wtorek, październik 14, 2008

Teologia Zdrowia, Szczęścia i Pomyślności

.

W Ameryce wszystko nie jak u ludzi. U ludzi jest bowiem tak, że w chwilach wielkich wstrząsów, napięć i katastrof wzrasta ilość osób zaglądających do kościoła. Widzialna strona religijności staje się, by tak rzec, bardziej widzialna, zgodnie z przysłowiem „jak trwoga to do Boga”. Jednak ta uniwersalna, zdawałoby się reguła, nie sprawdza się w Ameryce. Ubogie lata trzydzieste charakteryzował gwałtowny spadek „church attendance” i towarzyszące mu bankructwa wielu sekt, które w czasie prosperity poprzedniej dekady przeinwestowały w infrastrukturę, wystawiając domy modlitwy, których nie były w stanie utrzymać. Renesans religijny nastąpił dopiero w latach pięćdziesiątych, kiedy Stany Zjednoczone przeżywały okres niezwykle dynamicznego boomu gospodarczego.

Ten niezwykły mariaż dobrobytu i pobożności, zrodzona na gruncie amerykańskim TZSP - Teologia Zdrowia, Szczęścia i Pomyślności (health and wealth theology) - jest jedną z niezbywalnych cech Ameryki, którą pojąć można tylko w perspektywie radykalnego kalwinizmu, który legł u podstaw amerykańskiej cywilizacji. Mimo legendarnego amerykańskiego optymizmu jest w tej cywilizacji jakiś fatalizm, tak jakby cień predestynacji przygniatał ludzi, którym się nie udało, bo widać nie mogło im się udać, skoro nie znajdują się w gronie „wybranych”. Widać ten cień w najlepszej amerykańskiej muzyce, w bluesie czy pieśniach Toma Waitsa, w jej literaturze i kinie, w przedziwnej, barbarzyńskiej religijności Pasa Biblijnego.

Oczywiście tego typu wiara niewiele ma wspólnego z autentycznym chrześcijaństwem, bo co właściwie mówi nam stan zamożności o duchowych walorach człowieka? A jeśli nawet mówi to raczej w kategoriach przestrogi: słowa Chrystusa o wielbłądzię i uchu igielnym są dostatecznie jasne.

Jest to zarazem herezja z niebezpieczną tendencją do szybkiej sekularyzacji a pozbawiona religijnej otoczki znakomicie nadaje się na moralne uzasadnienie prawa dżungli, czego doskonałą ilustracją jest choćby życie Johna D. Rockefellera., człowieka, w którym w jeden węzeł splotły się sztywna purytańska pobożność, bezlitosny stosunek do konkurencji (nota bene bajki o wolnorynkowych początkach imperium Standard Oil można między bajki włożyć) i zamiłowanie do działalności filantropijnej.

Przyglądając się dziejom wczesnego chrześcijaństwa widać, że zamożni chrześcijanie mieli przed sobą dwie drogi: albo rozdać majątek ubogim i porzucić „ten świat” albo, jeśli nie było to możliwe z powodu obowiązków stanu lub państwowych, żyć w sposób nader skromny a gdy sytuacja pozwalała - wybrać opcję pierwszą. I nawet jeśli z czasem stało się inaczej, bo przecież Kościół nie miał ani możliwości ani woli narzucania tego duchowego maksymalizmu wszystkim swoim członkom, to i tak pozostał pewien ideał, będący w istocie odwrotnością TZSP. Przyznam, że stara grecko-rosyjska tradycja budowania cerkwi po pierwszym zarobionym milionie w ramach ekspiacji za nieunikniony w biznesie kompromis z chrześcijańskimi ideałami przemawia do mnie mocniej niż postulaty TZSP, która jest w istocie rodzajem duchowego alibi dla zupełnie świeckich ideałów samorealizacji.

Oczywiście świat przez ostatnie pięćdziesiąt lat zamerykanizował się w takim stopniu, że nie liczyłbym, iż kryzys zrodzi jakieś duchowe owoce w Europie czy gdziekolwiek indziej. Może być wręcz przeciwnie, wzrosną frustracja, rozgoryczenie, zwalanie winy na innych i żądanie pomocy od państwa.

A jeśli chodzi o sam kryzys to, jako bankowiec z ponad piętnastoletnim doświadczeniem, coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że szeroki dostęp do rynków finansowych nie jest dobrodziejstwem ale przekleństwem współczesnych społeczeństw i gospodarek. Ale uzasadnienie tego poglądu wymagałoby odrębnego wpisu, który być może kiedyś powstanie.


.

3 komentarzy:

aillinne pisze...

"Przyznam, że stara grecko-rosyjska tradycja budowania cerkwi po pierwszym zarobionym milionie w ramach ekspiacji za nieunikniony w biznesie kompromis z chrześcijańskimi ideałami przemawia do mnie mocniej niż postulaty TZSP, która jest w istocie rodzajem duchowego alibi dla zupełnie świeckich ideałów samorealizacji."

Mam nadzieję, że nikt nie sądzi, iż budując cerkiew, kościół, monastyr lub klasztor, zapunktuje u Pana Boga. Nie wierzę w to, iż bogacz wykupi się rozdając wszystko co ma - raczej decyzja o pozbyciu się dóbr materialnych świadczy o dojrzałości do "chrześcijańskich ideałów", o których piszesz. I właśnie ta dojrzałość oraz wewnętrzna wolność od przymusu posiadania (albo wręcz żądzy mamony) mogą prowadzić do wyzbycia się fortuny, co będzie widocznym znakiem dojścia do prawdziwego ubóstwa i zawierzenia życia Bogu.

Na wpis o rynkach finansowych czekam z niecierpliwością - może wreszcie pojmę o co w tym wszystkim chodzi. ;)

zer00 pisze...

Ja też bardzo chętnie przeczytam komentarz nt. rynków finansowych.

tabula rasa pisze...

"wiara niewiele ma wspólnego z autentycznym chrześcijaństwem (...) a pozbawiona religijnej otoczki znakomicie nadaje się na moralne uzasadnienie prawa dżungli"

No i to jest sedno. Bowiem te neokońskie wyobrażenia są dość bezkrytycznie przyjmowane u nas na chrześcijańskiej (katolickiej) prawicy jako wyznacznik właśnie chrześcijaństwa i prawicowości. Przez co pewne elementy autentycznie chrześcijańskie lądują w koszu z napisem "lewactwo"

Prześlij komentarz