piątek, luty 29, 2008

Islam na drodze "protestantyzacji"

.

Interesującym się islamem polecam ciekawy artykuł z BBC News przedstawiający plany rewizji treści Hadisów przygotowywane przez turecki Departament d/s religii.
.

środa, luty 27, 2008

Refleksja bałkańska (1). Chorwaci.

.



.




To nie będzie wpis o Kosowie. Może za kilka miesięcy, kiedy ucichnie medialny zgiełk, napiszę szkic o moim - w sensie własnej, kilkuletniej refleksji - Kosowie. Dziś parę słów o Jugosławii.

Konflikt o Kosowo jest przede wszystkim konfliktem serbsko-albańskim, ciągnącym się co najmniej od 1690 roku, czasu pierwszego anty-exodusu Serbów ze swojej Ziemi Obiecanej. Ale jego zakończenie – bo nie sądzę, by Serbowie byli jeszcze w stanie kiedykolwiek odzyskać tę ziemię – związane jest ze skrajnie niekorzystną sytuacją geopolityczną, w jakiej znalazła się Serbia po III wojnie bałkańskiej, zakończonej porozumieniem w Dayton w 1995 roku. Utrata Kosowa jest konsekwencja klęski, jaką poniosło wtedy państwo serbskie a odcięcie Kosowa jest ostatnim aktem rozpadu projektu politycznego o nazwie Jugosławia.

Mówiąc o Jugosławii w jej różnych postaciach, zbyt często zapominamy lub ignorujemy fakt, że najważniejszymi architektami jedności południowosłowiańskiej byli Chorwaci a zrąb ideowy przyszłego Królestwa SHS powstawał w Słowenii, na pełnym serbskich i chorwackich studentów uniwersytecie w Lublanie. Spoglądając wstecz możemy się dziś dziwić słowianofilskiemu optymistycznemu unionizmowi południowych Słowian, ale dla nich, wciśniętych w dwa rozległe imperia, takie rozwiązanie było projektem, dla którego warto żyć a nawet poświęcić życie.

Każdy projekt zjednoczenia Słowian nie mógł ominąć problemu stosunków z Rosją, największym a od pewnego czasu jedynym suwerennym państwem słowiańskim. Zwykle nie dziwi nas rusofilia Serbów (a powinna, bo Rosjanie uczynili dla nich znacznie mniej niż dla Bułgarów i Greków) ale nic nie wiemy o panslawizmie i rusofilii w kulturze chorwackiej. A były one tam zjawiskiem bardzo zauważalnym, obecnym już od XVII wieku, przy czym ich najważniejszymi przedstawicielami byli katoliccy księża: Juraj Križanić (+1683), pionier panslawizmu i studiów słowiańskich, który spędził w Rosji prawie dwadzieścia lat, z czego piętnaście na zsyłce w Tobolsku, która nie zmieniła jednak jego zapatrywań; Antun Kanižlic (+1777), poeta religijny, pionier studiów ekumenicznych i badań nad Wielka Schizmą; Andrija Kačić Miošić (+1760), franciszkanin, jedna z ważniejszych postaci chorwackiego Oświecenia, którego „Razgovor ugodni naroda slovinkoga” był lekturą równie popularną wśród prostych Chorwatów i Serbów. Później pałeczkę słowianofilską przejęli arcybiskup Josip Strossmayer (+1905), prawosławnym znany głównie ze słynnej mowy przeciwko dogmatyzacji nieomylności papieskiej na I Soborze Watykańskim i jego przyjaciel, historyk ks. Franjo Rački (+1894).

Tropy panslawistyczne odnaleźć można nawet przed Križanićem: klasyk chorwackiego baroku, dubrownicki dwujęzyczny patrycjusz Ivan Gundulić / Giovanni Gondola (+1638) nie był wolny od panslawistycznych marzeń, wychwalając w swojej kunsztownej poezji jedność Słowian „od mórz Północy po Adriatyk”. Zaś kilka wieków później, podczas wystawy w Londynie wybitny chorwacki rzeźbiarz Ivan Meštrović (+1962) uznał Kosowo za kluczowe wydarzenie w dziejach narodu jugosłowiańskiego (!).

Nie wiem, czy teza niektórych historyków, że najprawdziwszymi „Jugosłowianami z ducha” byli właśnie wielcy Chorwaci: Strossmayer, Meštrović, Tito, jest prawdziwa ale z pewnością wskazuje na pewien bardzo istotny składnik tej dziwnej tożsamości-nietożsamości narodowej Jugosłowian.

