Mateczka Europa w uścisku dialektycznego upiora
.
Teza Carla Schmitta, że wszystkie nowoczesne terminy
polityczne są zsekularyzowanymi pojęciami teologicznymi stała się już czymś w rodzaju prawdy objawionej. Nie mam zamiaru z nią polemizować, gdyż jestem przekonany, że czołowy jurysta III Rzeszy a pośmiertnie USA, miał rację, poza tym nie jest dobrze podważać prawdy objawione. Uważam też, że tezę Schmitta dałoby się zastosować do analizy sfer zupełnie innych niż świat politycznych pojęć, np. do współczesnej nauki a raczej do otaczającej ją ideologicznej otoczki czy też pasożytniczej narośli znanej pod nazwą scjentyzmu, progresywizmu lub determinizmu.Każdy, kto miał choćby przelotny kontakt z Jaśnie Panią Akademią, przyzna, że jest to miejsce, w którym progresywizm i determinizm mają się jak najlepiej. Można wręcz powiedzieć, że nic im tam nie dolega. Mimo popularnej obecnie postmodernistycznej retoryki mówiącej o śmierci „wielkich narracji”, te akurat narracje nie mają obola w zanadrzu i nie wybierają się na drugą stronę Styksu. Są one nad podziw żywotne, biorąc pod uwagę ich sędziwy już wiek.
Pisałem niedawno o towarzyszącemu europejskiej myśli przekonaniu, że historia zawsze wiedzie ku lepszemu. Nie dociekając teraz źródeł tego zjawiska, chcę zwrócić uwagę na fakt, że niemal zawsze przyjmuje ono dialektyczną postać. Dialektyczny światopogląd to przekonanie, że w każdym systemie istnieje ciągły konflikt, napięcie i antagonizm i że te napięcia i opozycje są niezbędne, gdyż tylko dzięki nieustannemu ścieraniu się przeciwieństw pojawia się rozwiązanie, synteza dająca początek nowej, w domyśle lepszej, jakości. Jeżeli uznamy taki sposób myślenia za wystarczający do opisu całości ludzkiego działania i doświadczenia, a dziś na Zachodzie jest to w właściwie dogmat, to dojdziemy do bardzo ciekawych wniosków. Poszukiwanie syntezy za wszelką cenę nie tylko staje się jedynym możliwym sposobem rozwiązywania problemów, ale też sam proces jej poszukiwania ulega swoistej deifikacji, stając się świeckim odpowiednikiem zbawienia. Dialektyczne widzenie świata jest z gruntu deterministyczne, zakładając, że istniejące w świecie podziały i przeciwieństwa są nie tylko nieuchronne ale i najważniejsze, wręcz zbawienne dla jego losów, gdyż stanowią materiał napędowy nieustannego doskonalenia systemów społecznych, pogłębiania wiedzy itd.
Niełatwo wyjaśnić skąd w cywilizacji nazywającej się chrześcijańską rozpowszechnił się taki sposób opisywania i analizowania świata. Być może rozwiązanie tkwi właśnie w koncepcji Schmitta. Dialektyka jest sprzeczna z chrześcijaństwem ale można znaleźć jej przodków w wielu antycznych religiach i w wielu antycznych koncepcjach filozoficznych. Ci przodkowie, przemieleni w młynie sekularyzacji, wrócili pod nowymi imionami w czasach Newtona, Spinozy i Kartezjusza.
Czy można wyodrębnić jakiś dominujący prąd w myśli europejskiej w okresie, powiedzmy, od połowy XVII do połowy XX wieku? Myślę, że byłyby to różne postacie determinizmu: historycyzm (determinizm historyczny), progresywizm (determinizm nieustannego postępu), scjentyzm (determinizm nauk doświadczalnych), ewolucjonizm (determinizm biologiczny) i jeszcze wiele innych –izmów, wszystkie połączone wspólnym węzłem dialektycznego myślenia. Nawet dziś większość studentów zapytana o ważne przemiany w nauce i filozofii ostatnich stuleci wygłosi mini-wykład o historycznym i względnym charakterze większości norm, równości wszystkich kultur, biologicznej i społecznej ewolucji człowieka itp. Tym, co się liczy, jest ruch, przemiana, tworzenie „nowego” i „lepszego”, przy czym to ulepszanie i odnowa ma charakter stały i wieczny (choć są oczywiście wyjątki, np. w klasycznym marksizmie ścieranie się przeciwieństw miało ustać w komunizmie, kiedy znikną wszystkie antagonizmy klasowe, będące siła napędową przemian historycznych).
Cechą doktryn progresywistycznych jest oczywiście… niezwykle szybki progres. Za pięćdziesiąt lat aktualna wersja ewolucjonizmu będzie się bardziej różniła od współczesnych nam koncepcji Stephena Jaya Goulda niż koncepcje Goulda różnią się teraz od prac staruszka Darwina (to, co piszę, nie oznacza bynajmniej, że odczuwam jakąś sympatię dla ideologii kreacjonizmu. Wydaje mi się on odwrotną stroną tej samej progresywistycznej monety, gdyż w gruncie rzeczy, w swojej współczesnej formie, posługuje się on takimi samymi metodami, usiłując za pomocą naukowej lub pseudonaukowej analizy „danych” zajrzeć Bogu do kuchni. To jednak odrębny problem, który na razie pozostawiam na boku).
Zabobon dialektycznego determinizmu jest niezwykle trudny do pokonania, gdyż ma charakter ideologii i jak każda prawdziwa ideologia wyklucza z góry możliwość kwestionowania leżących u jego podstaw przesłanek. Eric Voegelin twierdził, że nowoczesność bazuje na paradygmacie, który tworzy przesłanki uzasadniające następnie ten paradygmat. Jej podstawowy dogmat głosi, że niekończący się ciąg dialektycznych przemian jest nieustannym marszem ku „lepszemu” i jedynie niewiele wybitnych umysłów (właśnie Voegelin, także Leo Strauss) w połowie zeszłego stulecia miało odwagę zapytać, czy przypadkiem cała ta optymistyczna konstrukcja nie jest zamkiem na piasku, czy nie jest to jedynie zbiór „mitów wspomagających”, których zadaniem jest napędzanie podążającej wciąż naprzód machiny sekularyzmu. Wydaje mi się - szczególnie w świetle doświadczeń ubiegłego stulecia - że taka diagnoza jest bliska prawdy.
.




