poniedziałek, październik 29, 2007

Mateczka Europa w uścisku dialektycznego upiora

.


Teza Carla Schmitta, że wszystkie nowoczesne terminy polityczne są zsekularyzowanymi pojęciami teologicznymi stała się już czymś w rodzaju prawdy objawionej. Nie mam zamiaru z nią polemizować, gdyż jestem przekonany, że czołowy jurysta III Rzeszy a pośmiertnie USA, miał rację, poza tym nie jest dobrze podważać prawdy objawione. Uważam też, że tezę Schmitta dałoby się zastosować do analizy sfer zupełnie innych niż świat politycznych pojęć, np. do współczesnej nauki a raczej do otaczającej ją ideologicznej otoczki czy też pasożytniczej narośli znanej pod nazwą scjentyzmu, progresywizmu lub determinizmu.

Każdy, kto miał choćby przelotny kontakt z Jaśnie Panią Akademią, przyzna, że jest to miejsce, w którym progresywizm i determinizm mają się jak najlepiej. Można wręcz powiedzieć, że nic im tam nie dolega. Mimo popularnej obecnie postmodernistycznej retoryki mówiącej o śmierci „wielkich narracji”, te akurat narracje nie mają obola w zanadrzu i nie wybierają się na drugą stronę Styksu. Są one nad podziw żywotne, biorąc pod uwagę ich sędziwy już wiek.

Pisałem niedawno o towarzyszącemu europejskiej myśli przekonaniu, że historia zawsze wiedzie ku lepszemu. Nie dociekając teraz źródeł tego zjawiska, chcę zwrócić uwagę na fakt, że niemal zawsze przyjmuje ono dialektyczną postać. Dialektyczny światopogląd to przekonanie, że w każdym systemie istnieje ciągły konflikt, napięcie i antagonizm i że te napięcia i opozycje są niezbędne, gdyż tylko dzięki nieustannemu ścieraniu się przeciwieństw pojawia się rozwiązanie, synteza dająca początek nowej, w domyśle lepszej, jakości. Jeżeli uznamy taki sposób myślenia za wystarczający do opisu całości ludzkiego działania i doświadczenia, a dziś na Zachodzie jest to w właściwie dogmat, to dojdziemy do bardzo ciekawych wniosków. Poszukiwanie syntezy za wszelką cenę nie tylko staje się jedynym możliwym sposobem rozwiązywania problemów, ale też sam proces jej poszukiwania ulega swoistej deifikacji, stając się świeckim odpowiednikiem zbawienia. Dialektyczne widzenie świata jest z gruntu deterministyczne, zakładając, że istniejące w świecie podziały i przeciwieństwa są nie tylko nieuchronne ale i najważniejsze, wręcz zbawienne dla jego losów, gdyż stanowią materiał napędowy nieustannego doskonalenia systemów społecznych, pogłębiania wiedzy itd.

Niełatwo wyjaśnić skąd w cywilizacji nazywającej się chrześcijańską rozpowszechnił się taki sposób opisywania i analizowania świata. Być może rozwiązanie tkwi właśnie w koncepcji Schmitta. Dialektyka jest sprzeczna z chrześcijaństwem ale można znaleźć jej przodków w wielu antycznych religiach i w wielu antycznych koncepcjach filozoficznych. Ci przodkowie, przemieleni w młynie sekularyzacji, wrócili pod nowymi imionami w czasach Newtona, Spinozy i Kartezjusza.

Czy można wyodrębnić jakiś dominujący prąd w myśli europejskiej w okresie, powiedzmy, od połowy XVII do połowy XX wieku? Myślę, że byłyby to różne postacie determinizmu: historycyzm (determinizm historyczny), progresywizm (determinizm nieustannego postępu), scjentyzm (determinizm nauk doświadczalnych), ewolucjonizm (determinizm biologiczny) i jeszcze wiele innych –izmów, wszystkie połączone wspólnym węzłem dialektycznego myślenia. Nawet dziś większość studentów zapytana o ważne przemiany w nauce i filozofii ostatnich stuleci wygłosi mini-wykład o historycznym i względnym charakterze większości norm, równości wszystkich kultur, biologicznej i społecznej ewolucji człowieka itp. Tym, co się liczy, jest ruch, przemiana, tworzenie „nowego” i „lepszego”, przy czym to ulepszanie i odnowa ma charakter stały i wieczny (choć są oczywiście wyjątki, np. w klasycznym marksizmie ścieranie się przeciwieństw miało ustać w komunizmie, kiedy znikną wszystkie antagonizmy klasowe, będące siła napędową przemian historycznych).

