wtorek, lipiec 31, 2007

O sztuce, acedii i przyjacielu Trocjuszu




.

Art happens – James Whistler
.

.
Cennino Cennini pisze w swoim traktacie „Rzecz o malarstwie”, że malowania nauczył ludzi Adam po wygnaniu z Raju. Dlatego, zdaniem Cenniniego, sztuka nosi w sobie piętno wygnania i wyraża tęsknotę za tym, co utracone. Inaczej patrzy na to Nowosielski, mówiąc że prawdziwa sztuka jest antycypacją świata przyszłego, że jest zawsze eschatologiczna. To spojrzenie do przodu, proponowane przez krakowskiego mistrza, wydaje mi się bliższe prawdy niż nostalgiczna tęsknota za Złotym Wiekiem, choć rzecz jest oczywiście sporna. Ktoś może przecież powiedzieć, że eschaton jest właśnie powrotem do Raju więc obydwaj malarze mówią w gruncie rzeczy to samo. Na pewno obaj zgodziliby się z tezą, że sztuka potrafi nieraz przekazać więcej niż racjonalny dyskurs. W tym sensie sztuka bliska jest prawdziwej wiedzy:

Cóż to jest wiedza?
To doznanie życia nieśmiertelnego.
A cóż to jest życie wieczne?
To odczuwanie rzeczy w Bogu
.

[św. Izaak Syryjczyk, 57 dyskurs ascetyczny]

To, co nazywamy sztuką, było przez większą część ludzkiej historii czynnością religijną lub magiczną (na poziomie ludów pierwotnych nie ma zresztą między tymi pojęciami większej różnicy). I choć z upływem wieków sztuka uległa, jak wszystko inne, sekularyzacji, to podejrzewam, że u źródła nic się nie zmieniło. Nadal tworzymy, bo zdolność do tworzenia albo, jak pisał Tolkien, subkreacji, dał nam Stwórca. Nadal śpiewamy bo, jak powiada Księga Sofoniasza, Bóg śpiewa (choć żeby się o tym dowiedzieć trzeba zajrzeć do przekładu interlinearnego albo Biblii Wujka). Nie zawsze jednak wiemy, komu i jak powinniśmy śpiewać i to jest nasz problem.



***


Dawno dawno temu, kiedy w kraju dobiegał końca stan wojenny, usłyszałem od rodziców nieprzyjemną wiadomość. Wyjeżdżamy na placówkę, do Sojuza. Ojciec, fizyk nuklearny, miał pracować w międzynarodowym ośrodku badań jądrowych w Dubnej pod Moskwą. Nie bardzo mi się to uśmiechało ale jako czternastolatek nie miałem nic do gadania. Wyjechałem więc, zabierając ze sobą trochę ulubionych książek, prenumeratę „Fantastyki” i mapy wymyślonego świata o nazwie Trójrzecze, dziwnie podobnego do Tolkienowego Śródziemna.

W Dubnej mieszkało wtedy prawie sto polskich rodzin, dla dzieci istniała tam polska szkoła wieczorowa, w której uczono języka polskiego i historii, zaopatrzona w całkiem niezłą biblioteczkę. Na co dzień trzeba było jednak chodzić do szkoły rosyjskiej. Niedaleko od naszego domu była też bardzo dobrze zaopatrzona miejska biblioteka publiczna. Nie mając zbyt wiele do roboty (nauka po dość szybkim doszlifowaniu rosyjskiego szła mi dobrze a przyjaciół, prócz Bułgara o imieniu Iwajło, właściwie nie miałem) zacząłem sięgać po książki. Dzięki przymusowemu pobytowi poza krajem przeczytałem masę książek po które pewnie nigdy w Polsce bym nie sięgnął. Bardziej z nudów niż z ciekawości czytałem Rabelaisa, Balzaka, Stendhala. Odkryłem „Göstę Berlinga” Selmy Lagerlof, Lermontowa i wspaniałe powieści Dickensa. Potrafiłem przegadać z mamą, która nie pracowała lecz opiekowała się w domu chorą siostrą, wiele godzin na temat książek Czechowa albo Waltariego. Miałem też szczęście, że literatury uczyła mnie w rosyjskiej szkole bardzo mądra nauczycielka, która po odbębnieniu obowiązkowej gadki o walce klas i partyjności sztuki, potrafiła wciągnąć klasę w dyskusję o książkach całkowicie wolną od ideologicznej trucizny. W tamtych czasach w Raju Krat było to niemałą sztuką, która pani Rimma miała opanowaną do perfekcji. Dzięki wszystkim tym zbiegom okoliczności (czy w życiu chrześcijanina jest w ogóle miejsce na takie pojęcie?) stopniowo zacząłem rozumieć, że ludzkość ma problem i że wszystkie wielkie książki się z tym problemem zmagają. Nie wiedziałem jeszcze tylko, co to za problem i że słowa nie są w stanie w pełni go wyrazić.

***

Początek lat dziewięćdziesiątych wspominam jako wspaniałe czasy. Skończyła się komunistyczna siermięga, miałem fajną, niestresującą pracę w banku a piwa z polskich browarów jeszcze różniły się smakiem. Przede wszystkim były to prawdziwe piwa, a nie produkowane obecnie gazowane napoje alkoholowe z koncentratu słodowego. Wydawnictwa w ekspresowym tempie wydawały klasykę gatunków, które wtedy czytywałem najchętniej, czyli fantasy i horroru. W tamtych czasach poznałem też mojego dobrego przyjaciela Trocjusza, który komentuje tu nieraz jako tow.trokier i zacząłem przygodę z muzyką zwaną nie wiedzieć czemu poważną. Poznaliśmy się z Trocjuszem w sekcie, do której obydwaj wtedy należeliśmy. Nazywała się Unia Polityki Realnej i wtedy oczywiście nie zdawałem sobie sprawy, że jest to sekta, wydawało mi się, że to po prostu konserwatywno-liberalna (niezły oksymoron swoją drogą) partia polityczna.

