. 
Opublikowany kilka dni temu
dokument będący owocem pracy prawosławno-
katolickiej
Międzynarodowej Komisji Teologicznej wywołał w ostatnich dnia sporo zamieszania. W Polsce było ono stosunkowo małe, taka już nasza lokalna specyfika, że istotne problemy teologiczne funkcjonują poza głównym nurtem zarówno polskiego katolicyzmu jak i prawosławia a za wybitnych teologów robią u nas całkiem przeciętny w skali światowej apologeta o. Jacek Salij i lubelski mikro-herezjarcha o. Wacław Hryniewicz.
Przejdźmy jednak do rzeczy. Dokument z Rawenny z pewnością warto przeczytać, uważam jednak, że wbrew efektownemu opakowaniu retorycznemu, jest on wzorcowym przykładem skostnienia współczesnego dialogu ekumenicznego i trapiących go bolączek. Czytając pewne fragmenty raweńskiego dokumentu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jego współredaktorem był pewien
doradca króla Theodena z Rohanu, zwany Grimą lub Gadzim Językiem.
Na początku jednak trzeba poczynić pewne uściślenie. Prawosławni nie negują specyficznego miejsca katedry rzymskiej w czasach przed schizmą. Biskup Rzymu w I tysiącleciu nie był wtedy ani „wyłącznie honorowym” primus inter pares ani kimś, kim jest obecnie czyli „superbiskupem” skupiającym pełnię władzy doktrynalnej i administracyjnej. To prawda, że biskup Rzymu, dawnej stolicy Imperium i miejsca śmierci św. św. Piotra i Pawła (a więc apostoła Żydów i apostoła pogan) uznawany był za strażnika ortodoksji o specjalnym charyzmacie. Można tu podać dość wczesny, bo z III wieku, przykład działań aleksandryjskiego patriarchy Aleksandra, który rozwiązał sprawę herezji głoszonych przez Orygenesa osobiście, jednak wysłał do biskupa Rzymu list powiadamiający go o niebezpiecznych doktrynach głoszonych przez wielkiego egzegetę. Św. Cyprian z Kartaginy pisał, że każdy biskup uczestniczy jako stróż prawdziwej wiary w charyzmacie św. Piotra. Póki Rzym trwał w ortodoksji, póty jedność z nim uznawana była za widzialny znak jedności Kościoła, choć nie był to znak jedyny i najważniejszy. Dodatkowo dla pozostałych patriarchatów było jasne, że ów charyzmat przynależy katedrze a nie zasiadającemu na niej biskupowi. Przykład papieża Honoriusza, wyklętego imiennie przez VI Sobór Powszechny za głoszenie herezji monoteletyzmu, jest tego potwierdzeniem.
Najwyższym autorytetem w dziedzinie doktryny papież wówczas nie był. Tę rolę pełniły sobory powszechne, z których cześć zwołano bez wiedzy albo nawet wbrew woli papieży. Nie miejsce tutaj na przywoływanie anty- i propapieskich precedensów z zamierzchłych wieków. Obydwie zainteresowane strony znajdą w przeszłości argumenty na potwierdzenie słuszności swojej eklezjologii. Gdyby było inaczej, nie byłoby przecież sporu. Naprawdę istotny jest jednak fakt, że kształt Kościoła w I tysiącleciu nie może być dla nas dziś modelem jedności z prostego powodu, iż ówczesny świat chrześcijański z jego cesarstwem,
pentarchią patriarchatów z Rzymem na czele i związaną z nią hierarchią prymatów (zob. paragrafy 43 i 44 dokumentu) nijak ma się do warunków dzisiejszych. Innymi słowy prymat czy też jego forma, jest problemem teologicznym, nie historyczno-jurysdykcyjnym a wszelkie historyczne rozwiązania mogą mieć dla rozwiązania tego problemu charakter wyłącznie pomocniczy.
Wracam teraz do treści dokumentu z Rawenny. Dlaczego sadzę, że czai się w nim retoryka Grimy? Mówiąc najprościej z tego powodu, że pewne jego fragmenty zawierają stwierdzenia ewidentnie fałszywe, jednak przedstawione za pomocą akrobatyki słownej w sposób nadający im pozór prawdziwości. Anglojęzycznych czytelników zachęcam do przeczytania paragrafu 39, który stwierdza, że od czasów Wielkiej Schizmy nie dało się już zwoływać autentycznych Soborów Powszechnych „w ścisłym znaczeniu tego terminu”, choć pewne z późniejszych soborów zostały za takie uznane na Zachodzie.