Cechą doktryn progresywistycznych jest oczywiście… niezwykle szybki progres. Za pięćdziesiąt lat aktualna wersja ewolucjonizmu będzie się bardziej różniła od współczesnych nam koncepcji Stephena Jaya Goulda niż koncepcje Goulda różnią się teraz od prac staruszka Darwina (to, co piszę, nie oznacza bynajmniej, że odczuwam jakąś sympatię dla ideologii kreacjonizmu. Wydaje mi się on odwrotną stroną tej samej progresywistycznej monety, gdyż w gruncie rzeczy, w swojej współczesnej formie, posługuje się on takimi samymi metodami, usiłując za pomocą naukowej lub pseudonaukowej analizy „danych” zajrzeć Bogu do kuchni. To jednak odrębny problem, który na razie pozostawiam na boku).

Zabobon dialektycznego determinizmu jest niezwykle trudny do pokonania, gdyż ma charakter ideologii i jak każda prawdziwa ideologia wyklucza z góry możliwość kwestionowania leżących u jego podstaw przesłanek. Eric Voegelin twierdził, że nowoczesność bazuje na paradygmacie, który tworzy przesłanki uzasadniające następnie ten paradygmat. Jej podstawowy dogmat głosi, że niekończący się ciąg dialektycznych przemian jest nieustannym marszem ku „lepszemu” i jedynie niewiele wybitnych umysłów (właśnie Voegelin, także Leo Strauss) w połowie zeszłego stulecia miało odwagę zapytać, czy przypadkiem cała ta optymistyczna konstrukcja nie jest zamkiem na piasku, czy nie jest to jedynie zbiór „mitów wspomagających”, których zadaniem jest napędzanie podążającej wciąż naprzód machiny sekularyzmu. Wydaje mi się - szczególnie w świetle doświadczeń ubiegłego stulecia - że taka diagnoza jest bliska prawdy.


.

czwartek, październik 18, 2007

Chrześcijański kamingaut wiedźmy z Edynburga

.


Tym, którzy wciąż nie mogą uwierzyć, że chrześcijaństwo było jedną z głównych inspiracji dla J.K. Rowling polecam niedawny wywiad z autorką.

(W komentarzach mała dyskusja o dez-orientacji płciowej profesora D.)


.

Islam oczami prawosławia (tekst poszerzony 21-X)


.

W ramach przybierającego na sile dialogu kultur proponuję dziś Czytelnikom Studionu krótki zarys islamu widzianego z perspektywy prawosławnej. Zaczynamy od sprawy najważniejszej czyli od znajdującego się w księgach liturgicznych „Rytu przyjęcia Saracena do najczystszej i prawdziwej wiary chrześcijańskiej”. Ryt ten, skodyfikowany w Bizancjum prawdopodobnie w połowie IX wieku, składa się z czterech części:

1/ Dwutygodniowego surowego postu katechumena, połączonego z intensywną katechezą,

2/ Publicznej, składanej w cerkwi, deklaracji woli przyjęcia wiary chrześcijańskiej przez Saracena, z zastrzeżeniem że dokonuje się to bez jakiegokolwiek przymusu, przy czym kapłan, dla podkreślenia powagi chwili, ubrany jest w pełne szaty liturgiczne,

