie w rosyjskiej szkole bardzo mądra nauczycielka, która po odbębnieniu obowiązkowej gadki o walce klas i partyjności sztuki, potrafiła wciągnąć klasę w dyskusję o książkach całkowicie wolną od ideologicznej trucizny. W tamtych czasach w Raju Krat było to niemałą sztuką, która pani Rimma miała opanowaną do perfekcji. Dzięki wszystkim tym zbiegom okoliczności (czy w życiu chrześcijanina jest w ogóle miejsce na takie pojęcie?) stopniowo zacząłem rozumieć, że ludzkość ma problem i że wszystkie wielkie książki się z tym problemem zmagają. Nie wiedziałem jeszcze tylko, co to za problem i że słowa nie są w stanie w pełni go wyrazić.
***
Początek lat dziewięćdziesiątych wspominam jako wspaniałe czasy. Skończyła się komunistyczna siermięga, miałem fajną, niestresującą pracę w banku a piwa z polskich browarów jeszcze różniły się smakiem. Przede wszystkim były to prawdziwe piwa, a nie produkowane obecnie gazowane napoje alkoholowe z koncentratu słodowego. Wydawnictwa w ekspresowym tempie wydawały klasykę gatunków, które wtedy czytywałem najchętniej, czyli fantasy i horroru. W tamtych czasach poznałem też mojego dobrego przyjaciela Trocjusza, który komentuje tu nieraz jako tow.trokier i zacząłem przygodę z muzyką zwaną nie wiedzieć czemu poważną. Poznaliśmy się z Trocjuszem w sekcie, do której obydwaj wtedy należeliśmy. Nazywała się Unia Polityki Realnej i wtedy oczywiście nie zdawałem sobie sprawy, że jest to sekta, wydawało mi się, że to po prostu konserwatywno-liberalna (niezły oksymoron swoją drogą) partia polityczna.
Na początku lat dziewięćdziesiątych kraj został zalany falą tanich kaset i płyt kompaktowych z muzyką klasyczną. Z niewiadomych powodów (może był to kulturowy snobizm młodych konserwatywnych liberałów a może po prostu dominujący w owym czasie grunge nam nie leżał) zaczęliśmy więc z Trocjuszem słuchać tej muzyki w olbrzymich ilościach. Mój ojciec, miłośnik i znawca opery włoskiej, nigdy nie zmuszał mnie do chodzenia do filharmonii, w przeciwieństwie do moich kuzynów, którzy skazani byli na częste wizyty w tym snobistycznym przybytku. Pewnie dlatego mój brat cioteczny jeździ dziś Harleyem i gra w amatorskiej kapeli The Coorchuck’s Groop ciężkiego rocka. Dzięki roztropności ojca nigdy nie nabrałem obrzydzenia do „powagi” i mogłem ją poznawać na własną rękę niczym jakąś Terra Incognita. Pamiętam, że to Trocjusz docierał do mniej znanych dla laika kompozytorów. Jako pierwszy wyciągnął utwory organowe Buxtehudego, wyprzedzające epokę sonaty Scarlattiego i muzykę czeskiego kompozytora z XVIII wieku o śmiesznym (przynajmniej wtedy wydawało nam się śmieszne) nazwisku Zelenka. Ja z kolei po okresie mozartowsko - chopinowskim miotałem się między muzyką dawną a późnymi romantykami jak Sibelius czy Manuel de Falla. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Josquin Desprez, którego motet na Boże Narodzenie „Praeter rerum seriem” umieściłbym w dziesiątce największych dzieł muzyki europejskiej i pieśni maryjne Tomasa Luisa de Victorii. Z czasem bardzo pokochałem muzykę baroku, a z dawnych instrumentów barokową trąbkę i violę da gamba. Wielka muzyka dawnej Europy przemówiła do mnie mocniej niż książki, ponownie przypominając o tym, że ludzkość ma problem. W tym samym czasie poznałem wreszcie odpowiedź na pytanie, co to za problem ale to zupełnie inna historia, o której raczej nigdy nie napiszę.
Po kilku latach fascynacja „powagą” przeminęła. Uznałem, że ta muzyka nie pasuje do szybkiego tempa życia, jakie wtedy prowadziłem i właściwie prowadzę po dziś dzień. Powróciłem do ambitnego rocka i folku, które po dziś dzień stanowią podstawowy „soundtrack” mojej codzienności. Jednak lata, które spędziłem z Trocjuszem zanurzony w muzyce klasycznej pozostawiły ślad nieusuwalny niczym chrzest. Jeśli w moim życiu istnieje jakaś niezawodna odtrutka na acedię, która wszystkich nas od czasu do czasu dopada i którą na światło dzienne wyciągnęła ostatnio „Fronda”, to jest nią przede wszystkim dawna muzyka europejska. Słucham jej dziś znacznie rzadziej niż kilkanaście lat temu ale świadomość, że tuż obok istnieje niewidzialna przystań, w której cumują okręty dowodzone przez kapitanów Haendla, Bacha czy Monteverdiego, zawsze dodaje sił do duchowej walki.
Jak pisał niegdyś na swoim blogu Dante:
Muzyka klasyczna … jest domeną Apolla. To kraina światła i porządku. Możemy tu doznać głębokich wzruszeń, ale będą nas one prowadzić ku budowaniu naszego „ja”. Natomiast współczesna muzyka rozrywkowa to trans dionizyjski. Zdarzają się w niej wirtuozi, ale nie o maestrię w niej chodzi. To ucieczka od samego siebie w mrok, ekstazę. Tu nie ma miejsca na budowanie „ja”, bo tu się człowiek uwalnia od nieznośnego ciężaru bycia i przemienia w strumień emocji. Dlatego między innymi tak wiele w niej skojarzeń seksualnych. Różnicę pomiędzy tymi żywiołami widać w tańcu. Pewne figury z baletu klasycznego widać w choreografii panienek z Pussycat Dolls. Ale tylko w tym drugim przypadku mają one charakter erotyczny.
[Oczywiście Dante generalizuje, nie cały rock jest „dionizyjski” ale jakieś 90% pewnie tak]
***
Słowa mają ograniczoną moc i nie wszystko można z ich pomocą wyrazić. Pewnie dlatego Ojcowie Kościoła preferowali apofatyczny (negatywny) sposób mówienia o Bogu: łatwiej powiedzieć, kim On nie jest niż Kim jest. Muzyka, która jest czystą formą, potrafi więcej niż słowa. Dźwięki zapisane przez Bacha czy Haendla potrafią otworzyć człowieka na doświadczenie łaski, niejako „odkorkować go” duchowo. Jest to muzyczna pre-ewangelizacja. Ale i ona jest niedoskonała. Nawet najdoskonalsza muzyka potrafi tyle, co Wergiliusz który był przewodnikiem Dantego po Piekle i Czyśćcu. Do dalszej drogi niezbędna jest Beatrycze czyli liturgia. Słowo, muzyka i obraz łączą się w sposób doskonały w liturgii, która jest najpiękniejszym i najtrudniejszym w odbiorze z dzieł sztuki. Prawda teologiczna musi być śpiewana i malowana, gdyż Kościół który nie śpiewa i nie maluje Prawdy w rzeczywistości jej nie zna. W liturgicznej syntezie sztuk Bóg i człowiek spotykają się i na ile to możliwe jednoczą w miłości. To początek Wielkiej Wędrówki, w czasie której muzyka i cisza są równie ważne. Jak pisał pewien Profesor: Droga prowadzi wciąż dalej i dalej…