Na początku lat dziewięćdziesiątych kraj został zalany falą tanich kaset i płyt kompaktowych z muzyką klasyczną. Z niewiadomych powodów (może był to kulturowy snobizm młodych konserwatywnych liberałów a może po prostu dominujący w owym czasie grunge nam nie leżał) zaczęliśmy więc z Trocjuszem słuchać tej muzyki w olbrzymich ilościach. Mój ojciec, miłośnik i znawca opery włoskiej, nigdy nie zmuszał mnie do chodzenia do filharmonii, w przeciwieństwie do moich kuzynów, którzy skazani byli na częste wizyty w tym snobistycznym przybytku. Pewnie dlatego mój brat cioteczny jeździ dziś Harleyem i gra w amatorskiej kapeli The Coorchuck’s Groop ciężkiego rocka. Dzięki roztropności ojca nigdy nie nabrałem obrzydzenia do „powagi” i mogłem ją poznawać na własną rękę niczym jakąś Terra Incognita. Pamiętam, że to Trocjusz docierał do mniej znanych dla laika kompozytorów. Jako pierwszy wyciągnął utwory organowe Buxtehudego, wyprzedzające epokę sonaty Scarlattiego i muzykę czeskiego kompozytora z XVIII wieku o śmiesznym (przynajmniej wtedy wydawało nam się śmieszne) nazwisku Zelenka. Ja z kolei po okresie mozartowsko - chopinowskim miotałem się między muzyką dawną a późnymi romantykami jak Sibelius czy Manuel de Falla. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Josquin Desprez, którego motet na Boże Narodzenie „Praeter rerum seriem” umieściłbym w dziesiątce największych dzieł muzyki europejskiej i pieśni maryjne Tomasa Luisa de Victorii. Z czasem bardzo pokochałem muzykę baroku, a z dawnych instrumentów barokową trąbkę i violę da gamba. Wielka muzyka dawnej Europy przemówiła do mnie mocniej niż książki, ponownie przypominając o tym, że ludzkość ma problem. W tym samym czasie poznałem wreszcie odpowiedź na pytanie, co to za problem ale to zupełnie inna historia, o której raczej nigdy nie napiszę.

Po kilku latach fascynacja „powagą” przeminęła. Uznałem, że ta muzyka nie pasuje do szybkiego tempa życia, jakie wtedy prowadziłem i właściwie prowadzę po dziś dzień. Powróciłem do ambitnego rocka i folku, które po dziś dzień stanowią podstawowy „soundtrack” mojej codzienności. Jednak lata, które spędziłem z Trocjuszem zanurzony w muzyce klasycznej pozostawiły ślad nieusuwalny niczym chrzest. Jeśli w moim życiu istnieje jakaś niezawodna odtrutka na acedię, która wszystkich nas od czasu do czasu dopada i którą na światło dzienne wyciągnęła ostatnio „Fronda”, to jest nią przede wszystkim dawna muzyka europejska. Słucham jej dziś znacznie rzadziej niż kilkanaście lat temu ale świadomość, że tuż obok istnieje niewidzialna przystań, w której cumują okręty dowodzone przez kapitanów Haendla, Bacha czy Monteverdiego, zawsze dodaje sił do duchowej walki.

Jak pisał niegdyś na swoim blogu Dante:

Muzyka klasyczna … jest domeną Apolla. To kraina światła i porządku. Możemy tu doznać głębokich wzruszeń, ale będą nas one prowadzić ku budowaniu naszego „ja”. Natomiast współczesna muzyka rozrywkowa to trans dionizyjski. Zdarzają się w niej wirtuozi, ale nie o maestrię w niej chodzi. To ucieczka od samego siebie w mrok, ekstazę. Tu nie ma miejsca na budowanie „ja”, bo tu się człowiek uwalnia od nieznośnego ciężaru bycia i przemienia w strumień emocji. Dlatego między innymi tak wiele w niej skojarzeń seksualnych. Różnicę pomiędzy tymi żywiołami widać w tańcu. Pewne figury z baletu klasycznego widać w choreografii panienek z Pussycat Dolls. Ale tylko w tym drugim przypadku mają one charakter erotyczny.

[Oczywiście Dante generalizuje, nie cały rock jest „dionizyjski” ale jakieś 90% pewnie tak]

***

Słowa mają ograniczoną moc i nie wszystko można z ich pomocą wyrazić. Pewnie dlatego Ojcowie Kościoła preferowali apofatyczny (negatywny) sposób mówienia o Bogu: łatwiej powiedzieć, kim On nie jest niż Kim jest. Muzyka, która jest czystą formą, potrafi więcej niż słowa. Dźwięki zapisane przez Bacha czy Haendla potrafią otworzyć człowieka na doświadczenie łaski, niejako „odkorkować go” duchowo. Jest to muzyczna pre-ewangelizacja. Ale i ona jest niedoskonała. Nawet najdoskonalsza muzyka potrafi tyle, co Wergiliusz który był przewodnikiem Dantego po Piekle i Czyśćcu. Do dalszej drogi niezbędna jest Beatrycze czyli liturgia. Słowo, muzyka i obraz łączą się w sposób doskonały w liturgii, która jest najpiękniejszym i najtrudniejszym w odbiorze z dzieł sztuki. Prawda teologiczna musi być śpiewana i malowana, gdyż Kościół który nie śpiewa i nie maluje Prawdy w rzeczywistości jej nie zna. W liturgicznej syntezie sztuk Bóg i człowiek spotykają się i na ile to możliwe jednoczą w miłości. To początek Wielkiej Wędrówki, w czasie której muzyka i cisza są równie ważne. Jak pisał pewien Profesor: Droga prowadzi wciąż dalej i dalej



.




sobota, lipiec 28, 2007

„Harry Potter and the Deathly Hallows” – pierwsze wrażenia



Uwaga, poniższy wpis zawiera spoilery, zatem ten, kto jeszcze książki nie przeczytał albo czeka do stycznia na polskie wydanie nie powinien dalej czytać.




















.