Tuż po deklaracji następuje podkreślone anatematyzmami wyrzeczenie się wiary muzułmańskiej. Saraceński katechumen wyklina fałszywego proroka Mahometa, jego zięcia Alego, wnuków Hassana i Husajna, jego żony i oczywiście córkę Fatimę. Następnie przeklina „księgę Mahometa”, wyrzeka się fałszywej doktryny Raju, wiary w anioły wymyślone przez Mahometa, jego nauk o prorokach Starego Testamentu, stworzeniu świata i człowieka. Wyklinana jest wiara w to, że Mahomet jest klucznikiem Raju, jego nauczanie o małżeństwie, o genezie dobra i zła oraz wszystkie jego wypowiedzi dotyczące Jezusa Chrystusa. W dalszej kolejności Saracen wyrzeka się wszystkich nauk Mahometa skierowanych przeciwko chrześcijanom, wyklina dom modlitwy w Mekce wraz ze znajdującym się tam kamieniem Afrodyty oraz wyrzeka się „boga Mahometowego”, który nie jest bogiem chrześcijan.
.
Ciekawostką jest, że cesarz Manuel Paleolog, którego wypowiedź zacytowana przez Benedykta XVI wywołała w zeszłym roku sporą burzę w świecie, uchodził w Bizancjum za „gołębia” w stosunku do herezji izmaelickiej. Pod jego naciskiem sobór lokalny w Konstantynopolu zmienił tekst rytu usuwając z niego anatemę przeciwko „bogu Mahometowemu” (cesarz był zdania, że mimo błędnej doktryny, muzułmanie wierzą jednak w Boga chrześcijan) zastrzegając jednak, że robi to w ramach ekonomii kościelnej. W rzeczywistości ta poprawka nigdy nie weszła jednak do użycia, pozostając w aktach soborowych (dodane 21-X)

3/ Dzień później następuje trzecia cześć rytu. Katechumen wygłasza obszerne wyznanie wiary chrześcijańskiej, w którym obok dogmatów zawartych w Credo Niceo-konstantynopolitańskim znajdują się twierdzenia o realnej obecności Chrystusa w Eucharystii, wiecznym dziewictwie Bogurodzicy Maryi, znaku Krzyża Świętego i kulcie ikon.

4/ Bezpośrednio po wyznaniu wiary następuje chrzest i bierzmowanie.


Istnieje też inny ryt przyjęcia do Kościoła konwertyty z islamu, ułożony w Rzeczpospolitej przez św. Piotra Mohyłę. W odróżnieniu od rytu greckiego zamiast słowa „saracen” używa się tam słowa „Turek”, mniej jest tam anatematyzmów doktryny islamskiej natomiast więcej skierowanych pod adresem samego Mahometa. Z jakichś powodów wyszedł on z użycia i we współczesnych księgach liturgicznych znaleźć można tylko ryt grecki, w krajach słowiańskich w wersji zmodyfikowanej w XIII wieku przez św. Sawę Serbskiego.


Cennym źródłem dostarczającym wiedzy o islamie w perspektywie prawosławnej są teksty Ojców Kościoła i innych teologów bizantyjskich, dotyczące islamu. Palmę pierwszeństwa dzierży tu niewątpliwie św. Jan z Damaszku, wywodzący się zresztą z syryjskiego patrycjatu.


W swoim największym dziele „Źródło poznania” umieścił on obszerną krytykę wielu poglądów „izmaelickich heretyków”. Wzmianki o herezji islamskiej pojawiają się też w niektórych utworach liturgicznych św. Jana. Inni twórcy teologicznej hymnografii, w których utworach pojawia się krytyka islamu to św. Józef Hymnograf, św. Mikołaj Mistyk, św. Grzegorz Dekapolita i św. Symeon Metafrastes. Ciekawe, że o ile wcześniejsze wzmianki o islamie zdają się wskazywać, że chrześcijanie wschodni uznawali początkowo wiarę izmaelicką za rodzaj prymitywnej herezji chrześcijańskiej, o tyle późniejsza hymnografia jednoznacznie utożsamia mahometanizm z „wierzeniami barbarzyńców” i „wiarą bezbożników”.