Jak rozumieć taką deklarację? Dla tradycyjnego katolika jest to wywieszenie przez Rzym białej flagi wobec żądań schizmatyków. Dla koncyliacyjnie nastawionego katolickiego „posoborowego liberała” wyciagnięcie ręki do „braci odłączonych”. Z punktu widzenia prawosławia zdanie to jest po prostu fałszywe, gdyż – mimo faktu, że żaden z późniejszych soborów nie uzyskał na Wschodzie miana powszechnego – Kościół posiada liczne definicje dogmatyczne przyjęte przez sobory chronologicznie późniejsze (Konstantynopol 879 i trzy sobory palamickie w połowie XIV wieku). Definicje te mają odzwierciedlenie w podstawowym dokumencie dogmatycznym, tzw.
Synodikonie Ortodoksji oraz tekstach liturgicznych, co dowodzi, że Kościół po schizmie nadal dogmatyzował w sposób soborowy powszechne prawdy wiary a więc łączność z Rzymem nie jest warunkiem
sine qua non takiej dogmatyzacji.
Bliższe spojrzenie na paragraf 39 pokaże zarazem, że także z punktu widzenia teologii katolickiej nie jest on niczym więcej jak grzecznościową mową-trawą. Czy ktokolwiek ze świadomych swojej wiary rzymskich katolików naprawdę wierzy, że Sobór Trydencki albo, dajmy na to, Vaticanum I są jedynie generalnymi synodami Kościoła rzymskiego pozbawionymi waloru powszechności „w ścisłym znaczeniu tego terminu”? Czy naprawdę takie jest zdanie papieża Benedykta XVI, kardynała Kaspera albo obecnego prefekta Kongregacji Doktryny Wiary abp Williama Levady? Czy są ono gotowi uznać definicje dogmatyczne tych soborów za
teologumeny? Jestem przekonany, że tak nie jest. Zatem to, co zapisano w rzeczonym paragrafie kłóci się zarówno z rzymsko-katolicką jak i prawosławną eklezjologią. Mowa-trawa miewa swoje zastosowania w codziennym życiu, jednak tam, gdzie zbierają się wyznawcy Chrystusa aby poszukiwać prawdy, lepiej nie sięgać po ten środek wyrazu.
Negator, jeden z najbardziej cenionych przeze mnie dyskutantów na
Forum Frondy napisał niedawno o Rawennie:
„Chyba daje się pomyśleć sobór powszechny z udziałem biskupów prawosławnych, podczas którego wszystkie dogmaty Kościoła zostaną uroczyście potwierdzone, BEZ ZMIANY ICH WŁAŚCIWEGO ZNACZENIA, ale w szacie słownej, która będzie do zaakceptowania przez Kościoły prawosławne i która uniemożliwi ich interpretację niezgodną z Tradycją (z dużym naciskiem położonym na słowo "Tradycja" - w rozumieniu św. Wincentego z Lerynu)”.
Co wynika z powyższego zdania? Albo autor jest zdania, że dzielące nas różnice mają charakter semantyczny nie ontologiczny, czemu jednak zaprzecza teologia jego własnego Kościoła, albo też uważa, że w pewnych sytuacjach prawdę można zawoalować za pomocą „szaty słownej” (czyt. zasłony dymnej). Nie zamierzam wytykać koledze z forum niekonsekwencji w poglądach i być może błędnie odczytuje jego intencje. Jego wypowiedź przytoczyłem tylko po to, by wskazać, jak trudnym zadaniem jest sensowna dyskusja o zjednoczeniu podzielonych chrześcijan.
Na marginesie Rawenny mam jeszcze kilka uwag. Pierwsza z nich dotyczy incydentu z delegacją rosyjskich teologów. Jak zwykle największe cięgi za antyekumenizm zebrał patriarchat moskiewski. W Polsce w sumie nie powinno to dziwić, warto jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie:
1/ W łonie prawosławia istnieje prestiżowy spór między patriarchatem ekumenicznym a patriarchatem moskiewskim. Jest to zrozumiałe o tyle, że PM to około 70% wiernych Kościoła podczas gdy upokorzony przez rząd turecki Konstantynopol utrzymuje się na powierzchni właściwie tylko dzięki swojej licznej i bogatej
Archidiecezji Amerykańskiej oraz greckiej diasporze w Europie Zachodniej i Australii. Konstantynopol nawiązuje do
Prymatu-Takiego-Jaki-Był-W-I-Tysiącleciu™ (napomykając przy okazji, że po schizmie łacińskiej znaczna część prerogatyw Starego Rzymu przynależy obecnie jemu) głównie po to, aby zyskać argumenty za wzmocnieniem swojej obecnej pozycji w łonie Kościoła. Nie uważam, że opuszczenie Sali obrad przez delegację PM było krokiem rozsądnym. Rosjanie ewidentnie dali się podpuścić Grekom (jak mówi stare rosyjskie przysłowie:
gdie Griek proszoł, Jewreju dełałt’ nieczego), warto jednak brać pod uwagę opisany przeze mnie powyżej kontekst, który rzuca nieco inne światło na wydarzenia w Rawennie.