Kilkuletnia przygoda z książkami o Pocjuszu dobiegła końca. Będzie jeszcze dużo podsumowań, sporów i kropek nad „i”, jednak cały cykl jest już zakończony i czeka go teraz najważniejsza z prób, próba czasu. Cieszę się, że byłem świadkiem powstawania tych książek i uczestnikiem fascynujących nieraz dyskusji toczonych w okresach interlibrium. Cieszy mnie też fakt, że niektóre moje przypuszczenia dotyczące fabuły i charakteru finałowej części okazały się prawdziwe. A jednak lektura „Harry Potter and the Deathly Hallows” pozostawiła pewien niedosyt, może nawet lekkie niezadowolenie. Dlaczego tak jest wyjaśniam poniżej, zastrzegając zarazem, że są to pierwsze wrażenia, które zapewne ulegną zmianie, tak jak miało to miejsce z poprzednimi tomami.

Zaczynam od plusów, pamiętając zarazem o słowach prezesa Ochódzkiego, że te plusy nie powinny przesłaniać minusów:




Wątki chrześcijańskie, obecne w książkach od samego początku, zostały w „Deathly Hallows” pogłębione i rozwinięte. Protagonista oddający dobrowolnie życie, (co jest zgodne z logiką całej opowieści) i jego pobyt w „zaświatach” opisany w rozdziale o znamiennej nazwie „King’s Cross” to najlepsze fragmenty książki. Marsz Pottera ku śmierci z rąk Voldemorta, w towarzystwie zmarłych przyjaciół przywołanych przez Kamień Zmartwychwstania przebija siłą wyrazu podobną scenę ofiary Aslana w powieści Lewisa. Symboliczna śmierć, którą HP przeżywał w każdym, prócz szóstego, tomie, zyskała tu zupełnie nowy wymiar. O chrześcijańskiej symbolice obecnej w HP7 można napisać znacznie więcej i za jakiś czas, kiedy opadną emocje, z pewnością powrócę do tematu. Rowling rzuciła mocne chrześcijańskie karty na stół i jak widzę z toczonych w Imperium Mundi dyskusji internetowych już teraz jest to niełatwy orzech do zgryzienia dla myślących Potterożerców.

Deathly Hallows czyli tytułowe Relikwie Śmierci. Znakomite nawiązanie do Grail Hallows z arturiańskich legend (śmiertelnie ranny Dumbledore z poprzedniego tomu byłby w takim wypadku Królem Rybakiem) oraz potrójnego kuszenia Chrystusa. Także piękny hołd złożony baśniom. Więcej na temat Deathly Hallows napiszę w odrębnym poście.

Horkruksy. Przede wszystkim fragment, w którym Hermiona tłumaczy, dlaczego horkruks jest przeciwieństwem osoby ludzkiej. Bardzo ważne, że zniszczenie horkruksów Voldemorta, choć przewidziane jako zadanie dla Harry’ego, zostało dokonane rękami wielu osób.

Śmierć Voldemorta, niemal komiczna, bo z własnej ręki i zarazem tragiczna, bo pod koniec powieści ów samozwańczy i fałszywy Władca Śmierci pozostaje zupełnie sam, opuszczony przez sojuszników, pozbawiony mocy, odrzucony nawet przez nadzwyczajnej mocy różdżkę, której posiadaczem się mienił.

Podwójne motto, zaczerpnięte z „Ofiarnic” Ajschylosa i „Owoców samotności” Williama Penna. Ajschylos był weteranem wojen perskich i bitwy pod Maratonem a jego epitafium nie wspomina w ogóle, że pisał on jakieś sztuki. Cytaty z mrocznych „Ofiarnic” i refleksji Penna, angielskiego dysydenta religijnego i pacyfisty z XVII wieku, od którego nazwiska wziął nazwę stan Pensylwania, wskazują że bohaterstwo to zarówno agresja i sprawiedliwy gniew jak i gotowość do oddania życia „niczym baranek prowadzony na rzeź”. Można rzec, ze w czasie Bitwy o Hogwart Potter łączy w sobie cechy opisane w dziełach Ajschylosa i Penna.

Słowa Dumbledore’a: Of course it is happening inside your head, Harry, but why on earth should that mean that it is not real?

Życie i kłamstwa Albusa Dumbledore’a czyli pożegnanie z Gandalfem Potterlandii. Dekonstrukcja tej kluczowej dla całej serii postaci to doskonały pomysł Rowling, sprawa dla wielu czytelników bolesna, ale dodająca całej serii wielkiego realizmu. Prawdziwy Dumbledore, uwikłany w manipulacje ludźmi dla „dobra sprawy”, patologicznie strzegący swoich tajemnic, zarazem szlachetny i bezwzględny, wreszcie Dumbledore, który nawet pod koniec życia nie zdołał się oprzeć pokusie rozwiązania swoich problemów za pomocą magicznych artefaktów wreszcie przestał być wszechwiedzącym Gandalfem-bis a stał się wielkim, choć przynajmniej częściowo przegranym, człowiekiem.

Srebrna łania, czyli patronus Severusa Snape’a. JKR udowodniła wreszcie, że potrafi pisać pięknie.



Teraz minusy:

Harry Potter i niewiarygodne zbiegi okoliczności. Zbyt dużo jest w fabule „Deathly Hallows” zdarzeń mało prawdopodobnych (np. ucieczka z banku Gringotta) zaś Harry’emu zbyt łatwo przychodzi nawiązywanie kontaktu z umysłem Voldemorta, przy czym dzieje się to najwyraźniej bez wiedzy Czarnego Pana. To nagłe uśpienie czujności Lorda da się jakoś wyjaśnić na podstawie różnych faktów rozsianych w poprzednich tomach, będzie to jednak tylko mocna hipoteza czytelnika a nie definitywne wyjaśnienie jasno wynikające z książki.



Czarne dziury i zwykłe niedopatrzenia. Skąd Dumbledore znał dokładny przebieg wypadków w domu rodziców Pottera w Dolinie Godryka? Możemy się domyślać, że dowiedział się od mieszkającej w pobliżu Bathildy Bagshot, ale są to tylko domysły (patrz wyżej). Dlaczego członkowie Zakonu Feniksa nigdy nie wspomnieli Harry’emu o kilkuletniej przyjaźni Lily z Severusem? Rowling wspominała w wywiadach, że Grindelwald nie żyje, tymczasem ginie on dopiero w „Deathly Hallows” itd.