Na końcu tej notki warto wspomnieć o tym, że mimo wielowiekowego konfliktu z islamem a później jarzma arabskiego i tureckiego, Kościół wschodni nigdy nie porzucał misji wśród muzułmanów. Szczególnie piękne karty w tej okupionej nieraz męczeństwem ewangelizacji zapisał Kościół gruziński, dzięki wysiłkom którego niemal wszyscy Osetyjczycy porzucili na początku XIX wieku islam. Także ślady misji bizantyjskich i łacińskich (od czasów krucjat) widoczne są po dziś dzień. Na Bliskim Wschodzie żyje współcześnie około 10 milionów Arabów chrześcijan, z czego jedynie garstka wywodzi się z plemion arabskich, które przyjęły chrześcijaństwo przed nadejściem islamu. W kalendarium Kościoła prawosławnego znajduje się wielu świętych – konwertytów z islamu, najbardziej znani wśród nich to św. Konstanty Agaryta, św. Ahmed Khalfa (nawrócony przez swoją nałożnicę, ukraińską brankę), św. Abu z Tbilisi, św. Piotr i Stefan z Kazania i św. Abrahamiusz Bułgarski.


.

poniedziałek, październik 15, 2007

Wschód i Zachód – ciąg dalszy

.

Z początku byliśmy zakłopotani. Ci na Wchodzie brali nas za Zachód, podczas gdy ci z Zachodu uważali nas za Wschód. Niektórzy nie potrafili zrozumieć naszego miejsca pośród pośród przecinających się prądów, krzyczeli więc że należymy do obu stron, inni zaś głosili, że znajdujemy się tylko po jednej. Powiadam Ci jednak, Ireneuszu, że nasz los to być Wschodem na Zachodzie i Zachodem na Wschodzie, uznawać tylko Niebiańskie Jeruzalem a tu na ziemi, nikogo.

Św. Sawa Serbski, List do Ireneusza (XIII w.)

.

piątek, październik 05, 2007

Barbarzyńca niszczy a turysta profanuje czyli wrześniowe itinerarium

.


Pod koniec września po raz kolejny zawędrowaliśmy na greckie wyspy, tym razem na Kos, ojczyznę Hipokratesa i trzecią co do wielkości po Rodos i Karpathos wyspę archipelagu Dodekanezu. Wypad był krótki, tygodniowy i czysto rekreacyjny (profaniczny, jak chce Davila) w charakterze. Na Kos nie ma żadnych sanktuariów, toteż skoncentrowaliśmy się na urokach greckiego słońca, greckiej kuchni i greckiego krajobrazu.

1.

Położona na wschodnim krańcu wyspy „stolica” czyli miasto Kos, okazało się miniaturową kopią miasta Rodos. Jest tu średniowieczny zamek Joannitów, tyle że w porównaniu z rodyjskim kolosem zasługujący raczej na miano zameczku, są urokliwe wąskie uliczki, gdzie tłoczą się obok siebie włoskie kamienice, bizantyjskie cerkwie i zrujnowane minarety, jest dimotiki agora (rynek ludowy czyli po prostu hala targowa), też znacznie mniejsza i mniej lewantyńska od wielkiego targu w Rodos. Duża sąsiednia wyspa jest zresztą dla mieszkańców Kos nielubianym starszym bratem. Przykład pierwszy z brzegu: w czasie naszego pobytu na Kos odbywała się akurat kontrola policji drogowej z „komendy wojewódzkiej” w Rodos. Okazuje się, że na Kos niemal nie notuje się wpływów z mandatów drogowych. Zaniepokojeni policjanci rodyjscy przyjechali więc sprawdzić czy kierowcy z Kos stali się nagle dżentelmenami szos czy też raczej opłaty od piratów drogowych spływają bezpośrednio do kieszeni miejscowej drogówki.




We wspomnianej agorze spędziliśmy sporo czasu, zagłębiając się w zakurzone, boczne półki gdzie rzadko zaglądają turyści kupujący zwykle wyłożone przy kasach kolorowe paczki suwenirów typu „miks do gyrosa”. Buszowanie przyniosło wyniki. Odnaleźliśmy m.in. rakomelo amorgion czyli słynną w Grecji rakiję-miodówkę opatów z wyspy Amorgos, konfiturę z młodych oliwek i kanelladę, lokalny specjał, rodzaj syropu uzyskiwanego z kory cynamonowej. Na koniec kupiliśmy kilka paczuszek mastyksu, najwspanialszej, obok zielonego kardamonu, przyprawy świata i aromatyzowane nim ciastka.

