.Gdybym miał wskazać jakąś cechę szczególną, niezbędną do sportretowania ubiegłego stulecia, z pewnością wymieniłbym eskalację brzydoty w sztuce. XX wiek był pod tym względem naprawdę wyjątkowy. Ale ta wyjątkowość skłoniła wielu konserwatywnych krytyków kultury do sformułowania pochopnej chyba opinii, iż przedstawianie tego, co pierwotne, brutalne czy obsceniczne jest wyłącznie jednym z przejawów antychrześcijańskiej rewolucji estetycznej zapoczątkowanej – i tu „zdania uczonych są podzielone” – bądź w Renesansie, bądź też w epoce Oświecenia czy czasach nieco późniejszych. Tymczasem spór o obecność i rolę wszelkiego rodzaju „pierwiastków niższych” w sztuce nie jest wcale nowy. Wprost przeciwnie, sięga on czasów antycznych.
Natrafiłem niedawno na fragment
Jamblichowego dzieła
O misteriach, w którym autor polemizuje ze swoim mistrzem
Porfiriuszem. Nauczyciel Jamblicha, choć zaciekły przeciwnik chrześcijaństwa, podzielał krytyczną opinię wczesnochrześcijańskich apologetów na temat gorszących elementów (wszech)obecnych w religijności pogańskiej. W szczególności odrzucał Porfiriusz wszelkie postacie kultu fallicznego, co w przypadku ortodoksyjnego neoplatonika nie budzi zaskoczenia. Jamblich, polemizując z Porfiriuszem (przedmiotem sporu była prezentacja ogromnej rzeźby fallusa podczas jakiegoś misterium, czemu towarzyszyły wulgarne okrzyki zgromadzonych mężczyzn) argumentował, że odwołanie się do tego, co niskie i pierwotne jest niezbędnym elementem filozoficznego wyzwolenia umysłu i duchowego katharsis. Co więcej, jego zdaniem, jedyną droga do pokonania tego, co prymitywne i upadłe, jest pokazanie, za pomocą środków artystycznych jego brzydoty:
Jestem bowiem zdania, że nieprzyzwoite słowa jakie wtedy (podczas podniesienia fallicznej rzeźby) słyszymy, wskazują na niedostatek dobra i skażenie, jakie tkwi w rzeczach materialnych…
„Rzeczy materialne” zaś , przez swoją brzydotę i niedoskonałość, wskazują z kolei na dążenie wszystkiego, co stworzone ku pięknu czystej i doskonałej formy. To, jak na razie, żadna nowość ale typowe myślenie neoplatonika. Elementy nieprzyzwoite, wulgarne i brzydkie, są jednak, zdaniem Jamblicha, również środkiem pomagającym człowiekowi przezwyciężyć targające nim namiętności, jeśli zostaną w umiejętny sposób zastosowane w sztuce lub misterium religijnym:
Znajdujące się w nas siły ludzkich namiętności, przybierają na gwałtowności kiedy staramy się je całkowicie zahamować. Jednak kiedy uwalniamy je stopniowo i z umiarem, stają się one łagodniejsze a z czasem podlegają oczyszczeniu… i wreszcie zostają unieszkodliwione bez użycia przemocy… W komedii i tragedii, przyglądając się namiętnościom innych, przezwyciężamy własne namiętności, osłabiamy ich moc i oczyszczamy się z ich wpływu. Podobnie w świętych ceremoniach, obserwując i słuchając rzeczy najniższych, uwalniamy się od złego piętna, które na nas odcisnęły.
Innymi słowy, pokazując brzydotę, ma sztuka wskazywać na utracone piękno i kierować nas ku niemu.
Poglądy antycznego filozofa to ciekawy przyczynek do spojrzenia na sztukę współczesną. Oto próba znalezienia złotego środka między Apollonem i Dionizosem, podjęta wiele wieków przed narodzeniem wąsatego niemieckiego filozofa o wysokim czole, który jako pierwszy zdefiniował ten fatalny podział. Jamblich zdaje się wskazywać na istnienie artystycznego mechanizmu sublimacji, który potrafi podnieść ludzkie pożądanie (mam tu na myśli nie tylko pożądanie w sensie seksualnym ale wszelkie rodzaje ludzkiego samouwielbienia i dążenia do zaspokojenia) z poziomu zwierzęcego instynktu do poziomu prawdziwej sztuki.
Nie zamierzam w tym miejscu rozważać dogłębnie, czy Jamblich ma rację. Niech czytelnicy tej notki sami udzielą sobie odpowiedzi. Mnie jego wizja oczyszczenia przez danie upustu słabościom wydaje się nie do pogodzenia z chrześcijańską wizją ludzkiej osoby i ludzkiego życia.
Zaskakujące, jak wiele rzeczy powiedziano w przeszłości. W krótkich, marginalnych z punktu widzenia całości dzieła
O misteriach uwagach, antyczny filozof zawarł w pigułce to, na czym opiera się credo znakomitej większości sztuki (i nie tylko sztuki, pewne nurty psychologii też dałoby się tu włączyć) nowoczesnej. Nihil novi sub sole.
Ogromna część współczesnej sztuki, odarta z napuszonych deklaracji artystów i usługujących im krytyków, ma na celu danie artystycznego wyrazu „transcendentalnemu” wymiarowi orgazmu, spowodowanego narkotykowo-alkoholowym odjazdem haju albo zwykłego narcyzmu (nieraz mamy do czynienia z koktajlem tych elementów). Jest to w gruncie rzeczy pretensjonalna afirmacja siebie i swoich własnych namiętności. Jednak aspekt terapeutyczny, którego znaczenie tak podkreśla Jamblich, jest we współczesnej sztuce nieobecny. Skoro tego typu dzieła mają prowadzić ku oczyszczeniu to powinno ono w pierwszym rzędzie dotyczyć ich twórców a tego jakoś nie widać. Przeciwnie, autodestrukcja w różnych postaciach (od samobójstwa czy śmierci z przedawkowania po rozpad osobowości towarzyszący zaawansowanemu stadium narcyzmu) towarzyszy artystom niczym fatum bohaterom dawnych mitów.
Patrząc na to wszystko nabieram szacunku i swoistej sympatii wobec wyniosłego nihilizmu Ciorana, który stojąc na skraju przepaści ujrzał dno otchłani a jednak znalazł siły aby odwrócić się i odejść w świat.
.