Oczywiście czempionów jedności południowosłowiańskiej znajdziemy i wśród myślicieli serbskich i słoweńskich. Istniały też równoległe tendencje separatystyczne, niechętne ponadnarodowym projektom. Współżycie Serbów i Chorwatów we wspólnym królestwie od początku nie było łatwe a feralny zamach czarnogórskiego posła w Skupsztinie w 1928 roku, którego ofiarami padli trzej posłowie Chorwackiej Partii Chłopskiej, był pierwszym poważnym sygnałem, że unionistyczny sen może kiedyś stać się koszmarem. Dwa narody mówiące jednym językiem odkryły, że prócz rzeczy, które je łącza, są też i takie, które je dzielą. Niestety, z czasem właśnie niechęć do słowiańskiego brata-bliźniaka stała się fundamentem świadomości narodowej jednych i drugich. Swoistym mężem opatrznościowym znowu okazał się Chorwat Tito, komunistyczny technokrata i zarazem fanatyczny jugoslawista, który zdołał powstrzymać nadejście koszmaru i secesji o kilkadziesiąt lat. Ale był to już ostatni jugoslawistyczny akcent położony przez naród chorwacki.


.

wtorek, luty 12, 2008

Jamblich i nowoczesność

.

Gdybym miał wskazać jakąś cechę szczególną, niezbędną do sportretowania ubiegłego stulecia, z pewnością wymieniłbym eskalację brzydoty w sztuce. XX wiek był pod tym względem naprawdę wyjątkowy. Ale ta wyjątkowość skłoniła wielu konserwatywnych krytyków kultury do sformułowania pochopnej chyba opinii, iż przedstawianie tego, co pierwotne, brutalne czy obsceniczne jest wyłącznie jednym z przejawów antychrześcijańskiej rewolucji estetycznej zapoczątkowanej – i tu „zdania uczonych są podzielone” – bądź w Renesansie, bądź też w epoce Oświecenia czy czasach nieco późniejszych. Tymczasem spór o obecność i rolę wszelkiego rodzaju „pierwiastków niższych” w sztuce nie jest wcale nowy. Wprost przeciwnie, sięga on czasów antycznych.

Natrafiłem niedawno na fragment Jamblichowego dzieła O misteriach, w którym autor polemizuje ze swoim mistrzem Porfiriuszem. Nauczyciel Jamblicha, choć zaciekły przeciwnik chrześcijaństwa, podzielał krytyczną opinię wczesnochrześcijańskich apologetów na temat gorszących elementów (wszech)obecnych w religijności pogańskiej. W szczególności odrzucał Porfiriusz wszelkie postacie kultu fallicznego, co w przypadku ortodoksyjnego neoplatonika nie budzi zaskoczenia. Jamblich, polemizując z Porfiriuszem (przedmiotem sporu była prezentacja ogromnej rzeźby fallusa podczas jakiegoś misterium, czemu towarzyszyły wulgarne okrzyki zgromadzonych mężczyzn) argumentował, że odwołanie się do tego, co niskie i pierwotne jest niezbędnym elementem filozoficznego wyzwolenia umysłu i duchowego katharsis. Co więcej, jego zdaniem, jedyną droga do pokonania tego, co prymitywne i upadłe, jest pokazanie, za pomocą środków artystycznych jego brzydoty:

Jestem bowiem zdania, że nieprzyzwoite słowa jakie wtedy (podczas podniesienia fallicznej rzeźby) słyszymy, wskazują na niedostatek dobra i skażenie, jakie tkwi w rzeczach materialnych…

„Rzeczy materialne” zaś , przez swoją brzydotę i niedoskonałość, wskazują z kolei na dążenie wszystkiego, co stworzone ku pięknu czystej i doskonałej formy. To, jak na razie, żadna nowość ale typowe myślenie neoplatonika. Elementy nieprzyzwoite, wulgarne i brzydkie, są jednak, zdaniem Jamblicha, również środkiem pomagającym człowiekowi przezwyciężyć targające nim namiętności, jeśli zostaną w umiejętny sposób zastosowane w sztuce lub misterium religijnym:

Znajdujące się w nas siły ludzkich namiętności, przybierają na gwałtowności kiedy staramy się je całkowicie zahamować. Jednak kiedy uwalniamy je stopniowo i z umiarem, stają się one łagodniejsze a z czasem podlegają oczyszczeniu… i wreszcie zostają unieszkodliwione bez użycia przemocy… W komedii i tragedii, przyglądając się namiętnościom innych, przezwyciężamy własne namiętności, osłabiamy ich moc i oczyszczamy się z ich wpływu. Podobnie w świętych ceremoniach, obserwując i słuchając rzeczy najniższych, uwalniamy się od złego piętna, które na nas odcisnęły.