W dawnych czasach wyspa Chios, gdzie rosną drzewa Pistacia lentiscus, których żywica to właśnie mastyks, stanowiła obiekt rywalizacji wojennej między Genuą a Turcją. Czternaście mastichochoria (miasteczek mastyksowych) wyspy zbudowano jak małe fortece dla obrony przed piratami i złodziejami mastyksu. Niektóre ze starych i bardziej zasłużonych pracownic frontu miłości z sułtańskiego haremu otrzymywały na stare lata prawo do handlu mastyksem. Dziś ta aromatyczna żywica stosowana jest w przemyśle farmaceutycznym, perfumeryjnym (jeden z głównych składników perfum Shalimar), spożywczym (niektóre gumy do żucia) oraz do wyrobu werniksu, jednak Grecy używają „łez Chios” przede wszystkim w kuchni. W Grecji można spotkać ciastka i ciasta nasączane mastyksowym syropem, zjeść mastyksową chałwę, napić się mastyksowej kawy a nawet wódki o nazwie mastiha, która, podobnie jak ouzo, staje się biała jak mleko po rozcieńczeniu jej wodą.

Na przedmieściach miasta Kos, w otoczeniu pięknego piniowego lasu mieści się Asklepion, jedno z lepiej zachowanych skupisk antycznych ruin na greckich wyspach. Asklepion zbudowano niedługo po śmierci Hipokratesa jako kompleks zawierający świątynię Asklepiosa, szpital i miejsce rekreacji w gorących leczniczych źródłach. Jest to pierwowzór dzisiejszych ośrodków „spa and wellness”. Pan Studyta nie emocjonuje się specjalnie antycznymi ruinami jednak w Asklepionie było mu bardzo przyjemnie zaś wyobraźnia przywoływała dziejące się na Kos fragmenty powieści Waltariego „Turms nieśmiertelny”.







2.

Jedną z większych atrakcji Kos jest odległa o godzinę rejsu szybkim statkiem sąsiednia wysepka Nissiros.



Niewielka (zaledwie 40 km2) i jak na tutejsze warunki dość zielona, kryje w swoim interiorze prawdziwe „wrota piekieł”, największy na świecie aktywny krater hydrotermalny o nazwie Stefanos. Zwiedzam krater uzbrojony w butelkę piwa „Zorbas” co widać na jednym z poniższych zdjęć. Wnętrze wyspy przenika smród siarkowodoru, odczuwalny nawet w miasteczkach położonych kilkaset metrów powyżej, na szczycie wulkanicznej kaldery.




Mieszkańcy Nissiros (jest ich mniej niż półtora tysiąca) utrzymują się głównie z uprawy oliwek, cytrusów i znakomitej jakości migdałów, z których mleczka przygotowuje się orzeźwiający napój o nazwie soumada. Kto czytał „Fechtmistrza” Pereza Reverte ten powinien pamiętać pitą przez bohaterów w upalne madryckie lato orszadę, soumada to właśnie grecka odmiana migdałowej orszady. Drugim źródłem utrzymania jest praca w ogromnej odkrywkowej kopalni pumeksu na wysepce Giali. Kopalnia należy do francuskiego koncernu Lafarge, znanego z obowiązujących tam podobno nieoficjalnych antyeskimoskich „regulacji służbowych”. Lafarge wpłaca rocznie 1,5 miliona euro gminie Nissiros za zeszpecenie krajobrazu morskiego, które widać na poniższym zdjęciu:





Po wizycie w kraterze warto odetchnąć nieco świeższym powietrzem w miasteczkach położonych w górnych partiach kaldery. Nie sposób pominąć pięknej maleńkiej osady o nazwie Nikia (Nicea). Przypomina ona bardzo urokliwe miasteczka na Santorini, jednak w odróżnieniu od nich nie jest w ogóle skomercjalizowana.