Dzieje Snape’a. Wydaje się, że Snape urósł w trakcie pisania książek i z ważnego „elementu” fabuły stał się najciekawszą z postaci wykreowanych przez autorkę. Rowling chyba nie do końca poradziła sobie z tym ciężarem. Choć rozdział „Opowieść Księcia”, w którym poznajemy wreszcie prawdę o mistrzu eliksirów jest doskonale napisany, to jednak dostarcza za mało informacji. Czy Snape podlegał jakimś przemianom duchowym czy też do wielkiego bohaterstwa skłaniała go tylko i wyłącznie patologiczna miłość do Lily Potter? Czy jest tylko Heathcliffem Potterlandii czy kimś więcej? Rowling nie daje wyczerpującej odpowiedzi na te pytania i o to mam do niej duże pretensje, gdyż akurat nie jest to temat, który należało pozostawić fantazjom czytelników.

Uczniowie ze Slytherinu. Trudno pogodzić dezercję uczniów Slytherinu przed Bitwą o Hogwart z pieśnią Tiary z piątego tomu wychwalającą jedność szkoły w obliczu zagrożenia i wywiadami, w których JKR podkreślała konieczność harmonii między domami Hogwartu dla zwycięstwa nad Voldemortem. Wątłe nawrócenie rodziny Malfoyów i przyłączający się w ostatniej chwili do walki profesor Slughorn to trochę za mało. Dezercja Ślizgonów ma w sobie niemiły posmak predestynacji, choć epilog wydaje się wskazywać, że utracona harmonia została wreszcie odzyskana.

Brak rozdziałów typu „Chwała bohaterom” i „Porządki w Shire”. Poważny błąd. Mam nadzieje, że Rowling dopisze je kiedyś. Chciałbym ujrzeć, w jaki sposób uhonorowano Snape’a, Lupina i Tonks, Freda Wesleya, Colina Creeveya i innych, którzy oddali życie w bitwie. Pragnąłbym tez ujrzeć Dolores Umbridge za kratkami w Azkabanie. Chyba nie jestem w tych pragnieniach osamotniony. Sam epilog nie wystarcza, choć cieszy mnie, że młodszy syn Potterów nosi imiona Albus Severus a jego ojca nie przeraża fakt, że chłopiec może trafić do Slytherinu.


Tyle „pierwszych impresji”, potterowców (losa, ivankę, radka i innych) zapraszam do dyskusji.



.

piątek, lipiec 27, 2007

Ętelegęcji triumfalny marsz

.

Przyznaję się bez bicia, że od czasu do czasu przeglądam elektroniczne wydania mainstreamowych czasopism typu Spiegla czy Timesa. Czasem i tam można znaleźć ciekawy tekst, poza tym warto wiedzieć, co jest aktualnie modne w świecie tubylców współczesności. Ostatni numer Times Literary Suplement przynosi recenzję książki Pierre’a Bayarda, profesora literatury francuskiej i wykładowcy Uniwersytetu Paryskiego, zatytułowanej „Jak rozmawiać o książkach, których się nie przeczytało”. Tak tak, to nie żart. Oto fragment z artykułu, którego prawdę mówiąc nie zdołałem przeczytać do końca:

Bayard’s project is a serious one. He tells us, in his “Prologue”, that he was born into a family who read little, that he himself has almost no appetite for reading and that, anyway, he cannot find the time for it. As a (fifty-two-year-old) professor of French literature at the University of Paris VIII (and a practising psychoanalyst), he often finds himself obliged to comment on books he hasn’t looked at. And yet “non-reading” is a taboo subject in the circles in which he moves… Bayard cheerfully insists that he will continue to talk about books he hasn’t read.

Co za niesprawiedliwy świat, w którym nienasycony miłośnik książek trudzi się wśród błyszczących ekranów na rynku finansowym a bufon, który nie lubi czytać, zarabia na chleb jako profesor literatury!

.

czwartek, lipiec 19, 2007

Zasłona




Zasłona jest jednym z uniwersalnych symboli wskazujących na granicę między tym, co naturalne a tym, co nadprzyrodzone czy Boskie. Zasłona zakrywa tajemnicę i zagradza drogę do misterium, w którym nie powinien uczestniczyć człowiek nieprzygotowany duchowo. Błędem byłoby jednak uważać, że zasłona symbolizuje wyłącznie granicę. Granica ma bowiem to do siebie, że można ją przekroczyć. Zasłona jest zatem nie tylko symbolem podziału rzeczywistości ale także przejścia z jednego porządku do drugiego.

Właśnie w taki sposób warto spojrzeć na wzmiankowane w Ewangeliach synoptycznych rozdarcie zasłony w Świątyni Jerozolimskiej (Mt 27,51; Mk 15,38; Łk 23,45). Józef Flawiusz pisze, że na świątynnej zasłonie wyhaftowane były sfery niebieskie. Oczywiście nie był to przypadek ani wyraz „prymitywnej” pobożności poszukującej miejsca przebywania Boga pośród obłoków. Zasłona, jak i cały przybytek, została wykonana zgodnie z Bożą instrukcją (zob. Wj 25) i dlatego była fizyczną manifestacją rzeczywistości duchowej. Można rzec, że odkupieńcza śmierć wcielonego Boga spowodowała prawdziwe rozdarcie niebios, które odzwierciedliło się w rozdarciu zasłony w świętym przybytku. „Rozdzierając” niebo przez Ofiarę Krzyża i Zmartwychwstanie Bóg otworzył bramę wiodącą do Królestwa.