Innymi słowy, pokazując brzydotę, ma sztuka wskazywać na utracone piękno i kierować nas ku niemu.

Poglądy antycznego filozofa to ciekawy przyczynek do spojrzenia na sztukę współczesną. Oto próba znalezienia złotego środka między Apollonem i Dionizosem, podjęta wiele wieków przed narodzeniem wąsatego niemieckiego filozofa o wysokim czole, który jako pierwszy zdefiniował ten fatalny podział. Jamblich zdaje się wskazywać na istnienie artystycznego mechanizmu sublimacji, który potrafi podnieść ludzkie pożądanie (mam tu na myśli nie tylko pożądanie w sensie seksualnym ale wszelkie rodzaje ludzkiego samouwielbienia i dążenia do zaspokojenia) z poziomu zwierzęcego instynktu do poziomu prawdziwej sztuki.

Nie zamierzam w tym miejscu rozważać dogłębnie, czy Jamblich ma rację. Niech czytelnicy tej notki sami udzielą sobie odpowiedzi. Mnie jego wizja oczyszczenia przez danie upustu słabościom wydaje się nie do pogodzenia z chrześcijańską wizją ludzkiej osoby i ludzkiego życia.

Zaskakujące, jak wiele rzeczy powiedziano w przeszłości. W krótkich, marginalnych z punktu widzenia całości dzieła O misteriach uwagach, antyczny filozof zawarł w pigułce to, na czym opiera się credo znakomitej większości sztuki (i nie tylko sztuki, pewne nurty psychologii też dałoby się tu włączyć) nowoczesnej. Nihil novi sub sole.

Ogromna część współczesnej sztuki, odarta z napuszonych deklaracji artystów i usługujących im krytyków, ma na celu danie artystycznego wyrazu „transcendentalnemu” wymiarowi orgazmu, spowodowanego narkotykowo-alkoholowym odjazdem haju albo zwykłego narcyzmu (nieraz mamy do czynienia z koktajlem tych elementów). Jest to w gruncie rzeczy pretensjonalna afirmacja siebie i swoich własnych namiętności. Jednak aspekt terapeutyczny, którego znaczenie tak podkreśla Jamblich, jest we współczesnej sztuce nieobecny. Skoro tego typu dzieła mają prowadzić ku oczyszczeniu to powinno ono w pierwszym rzędzie dotyczyć ich twórców a tego jakoś nie widać. Przeciwnie, autodestrukcja w różnych postaciach (od samobójstwa czy śmierci z przedawkowania po rozpad osobowości towarzyszący zaawansowanemu stadium narcyzmu) towarzyszy artystom niczym fatum bohaterom dawnych mitów.

Patrząc na to wszystko nabieram szacunku i swoistej sympatii wobec wyniosłego nihilizmu Ciorana, który stojąc na skraju przepaści ujrzał dno otchłani a jednak znalazł siły aby odwrócić się i odejść w świat.


.

poniedziałek, luty 11, 2008

Ostatnia podróż

.


Utwór rozpoczynają delikatne akordy autoharfy (wiecie, co to takiego?). Czysty kobiecy głos i gdzieś tuż obok ale jednak w tle, wysoki głos mężczyzny. Śpiewają o najważniejszym rozstaniu, jakie czeka kiedyś wszystkich małżonków. Po duszę jednego z nich przybyli aniołowie.

Po pierwszym refrenie dołączają banjo i gitara, grana typowym dla tamtych stron flatpickiem. To technika stworzona do ballad takich jak ta, utkanych z dźwięku różnych instrumentów strunowych. Autoharfa niestrudzenie plecie osnowę tej smutnej ale pozbawionej ckliwości miłosnej ballady. Na tym tle banjo i gitara, jak kobieta i mężczyzna, prowadzą cichy dialog. Gitara brzmi wielomównie, jakby pragnęła wylać cały żal kobiety; oszczędne, niemal szorstkie dźwięki banjo są niczym głos mężczyzny pocieszającego ukochaną.