Nie ma tam ani jednego sklepu ani nawet tawerny, jedynie dwa kafeniony, tradycyjne greckie kawiarenki (jeden z nich, akurat zamknięty, na zdjęciu niżej).




Nikia ma zaledwie czterdziestu dwóch stałych mieszkańców, w większości emerytowanych marynarzy z żonami, które na starość mogą wreszcie mieć swoich mężów cały rok w domu, mieszka tam też jedna młoda rodzina z dwójką małych dzieci. Można tu znaleźć piękne przykłady choklakia, tradycyjnej egejskiej mozaiki z morskich otoczaków:



W miasteczku modlę się chwilę w lokalnej kaplicy po czym orzeźwiam się soumadą i kolejnym piwem, podziwiając widok na krater Stefanos:



Jak to w Grecji, nie może też zabraknąć kotów:







Po dłuższej chwili wracam na dół, odwiedzając na pół wymarłą wieś Emborio zbudowaną na gorących źródłach. W tawernie w Mandraki (port i największe miasteczko na wyspie) przed powrotem na Kos zjadam jeszcze talerz podsmażonych na oliwie garidaki simiotiko, znakomitych krewetek łowionych w pobliżu wyspy Symi.

Za pozorną sielanką jaka narzuca się na pierwszy rzut oka, kryje się prawda o trudnym życiu na małych śródziemnomorskich wysepkach, o którym większość turystów ma niewielkie pojęcie. Prąd i połączenie telefoniczne ma Nissiros dzięki podwodnym kablom ciągniętym z Kos. Stamtąd też dostarcza się wodę pitną (kosztuje 6 euro za metr sześcienny) gdyż lokalne źródła używane są głównie do nawadniania gajów oliwnych i migdałowych. Raz w tygodniu przypływa na wyspę wodolot medyczny z Rodos, wtedy można się zbadać, kupić leki (wodolot jest jednocześnie apteką) bądź w skrajnym przypadku popłynąć do szpitala. W inne dni tygodnia trzeba kombinować własny transport aby przewieźć chorego lub np. ciężarną kobietę, co w czasie wietrznych zimowych miesięcy bywa bardzo trudne. Na wyspie nie ma żadnych szkół więc wszystkie dzieci uczą się na Kos, mieszkając u krewnych lub w rodzinach wolontariuszy związanych z charytatywnymi organizacjami Kościoła prawosławnego. Z drugiej strony wyspa pozbawiona jest hałaśliwych tłumów euromężczyzn i eurokobiet, masowo odwiedzających kompleksy turystyczne od Słupów Herkulesa po Cypr.


3.


Południowo-zachodnią cześć wyspy Kos zajmuje masyw górski Dikaios o wysokości mniej więcej naszych Pienin. Na północnych zboczach Dikaios położonych jest pięć urokliwych wiosek, z których najsłynniejsza jest Zia. W odróżnieniu od Nissiros w Zia komercja kwitnie na całego, wieś jest ewidentnie nastawiona na zyski z turystyki, lecz mimo to wśród mnóstwa tandetnych pamiątek zapełniających kilkadziesiąt tutejszych sklepików znaleźć można całkiem dużo autentycznych lokalnych wyrobów (piękna ceramika i wyroby ze skóry, domowa oliwa i miód tymiankowy, mydło oliwne, czerwony, dojrzewający w winie owczy i kozi ser). W Zia postanawiamy zjeść obiad w tawernie o nazwie „Oromedon”, która przyciąga naszą uwagę dużą ilością przesiadujących w niej Greków i trzypiętrowym tarasem, z którego widać i góry i morze. Dopiero później przypadkowo dowiadujemy się, że tawerna ta posiada jakieś europejskie wyróżnienie turystyczne, jadali tu prezydenci Grecji, Turcji a nawet niejaki Bill Clinton.