W tradycji żydowskiej i wczesnochrześcijańskiej apokalipsą nazywano objawienie o rzeczach ukrytych jakie prorok otrzymywał od Boga. Greckie Aποκάλυψις i łacińskie Revelatio znaczą dosłownie „odsłonięcie” lub „zdjęcie zasłony”. Pierwotnie słowo to oznaczało finalny obrzęd żydowskiej ceremonii ślubnej, zdjęcie welonu z twarzy oblubienicy przez oblubieńca. Podobnej symboliki w piękny sposób użył Dante w „Boskiej komedii”. W XXXI pieśni „Czyśćca” Florentyńczyk otrzymuje objawienie Bożej miłości i łaski, prowadzony do Beatrycze przez trzy dziewice. Beatrycze stopniowo odsłania twarz, najpierw ukazując oczy, następnie usta. Zdjęcie zasłony z oblicza Beatrycze jest tu symbolem zaślubin Boga z ludzkością (dlatego na początku następnej pieśni Dante ma wizję maszerujących zastępów niebiańskich) i początkiem drogi Dantego do opisanego w trzeciej części Raju.




Szczególnym przypadkiem zasłony jest ikonostas, stanowiący niezbędny element wystroju każdej świątyni prawosławnej. Popularna teologia ikonostasu skupia się zwykle na objaśnianiu znaczenia poszczególnych rzędów ikon, które ilustrują historię zbawienia. Jednakże sam ikonostas, jako bariera oddzielająca cerkiewne prezbiterium od nawy, ma swoją autonomiczną rolę. Jest on symbolem rozdartej zasłony w Świątyni. Zasłona nie została przecież zdjęta, nie znikła ale rozstała rozdarta i centralne drzwi ikonostasu, zwane królewskimi wrotami, to zbawcze rozdarcie przedstawiają. Przez królewskie wrota objawia się Chrystus w słowie, gdyż czytana jest tam Ewangelia, i w Eucharystii, która jest u tych wrót udzielana wiernym. Liturgia Świątyni Jerozolimskiej nie została zniesiona lecz uległa w chrześcijaństwie transformacji. Święte Świętych czyli prezbiterium nie jest już zamknięte zaś sam święty przybytek (nawa) dostępny jest dla wszystkich wiernych, którzy również są, choć w sposób niesakramentalny, kapłanami.

.

wtorek, lipiec 17, 2007

Nowa „Fronda” i Szczepan Twardoch po raz trzeci



.

To już trzecia z rzędu notka, w której pojawia się Szczepan Twardoch. Cóż jednak zrobić, skoro obok dwóch świeżo wydanych dobrych powieści zamieścił on na łamach nowego, bardzo udanego numeru „Frondy”, dwa teksty, z których każdy zainspirował mnie do zamieszczenia na Studionie krótkich uwag – komentarzy.

W pierwszym z tekstów, opis wielodniowej podróży koleją transsyberyjską stanowi asumpt do rozważań o ciągłości i zmianie w dziejach rosyjskiej kultury. Ostateczna konkluzja wydaje mi się nieco naciągana, mam wrażenie jakby autor pisał pod przyjętą a priori tezę, ale też nie mam o to większych pretensji, bo aby wszystko solidnie uzasadnić potrzeba eseju znacznie dłuższego od „Pustego stryczka”. Nie mogę jednak zrozumieć zdziwienia Szczepana Twardocha faktem, że rosyjska kultura a ściślej rzecz biorąc literatura dokonała jakiegoś niewyjaśnionego skoku jakościowego, włączając się już w trzecim pokoleniu od czasów barbarzyńskich brodatych bojarów w świat europejskiej kultury. Wyjaśnienie tej „zagadki” jest bowiem bardzo proste. Jednym z owoców ewangelizacji bizantyjskiej, dokonanej za pomocą języka cerkiewnosłowiańskiego, było rozpowszechnienie w dawnej Rusi parafialnych i monasterskich szkółek przyuczających, głównie poprzez naukę pisania i czytania po cerkiewnosłowiańsku - który był językiem mocno zbliżonym do mowy potocznej - do funkcji diaka (diakona) i diaczka (subdiakona, lektora). Dlatego ilość piśmiennych Rusinów przed najazdem mongolskim przewyższała ilość piśmiennych Francuzów, Niemców czy Anglików i nawet azjatycki potop nie zdołał tego zniszczyć. Co więcej, ludzie ci potrafili pisać i czytać w języku bliskim temu, którym posługiwali się na co dzień. Dodać do tego trzeba bardzo bogatą tradycję epicką i hagiograficzną: „Słowo o wyprawie Igora”, bogatyrskie byliny spokrewnione z pieśniami skandynawskich skaldów, a zarazem nie tak posępne i fatalistyczne w wymowie, latopis Nestora czy kijowskie Pateryk i Prolog.
.
.
Nazwiska Antonija Podolskiego, Awramija Palicyna, Siemiona Szachowskiego-Chyria czy Iwana Chworostina-Starkowa nie mówią dziś nic nikomu prócz specjalistów od dawnej literatury słowiańskiej, a przecież ci poeci szesnasto i siedemnastowiecznej Rusi to prawdziwe tuzy niezwykłej prozodycznej poezji-prozy, której w obszarze literatury zachodniej nada formę dopiero Walt Whitman. Ruś Moskiewska posiadała więc rozwiniętą kulturę słowa, choć była to kultura inna od zachodnioeuropejskiej a w znacznej mierze także od bizantyjskiej. Dlatego dla Rosjan, od dawna obytych ze słowem pisanym, dołączenie do czołówki literatury europejskiej nie stanowiło większego problemu. Ich potencjał literacki nie wybuchł nagle, nie pojawił się znikąd, tylko przybrał nową formę.

Szczepan Twardoch pisze też ciekawie o fatalizmie jako cesze cywilizacyjnej ludów Wielkiego Stepu. Ciekawi mnie jak ma się to do Węgrów, narodu o wielkiej skłonności do fatalizmu (takie jest przynajmniej moje wrażenie, wyniesione z wieloletnich kontaktów z Madziarami) i zarazem od tysiąca lat wciągniętego w orbitę cywilizacji zachodniego, łacińskiego chrześcijaństwa. Czy w węgierskiej duszy nadal tli się nostalgia za duchem Wielkiego Stepu?

Z drugiego tekstu, dotyczącego postmodernizmu jako formy acedii, wyłowiłem takie oto smakowite zdanie: „prawosławie, któremu w pewnym sensie możemy przypisać tę samą moc artystyczną, co katolicyzmowi, przy jednocześnie mniejszej zapewne sile eschatologicznej".