2/ Zabawne, że na spotkanie w Rawennie najliczniej stawili się delegaci tych autokefalii, które tradycyjnie zajmują najostrzejszą pozycję wobec rzymskiego katolicyzmu. Odłóżmy na chwilę na bok retorykę i spójrzmy na praktykę: nieobecni w Rawennie Rosjanie przyjmują łacinników do Kościoła poprzez wyznanie wiary i Eucharystię lub w pewnych przypadkach przez bierzmowanie, podczas gdy prawosławni „nurtu bałkańsko-bizantyjskiego” nadal skłaniają się ku praktyce powtórnego chrztu i bierzmowania. Było więc w Rawennie mnóstwo prawosławnych biskupów, którzy powiedzieli katolickim biskupom z drugiej strony stołu mnóstwo miłych i fajnych rzeczy (sadzę, że ten mechanizm działał w obie strony, któż nie lubi od czasu do czasu napić się dobrego włoskiego wina w miłej atmosferze?), ale większość z nich, gdy wróci do swoich diecezji i zetknie się z konkretnym przypadkiem konwersji rzymskiego katolika, przyjmie go do prawosławia poprzez sakramenty chrztu i bierzmowania.
Druga uwaga jest poważniejszej natury. Nieraz pada ze strony katolickiej argument, że skoro nigdy nie odbył się prawosławny sobór potępiający łacińskie błędy teologiczne, to nie można mówić o istnieniu różnic dogmatycznych. Sadzę, że jest to argument błędny. Sobory zwoływano po to, aby zbadać niebezpieczne doktryny głoszone przez członków Kościoła lub ludzi spoza niego, mających jednak znaczny wpływ na dużą grupę biskupów. Celem soboru jest oczyszczenie ortodoksji i ortopraksji z poglądów i praktyk, które utrudniają zbawienie członkom Kościoła. Ponieważ ani obecnie ani w dawnych wiekach praktycznie nie było biskupów, którzy głosiliby poglądy dotyczące papiestwa podobne do tych, które zawarte są w konstytucji dogmatycznej Vaticanum I
Pastor Aeternus, to Kościół nie miał potrzeby anatematyzowania tych poglądów. Soborów nie zwołuje się w celu omawiania spraw, które nie są kontrowersyjne a wspomniana konstytucja dogmatyczna z pewnością taka w oczach prawosławia nie jest, jej jednoznacznie negatywna ocena nie budzi kontrowersji.
Kościół prawosławny nie posiada odpowiedzi na pytanie, czy rzymski katolicyzm posiada więcej Prawdy niż Kościoły przedchalcedońskie (koptyjski, ormiański, etiopski czy syrojakobicki). Eklezjologia nie powinna być zbyt ścisłe sprecyzowana, gdyż Kościół jest pielgrzymem i wygnańcem na tej ziemi i nie istnieją w ludzkich językach słowa, które w pełni zdołają wyrazić misterium jego ziemskiej peregrynacji. To prawda, że skutkiem okoliczności historycznych i ogólnej skłonności do apofatyzmu, Kościół prawosławny więcej mówił o tym, czym prymat nie jest niż czym jest. Zapewne niezbędne będzie tu doprecyzowanie stanowiska, nie zmieni ono jednak podstawowego faktu, na który wskazują obydwie strony w dokumencie z Rawenny w króciutkim, zamieszczonym na końcu „disclaimerze” gdzie podkreślają, że każda uważa się za „jeden święty, powszechny i apostolski Kościół”. Tu dochodzimy do prawdy, która jest taka, że dla osiągnięcia jedności potrzebny jest „tylko” jeden fakt:
któraś z dialogujących stron musi przestać być tym, czym teologicznie i kanonicznie jest obecnie.
.