Na stole lądują ośmiornica w pikantnej zalewie z octu, oliwy i oregano, delikatny warzywno-serowy placek hortopitta, saganaki (smażony kozi ser), szaszłyczki z kurczaka i wiejska sałatka posypana obficie tutejszą bardzo ostrą odmianą roszponki. Na deser wybieramy ravani, delikatne jak puch ciasto nasączane migdałowym syropem, które bierze swoją nazwę od perskiego poety z XVI wieku i katimeria, racuszki z ciasta filo i sera polane miodem z cynamonem, w dawnych czasach spożywane przede wszystkim jako tradycyjna potrawa w tygodniu seropustnym poprzedzającym Wielki Post.

Poziom kuchni w „Oromedonie” okazał się niezwykle wysoki a obiad jakim się tam uraczyliśmy to jedno z niezapomnianych doświadczeń tradycyjnej greckiej kuchni i śródziemnomorskiego dolce far niente. I tym właśnie, sybaryckim akcentem, kończę niniejszą krótka relację z Grecji.





.

wtorek, październik 02, 2007

Problem z Zachodem

.



Od czasu do czasu spotykam się na Forum Frondy i w innych miejscach z krytyką krytyki Zachodu formułowanej przez prawosławnych teologów i myślicieli. W tym fakcie nie ma oczywiście nic złego. Wydaje mi się jednak, że czasem tak wschodni krytycy Zachodu jak i zachodni krytycy wschodnich krytyków Zachodu wpadają w pułapkę tych samych intelektualnych stereotypów. O tym właśnie zamierzam dziś napisać parę słów.

Zacząć trzeba od prostego stwierdzenia, że krytyka „Zachodu” przez „Wschód” odbywa się w ramach i z użyciem narzędzi i metod intelektualnych, które przywykliśmy nazywać zachodnimi. Kiedy teologowie tacy jak Fłorowski, Romanides, Yannaras dokonują krytyki pewnych elementów teologii rzymskokatolickiej lub kultury zachodniej, to czynią to na sposób zachodni: dwaj pierwsi w mistrzowski sposób posługują się metodami zachodniej krytyki historycznej zaś Yannaras umiejętnie łączy postulaty teologii patrystycznej z elementami filozofii Heideggera i niektórych założeń poststrukturalizmu. Można więc powiedzieć, że mamy do czynienia ze sporem, który toczy się w ramach wielkiej zachodniej rodziny, tak wielkiej, że niektórzy jej członkowie zapominają lub całkiem zapomnieli o łączącym ich pokrewieństwie.

Społeczny i kulturowy mit założycielski cywilizacji Nowego Rzymu, opisany genialnie przez Runcimana w jego „Teokracji bizantyjskiej” nie uległ większym korektom przez ponad tysiąc lat, aż do upadku Konstantynopola. W przeciwieństwie do tej względnej stałości etosu bizantyjskiego na Zachodzie Europy począwszy od X wieku mamy serię rewolt kulturowych: reformy kluniackie, zachłyśnięcie się arystotelizmem, nominalizm, Reformacja i Kontrreformacja, Odrodzenie konstruujące sobie Nowy Antyk według własnego widzimisię, Oświecenie i wszystko, co się z niego urodziło, wreszcie współczesny nam postmodernizm. Mimo tej istotnej różnicy nie sądzę, żeby można było bez popadnięcia w totalne uproszczenia mówić o „bizantyjskim (greckim) Wschodzie” i „łacińskim Zachodzie”. Są to raczej dwie połowy Zachodu: poszukujący harmonii i nieraz ześlizgujący się w stagnację Zachód „wschodni” i bardziej dynamiczny Zachód „zachodni”. Łączy je Jerozolima i wspólna kultura filozoficzna wywodząca się ze starożytnej Grecji i więź ta jest na tyle silna, że niweluje większość powstałych w biegu historii przeciwieństw. Obie połówki są do siebie bardziej podobne niż chcą to przyznać.

Żyjemy w czasach, w których nie da się już sformułować nowatorskiej krytyki zachodniej cywilizacji. Zachód – niezależnie od tego, co ukryjemy za tym semantycznym parawanem – został już dogłębnie skrytykowany z każdej możliwej strony. Być może jedynym nurtem intelektualnym, który pokusił się o krytykę Zachodu za pomocą metod i narzędzi niezachodnich jest tradycjonalizm integralny, przynajmniej w pracach niektórych jego przedstawicieli, ale i tego nie jestem pewien.