Wydaje mi się, że w kwestiach eschatologicznych jest dokładnie odwrotnie niż pisze śląski autor, to właśnie prawosławie jest chrześcijaństwem najbardziej zapatrzonym w eschaton, co widać w jego ikonografii, hymnografii, architekturze i szerzej mówiąc, w stosunku do świata. Czuł to doskonale śp. Paweł Hertz, który pisał, że w prawosławiu prawda o ludzkiej egzystencji jest jakby odwinięta z pieluch historii. W swoich wspomnieniach z podróży do Ziemi Świętej Hertz opisał spotkanie z greckim mnichem przy Grobie Pańskim, który rozmawiał z nim tak, jakby od dnia Zmartwychwstania nie upłynęły dwa tysiące lat a jeden dzień. Ten eschatologiczny maksymalizm prawosławia sprawia, że jest ono mniej kulturotwórcze (w sensie Twardochowej „mocy artystycznej”) od łacińskiego katolicyzmu. Temat jest bardzo ciekawy i wart rozwinięcia, na razie sygnalizuję tylko swoją zasadniczą niezgodę z autorem w tej właśnie kwestii.


.

wtorek, lipiec 10, 2007

Zbawcza kontrrewolucja Motu Proprio?

Wielu czytelników Studionu pamięta pewnie ekranizację powieści „Katolicy” Briana Moore’a. Jest to historia młodego księdza, który przybywa do malutkiego, położonego na wysepce klasztoru, aby przeprowadzić w nim posoborowe zmiany liturgiczne. Sam autor książki i scenarzysta filmu pochodził z wielodzietnej i pobożnej irlandzkiej rodziny, co jednak nie uchroniło go przed utratą wiary, zresztą stało się to jeszcze w latach przed „czasem osiowym” Vaticanum II. Przywołałem postać Moore’a nieprzypadkowo, bowiem w jednym z wywiadów, zapytany dlaczego napisał „Katolików” udzielił on niezwykłej, jak na niewierzącego, odpowiedzi: „po bardzo długiej przerwie zaszedłem na Mszę i przekonałem się, że to w co kiedyś przestałem wierzyć, znikło z kościołów”. Wypowiedź Moore’a jest dobrą ilustracją, jak głęboki kryzys liturgii dotknął Kościół rzymskokatolicki w ostatnich dziesięcioleciach. Pisali o nim Ratzinger, Gamber i wielu innych teologów, porzucenie dawnej liturgii przyniosło jedną dużą i kilka pomniejszych schizm a rozwiązania, jak dotąd, nie było widać.

Jestem świeżo po lekturze „Sternberga” Szczepana Twardocha, nic więc dziwnego, że tematy rewolucji i kontrrewolucji nie wychodzą mi z głowy. Wydaje mi się, że warto spojrzeć na ostatnie papieskie Motu Proprio dotyczące „uwolnienia” Mszy trydenckiej właśnie z takiej perspektywy. Jak napisał ostatnio Tomasz Terlikowski: „proponuje papież zatem kontrewolucję, która pomóc może przezwyciężyć kryzys liturgiczny. Jednym z elementów takiej ewolucji ku tradycji może się stać dokument wydany właśnie przez Benedykta XVI. Nie pchnie on tłumów na msze trydenckie, ale umożliwi każdemu poznanie bogactwa katolickiej tradycji i zrozumienie jej nieprzemijalnej wartości.
Terlikowski dość niefrasobliwie miesza pojęcia kontrrewolucji i ewolucji, ale ma nieco racji. Rzeczywiście, to co stało się z liturgią łacińską w późnych latach sześćdziesiątych i później, było rewolucją a papieskie Motu Proprio wydaje się aktem kontrrewolucyjnym. Sytuacja przez kilka posoborowych dziesięcioleci była taka, że większość biskupów była niechętna lub wręcz wroga rytowi rzymskiemu. Bycie tradycyjnym katolikiem oznaczało w tym okresie mniej czy bardziej intensywną konfrontację z biskupem. Taka sytuacja jest prawie zawsze niezdrowa i dlatego wielu tradycjonalistów wyczekiwało Motu Proprio jak kania dżdżu. Ich problemu nie dało się rozwiązać inaczej niż odgórnie, w obliczu niemal całkowitej inercji biskupów diecezjalnych. W wyniku tego mamy od kilku dni bardzo nietypową sytuację. Oto decyzja, jakiego rytu używać w danej diecezji, nie zależy już od biskupa diecezjalnego, lecz od woli kapłana.

Wtręt: Jako złośliwy ortodoks powiem, że jest to dowód na to, że w KK jest właściwie tylko jeden biskup ordynariusz zaś biskupi diecezjalni są w gruncie rzeczy jego sufraganami. Ku takiej opinii często skłaniają się nie tylko prawosławni, ale i katolicy obrządków wschodnich (ostatnio zasłyszałem ją od pewnego unickiego archimandryty z Kalifornii). Porzucam jednak ten drobny eklezjologiczny prztyczek w nos i wracam do meritum.

Marginalizacja starożytnego rytu rzymskiego spowodowała niebywały rozkwit „świadomości liturgicznej”. Refleksja nad własną tradycją przychodzi zwykle wtedy, kiedy zagrożona jest tożsamość, dlatego wszyscy, którzy kiedyś byli po prostu przywiązani do tradycyjnych form modlitwy, musieli nagle zacząć rozmawiać o liturgii, jej korzeniach, rozwoju, historycznych uwarunkowaniach i setkach innych rzeczy, które nie są potrzebne wierzącemu człowiekowi i w doskonały sposób mogą zasłonić samą istotę liturgii. To, co było kiedyś akceptowane jako liturgiczna oczywistość, niemalże donum Dei, stało się nagle obiektem sporu z modernistami, zjawiskiem, które należy poddać analizie historycznej, dogmatycznej i jakiej tam jeszcze. Hermetyczna dziedzina wiedzy, która niegdyś kojarzyła się nielicznymi nazwiskami (Jungmann, Mateos, Dix) znienacka trafiła pod strzechy. Dlatego publikacjom łacińskich tradycjonalistów tak często towarzyszyła aura modernizmu, choć przecież zwalczanie tego modernizmu wyznaczyli sobie za cel. Ale tak to już bywa na wojnie, że ten, kto jest na pierwszej linii, najbardziej upodobnia się do swojego wroga.