Jest w gęstej fakturze tej starej pieśni z Apallachów jakieś pokrewieństwo z muzyką na lutnię Johna Dowlanda. Ten sam świetlisty, jakby wielkopostny, smutek. Rezygnacja ale nie rozpacz.

Głosy kobiety i mężczyzny cichną, ostatni akord autoharfy podzwania jeszcze przez chwilę. Dobrze, że wciąż ukazują się takie płyty.



.

wtorek, luty 05, 2008

List otwarty do J.K. Rowling

.




.


Droga JK,

Na wstępie przyznać muszę, że z niechęcią sięgam po pióro. Im więcej rozmyślam nad Pani ostatnią książką, tym mocniej upewniam się, że istotne rzeczy, jakie miałem do powiedzenia na jej temat, znalazły się w
notce zamieszczonej kilka miesięcy temu w moim prywatnym sieciowym kąciku. Gdybym dziś, ponad pół roku po lekturze, położył swoje „plusy” i „minusy” na jakiejś fantastycznej wadze przeznaczonej do ważenia dzieł literackich, nadal nie przechyliłoby się żadne z ramion. Mam też nie ułatwiającą pracy świadomość, że – mimo otwartego charakteru tego listu – dotrze on z pewnością do węższego grona czytelników, niż ostatnie wypowiedzi osobistego wroga Pani i Jej dzieła, docenta Alessandro Possagio z Instytutu Demonologii Teoretycznej im. Abrahama Van Helsinga. Nie mam jednak wyjścia, w końcu obiecałem Pani tę garść refleksji nad „Insygniami śmierci”, stąd ten krótki list.

Wspomniałem o równowadze i dlatego, zanim przejdę do meritum, pragnę zapewnić, że nadal bardzo cenię Pani autorską relację o młodych latach późniejszego asa Biura Aurorów przy Ministerstwie Magii, pana Harry’ego Pottera Esq. Być może wynika to z mojego zamiłowania do wartkich opowieści, a może z faktu, że czasem trudniej nazwać to, co nas drażni niż to, co daje zadowolenie. Pomijam też w niniejszym liście smutny incydent z Carnegie Hall, kiedy pod wpływem zaklęcia Imperius podała Pani fałszywe informacje dotyczące orientacji seksualnej nieodżałowanego profesora Dumbledore’a. W każdym razie, mimo wszystkich zastrzeżeń, wciąż bardzo miło wspominam czas spędzony nad siedmioksięgiem Pani autorstwa.

Nie będę wytykał Pani ponownie niedociągnięć, które wcześniej wymieniłem we wspomnianej notce. Jest ona dobrze znana żeglarzom blogosfery a każda z zamieszczonych tam pochwał i przygan poddana już była dyskusji. Zamiast tego, skupię się na dwóch sprawach, które nie dają mi po dziś dzień spokoju. Zacznę od śmierci, nie tej, która pojawia się w Opowieści o Trzech Braciach, lecz tej zwykłej, pisanej małą literą.

Ostateczne przesłanie Pani książki wydaje się na pierwszy rzut oka jasne. Znaleźć je można na nagrobkach Kendry i Ariany Dumbledore: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje” i rodziców Harry’ego: „Jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”. To samo nieco innymi słowami powiada profesor Dumbledore na stacji King’s Cross (swoją drogą, to doskonała nazwa dla kluczowego rozdziału książki): „jesteś prawdziwym panem śmierci, ponieważ prawdziwy jej pan nigdy przed nią nie ucieka. Godzi się z tym, że musi umrzeć i wie, że w życiu są o wiele gorsze rzeczy od umierania”.

Unikanie śmierci czy też ucieczka przed śmiercią, bo tak można przetłumaczyć przydomek „vol-de-mort”, nigdy nie pozwoli nam jej pokonać. Dopiero wewnętrzna akceptacja tego, co nieuchronne, daje siłę do godnego życia. Marsz Harry’ego ku śmierci z ręki (różdżki?) Voldemorta - kolejne fragmenty Pisma: J 12, 25-27 i J 15,13, aż wołają tu o przytoczenie - jest jedynym właściwym rozwiązaniem problemu nie tylko horkruksów, ale też Insygniów Śmierci, cudownych przedmiotów, w których naiwni pokładają fałszywą nadzieję na nieśmiertelność. W ostatecznym rozrachunku Harry Potter okazuje się lepszym człowiekiem nie tylko od Voldemorta ale i od Dumbledore’a, gdyż staje do walki z odsłoniętą przyłbicą, nie manipulując innymi ludźmi, nie poszukując siły w żadnych magicznych artefaktach, lecz godząc się oddać życie aby uchronić innych przed szaleństwem Czarnego Pana. A jednak…