Ów zmysł samokrytyczny, ustawiczna niespokojna introspekcja (ciekawe, jak wielki wpływ na kształtowanie się tego zmysłu mają fundamentalne dla łacińskiej kultury „Wyznania” św. Augustyna), ma swoją ciemna stronę. Jest nią towarzyszący europejskiej myśli progresywizm, przekonanie, że historia zawsze wiedzie ku lepszemu. Trzy epoki Joachima z Fiore, odpowiadające trzem Boskim Osobom Trójcy, wieki Złoty, Ciemny i Odrodzenia Petrarki a później Gibbona, heglowskie teza, antyteza i synteza, Comte z jego podziałem dziejów ludzkości na okres zabobonu, metafizyki i nauki, wreszcie ugruntowany we współczesnej historiografii absurdalny podział historii na starożytną, średniowieczną i współczesną, wszystko to są przejawy tego samego, niespokojnego ducha „Zachodu” który od wieków poszukuje odpowiedzi na pytanie czym właściwie jest.

Jeśli istnieje dziś jakiś wspólny mianownik dla rożnych zachodnich prądów intelektualnych, to jest nim pytanie: co i dlaczego poszło źle? Romantyczni socjaldemokraci i niedobitki ideowych chadeków, feministki, chrześcijańscy tożsamościowy, zwolennicy Europy Stu Flag, imperioeuropejczycy, neomarksiści, trockiści, ci konserwatyści, którzy chcą konserwować coś innego poza partyjnymi przywilejami, monarchiści, libertarianie, anarchiści, dystrybucjoniści, neotomiści, postkantyści i poststrukturaliści, ordoliberałowie i wielu innych - wszyscy oni dokonują wiwisekcji Zachodu poszukując odpowiedzi na to pytanie. W tym sensie buntownikami przeciwko współczesności są nie tylko rewolucyjni reakcjoniści ale również postmoderniści tacy jak Foucault czy Derrida. A skoro nad takim pytaniem łamią sobie głowy najróżniejsi myśliciele „Zachodu” to dlaczego nie mogą się nim zająć także myśliciele „Wschodu”, którzy stykają się w końcu z tymi samymi problemami tyle, że widzą i oceniają je na swój sposób.

Trzeba zatem powiedzieć, że zarówno prawosławna krytyka Filioque lub antropologii św. Augustyna jak i formułowane przez ortodoksów takich jak Leontiew czy Rozanow krytyczne diagnozy „zachodniego Zachodu” nie są przejawem jakiegoś starcia cywilizacji lecz elementem ukochanego od wieków przez Europejczyków zajęcia, jakim jest konstruktywne lub jałowe ob… własnego gniazda.

A czym jest prawdziwy Zachód? Czy istnieje gdzieś w mrowiu „zachodów” fałszywych, ukryty niczym drogocenny kamień w stosie bezwartościowych świecidełek? Na to pytanie niech każdy czytelnik tej notki poszuka odpowiedzi sam.




.

Reaktywacja

.

Internetowy (na razie) znajomy Freemind założył ostatnio internetowy magazyn "Anarcha". Gospodarz "Anarchy" zaproponował mi współpracę, na dobry poczatek zawisł tam mój wielkopostny wpis ze Studionu poświęcony estetyce i ikonografii. Mam nadzieję, że w miarę możliwości zagoszczę na Anarsze częściej.

Inny z moich starych tekstów, opublikowany przed laty w „Stańczyku” esej geopolityczny „Wielka Wojna Kontynentów. Rozważania o konflikcie żywiołów, atlantyzmie i eurazjatyzmie” zagościł na stronach Twórcowni Lach. Dziś napisałbym ten tekst zupełnie inaczej (szczególnie jego trzecią część) ale niech sobie wisi, po ośmiu latach od publikacji spotykam coraz więcej ludzi, którzy się nim w jakiś sposób inspirowali, podczas gdy w odległym 1999 spotykałem głównie krytyków.



.