Mam wrażenie, że sytuacja, w jakiej znalazł się papież zasługuje na określenie „i tak źle i tak niedobrze”. Problem starożytnej liturgii Kościoła rzymskiego domagał się rozwiązania i to rozwiązanie nie mogło być inne. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że przywrócenie liturgii trydenckiej to skok na głęboką wodę. Triumf tradycjonalistów jest zarazem sukcesem modernistów, choć nie wszyscy z grona tych ostatnich to rozumieją.

Skąd bierze się moje przekonanie o ryzyku, jakie niesie ze sobą sobotnie Motu Proprio? Z kilku powodów, z których pierwszy, najbardziej oczywisty, to przekonanie, że restauracja nigdy nie oznacza przywrócenia status quo. Nie da się już powrócić do liturgicznej tradycji, której niegdyś ukręcono głowę. Ludzi, dla których Tridentina była norma znaną od dziecka prawie już nie ma i dziś wszyscy niemal tradycjonaliści są tradycjonalistami z wyboru. Greckie słowo paradosis i odpowiadajace mu łacińskie traditio znaczą „przekazanie”. Ale obecnym tradycjonalistom nie miał kto przekazać Tradycji, jest to więc w gruncie rzeczy inna, nowa, choć oczywiście nie świecka, tradycja.

Drugi problem kryje się w sferze estetyki. Jednym z najsmutniejszych przejawów „ducha Soboru” był upadek katolickiej architektury sakralnej. Tymczasem liturgia trydencka była owocem wielowiekowego, organicznego rozwoju, który obejmował nie tylko teksty liturgiczne, ale również towarzyszącą akcji liturgicznej otoczkę architektoniczną. Zasada decorum obowiązuje nie tylko w literaturze, niezbędna jest również w liturgii. Wiara jest ziarnem, które wyrasta z gleby godnie sprawowanego i estetycznie zgodnego z prawdami wiary kultu. Każde zubożenie czy zeszpecenie przestrzeni liturgicznej odbija się na jakości samej liturgii. Wiem to z własnego doświadczenia, gdyż bywam czasem na polskojęzycznych liturgiach prawosławnych sprawowanych przez o. Henryka Paprockiego w kaplicy polskokatolickiej przy ul. Wilczej (tak tak, to co można w Białymstoku celebrować w cerkwi, w Warszawie spychane jest do wypożyczanej po ekumenicznej znajomości kaplicy semi-protestantów). Liturgia prawosławna odprawiana w takim wnętrzu wyraźnie zgrzyta i nic dziwnego, że w tej kaplicy nie przestrzega się dokładnie rubryk liturgicznych, na takie genius loci ciężko coś zaradzić. Co zatem stanie się, jeśli Tridentina zacznie być odprawiana w typowym kościele z blokowiska, którego wystrój przypomina baptystyczny dom modlitwy z Alabamy z dorzuconą na okrasę Drogą Krzyżową w formie awangardowych drzeworytów? W kościołach, w których nie ma tradycyjnych ołtarzy? W kościołach, gdzie godzinę przed Tridentiną odprawiono infantylną Mszę dla dzieci? Podejrzewam, że to właśnie Tridentina, jako ryt „słabszy”, mniej znany, wręcz „ezoteryczny” dla większości kapłanów, będzie bardziej podatna na modernistyczne zniekształcenia.

„Legalizacja” starej liturgii stawia wreszcie tradycjonalistów przed niełatwym problemem. W ich gronie jest nadal wiele osób, dla których Mszał Rzymski z 1962 roku nie jest jedną z komplementarnych form, w jakich manifestuje się katolicka tradycja, ale stanowi najpełniejszy teologicznie, wręcz jedyny autentyczny, wyraz wiary katolickiej. Ci ludzie raczej nie kupią oficjalnej retoryki o dwóch równoprawnych, lecz pięknie się różniących rytach, tymczasem tego właśnie oczekuje się od nich po publikacji Motu Proprio. Tradycjonaliści, otrzymawszy wreszcie z dawna oczekiwany dar wolności liturgicznej, powinni zarazem przyznać, że w Kościele rzymskokatolickim istnieją dwie formy liturgiczne, obydwie w tym samym stopniu ważne i czcigodne, z których jedni ludzie preferują typ A zaś inni wolą typ B.

W tym właśnie widzę ukryte zwycięstwo modernistów a raczej modernizmu. Motu Proprio otwiera bowiem drogę do sytuacji znanej już od wielu lat u amerykańskich metodystów i luteran, którzy oferują swoim wiernym niedzielne nabożeństwa w formie „nowoczesnej” lub „tradycyjnej”. Zjawisko takie można nazwać konsumeryzmem religijnym. Ksiądz może odprawiać sobie cichą Tridentinę a dla owieczek Novus Ordo albo na odwrót. Laik może ustalić sobie grafik liturgiczny: Tridentina raz w miesiącu i w większe święta, w pozostałe niedziele Novus Ordo. Przekonanie, że w liturgii chrześcijańskiej można sobie przebierać dla własnej wygody, że istnieją „tradycyjne” i „współczesne” formy liturgii, równie dobre dla „dobrych chrześcijan” jest z gruntu modernistyczne. Akceptując takie warunki tradycjonaliści zmuszeni są przyznać, choćby implicite, że Novus Ordo jest rytem nie tylko ważnym, (na co większość raczej przystaje), ale równie dobrym, co ryt trydencki.

Wystrzelona z Watykanu piłka znalazła się na tradycjonalistycznej stronie boiska. Chcieliście, to macie, zobaczymy ilu was naprawdę jest i ile zdołacie zrobić. Mam nadzieję, że w Kościele katolickim środowiska zaangażowanych w „walkę o sprawę” tradycjonalistów i modernistów nie zdołają rozpętać cichej wojny podjazdowej. Się zobaczy.

.

poniedziałek, lipiec 09, 2007

Po lekturze Twardocha (prawie bez spoilerów)

.

To nie będzie recenzja, tylko kilka krótkich refleksji z lektury. W minionym tygodniu wolny czas przeznaczyłem na czytanie dwóch powieści Szczepana Twardocha. Słowo czytanie nie oddaje zresztą charakteru chwil, które spędziłem nad tymi książkami. Ze „Sternbergiem” mocowałem się bity tydzień, „Epifanię wikarego Trzaski” pochłonąłem w jeden dzień z niedużym okładem. Obydwie warto przeczytać, szczególnie „Epifanię”.

"Sternberg" bazuje na znakomitym pomyśle. Co by się stało, gdyby Wielka Rewolucja nie wydarzyła się we Francji lecz w Austrii? Burke napisałby wtedy „Reflections on the revolution in Austria” a Antoine de Rivarol byłby tajnym agentem francuskim w ogarniętej rewolucyjnym chaosem Austrii. „Szuani” i „brygandzi” walczyliby gdzieś na Górnych Węgrzech. Na pewno wydarzyłoby się też wiele innych rzeczy. O nich właśnie jest „Sternberg”. Ta powieść to literacka wiwisekcja rewolucji w jej politycznym i ideologiczny aspekcie, doskonały opis mechaniki politycznego przewrotu i następujących po nim kolejnych starć o władzę. Szczegółowy opis przygotowań do zamachu stanu, jaki szykują dwaj bohaterowie powieści należy do jej najmocniejszych punktów, podobnie jak nakreślone z malarską wrażliwością wiedeńskie bachanalia następujące po obaleniu rządów austriackiego jakobina Kleiderpetera.

A jednak uważam, że „Sternberg” jako powieść jest zarazem sukcesem i porażką. Sukcesem, bo trudno dziś w Polsce o pisarza, który poruszałby tematy tak istotne i który poruszałby się w tych tematach z większym znawstwem niż Szczepan Twardoch. Samo odnajdywanie ukrytych w tekście odniesień do historycznych postaci i wydarzeń daje czytelnikowi wielką przyjemność a liczne powieściowe dygresje nie rażą dydaktyzmem. Porażką, bo kiedy w książce tematem staje się Wielka Historia, dzieje się to z uszczerbkiem dla małych historii powieściowych bohaterów. „Sternbergowi” brakuje (ale, podkreślam, to tylko moje wrażenie z lektury) wyrazistych bohaterów, ludzi, których można by się uczepić w wędrówce przez książkę. Alexander von Sternberg i epizodyczny Honza Miltag to zbyt mało na niemal trzystustronicowy tekst. Dlatego wydał mi się „Sternberg” czymś bliższym fabularyzowanego szkicu historycznego niż prawdziwej powieści a jego bohaterowie raczej personifikacjami różnych postaw moralnych w obliczu rewolucji niż ludźmi z krwi i kości. W każdym razie płynie ze „Sternberga” nauka, że po rewolucji nic nie jest takie jak przedtem a restauracja jest niemożliwa. Dobra to lekcja dla Latin-Tradsów radujących się z papieskiego motu proprio ale o tym napiszę wkrótce w oddzielnej notce.

"Epifania wikarego Trzaski” spodobała mi się znacznie bardziej. Twardochowi bardzo udają się opowieści osadzone w rodzimych śląskich realiach. Tak było ze znakomitym „Cudem domu brandenburskiego”, tak jest i teraz. W tej powieści nie ma Wielkiej Historii, są za to znakomici, żywi i wiarygodni bohaterowie: zagubiony młody wikary - niespełniony kościelny intelektualista, starzejący się i umęczony posługą proboszcz, dziennikarka z antykościelnego szmatławca, makiawelistyczni książęta Kościoła, prawicowcy starego i nowego typu a w tle opisany zarazem z miłością i bez cienia sentymentu śląski lud. Jest w „Epifanii” i „gra teczkami” i konflikt pokoleń i mnóstwo celnych socjologicznych obserwacji śląskiej i ogólnopolskiej codzienności, wszystko to jednak przeplata się znakomicie z wątkiem nadnaturalnym, rozpoczynającym się od niezwykłej epifanii, jaka miała miejsce w szafie w zimnym pokoiku wikarego Trzaski na plebanii w Drobczycach.

Bogislav i zwichrowany Kocik to chyba najciekawsze postacie jakie dotąd udało się stworzyć Twardochowi. Niektóre fragmenty powieści, choćby dzieje starej gospodyni Aldony, pokazują że talent literacki Szczepana Twardocha rozkwita tam, gdzie pochyla się on nad swoimi bohaterami bardziej niż nad historią, która ukształtowała ich losy. W „Sternbergu” – przypuszczam, że taki był zamiar autora – właściwie nie pojawia się Bóg. W „Epifanii” odwrotnie, Bóg jest stale choć w sposób niewidzialny, obecny. W „Sternbergu” nie ma dla nikogo odkupienia, „Epifania” właśnie o odkupieniu opowiada, przy czym w sposób jednocześnie nowatorski i tradycyjny.

Dwie wydane powieści na koncie sytuują Szczepana Twardocha na literackim rozdrożu. Ma on już pióro, które pozwoliłoby mu zaistnieć jako opowiadający zajmujące historie „paperback writer”, ale jego intelektualny potencjał i literackie fascynacje pchają go w zupełnie innym kierunku. Bardzo jestem ciekaw jego następnej powieści, którą podobno zaczął już pisać.


.

wtorek, lipiec 03, 2007

Varia 3-VII-2007

.

Dziwne, ale po raz drugi linkuję na Studionie internetowe wydanie Spiegla. Każdy kto ma słabość do hitlerowskich artefaktów, loży Annenherbe, ezoterycznych nazistów i podobnych ciekawostek niech przeczyta ten artykuł.
.
Z linków poważniejszych polecam znakomite opracowanie grekokatolickiego mnicha z Kalifornii poświęcone różnicom w teologii sakramentów we wschodnim i zachodnim chrześcijaństwie.
.
.
.