Dawno dawno temu w pewnym
sążnistym artykule zdarzyło mi się pisać, że „Harry Potter, zwyczajny chłopiec i zarazem chłopiec o magicznych talentach i trudnym losie, nie jest skrojony na miarę swojego świata. Dlatego przypuszczam, że jeżeli zdoła wybawić świat od Voldemorta, to uczyni to za cenę własnego życia (…) albo też, śladem tolkienowskiego Froda oraz króla Artura, nie będzie mógł pozostać w świecie, który uratuje dla wszystkich oprócz siebie”.

Czytając “Insygnia Śmierci” nie mogłem i nadal nie mogę pozbyć się wrażenia, że chciała Pani zjeść ciastko i nadal je mieć – sztuka, jakiej nie potrafią dokonać nawet najwybitniejsi absolwenci Hogwartu! Niewątpliwie, czyn Harry’ego wymagał od niego wielkiego heroizmu. Niewątpliwie cierpiał on i lękał się śmierci, co więcej, wybrał śmierć nie tylko ze względu na dobro przyjaciół, lecz przede wszystkim dlatego, że taka była wola Dumbledore’a. Co jednak począć, skoro śmierć, jaką poniósł, okazała się w rzeczywistości „śmiercią”.

Bohater, prawdziwy Bohater, nie wraca do domu, lecz kieruje się do Domu. Jedna osoba nie powinna być jednocześnie Frodem, dla którego nie ma już miejsca w Śródziemiu i Samem, który w domowym zaciszu wygłasza swoje słynne: „ano wróciłem”. Ci z bohaterów narnijskich opowieści Lewisa, którzy byli gotowi do Podróży, nie wrócili do Anglii. Na Jowisza, nawet Sapkowski umieścił w końcu swojego wiedźmina wraz z ukochaną Yennefer w jakimś położonym poza światem Avalonie, gdzie ten dzielny człowiek (?) mógł wreszcie odetchnąć od potworów i ksenofobicznej, mordującej nieludzi, tłuszczy.

Paralela chrześcijańska, choć niewątpliwie obecna, nabrała więc delikatnego posmaku ironii. Śmierć niby była, ale nie do końca. Nie dziwi zatem, że - sądząc z epilogu – odwaga, miłość i poświęcenie Harry’ego nie zmieniły wiele w świecie czarodziejów. Usunięto po prostu skrajnie niebezpiecznego psycho-socjopatę, który za pomocą najczarniejszej i najkrwawszej magii był o krok od nieśmiertelności. Reszta pozostała bez zmian.

To prawda, że wiele baśni kończy się słowami „i żyli potem długo i szczęśliwie”. Podobno zdarzało się, że takie zakończenia nieraz dopisywali pierwsi zbieracze ludowych opowieści: Perrault czy bracia Grimm, aby uczynić baśnie lżej strawnymi dla mieszczuchów. Jednak Pani, jak mi się wydaje, wcale nie miała zamiaru pisać klasycznej baśni.

Kiedy słowa „żyli potem (czyt. "po pokonaniu szwarccharakteru") długo i szczęśliwie” sprowadzają się do opisu miłej codziennej nudy, wtedy można przypuszczać, że prawdziwy stan rzeczy nie jest ani „szczęśliwy” ani „potem”. Powrót do status quo ante wydaje się nieunikniony a mityczna podróż Bohatera, w której arkana wprowadził nas Campbell, traci na metafizycznej wadze. Taka właśnie mała stabilizacja po śmierci Czarnego Pana przytrafiła się Pani w “Insygniach Śmierci”.

Ach właśnie, Czarny Pan. To drugi orzech, którego nie potrafię rozgryźć. Wcale nie jestem przekonany, czy Pani wersja tamtych okropnych wydarzeń dała nam odpowiedź na pytanie, dlaczego Tom Riddle aka Lord Voldemort był, jaki był. Znamy oczywiście wszyscy słynne zdanie profesora Dumbledore’a o tym, że to nasze wybory, nie zdolności decydują o tym, kim jesteśmy. Problem w tym, że Tom Riddle z Pani książek nie do końca się w tej formule mieści. Zabrakło mi wyjaśnienia dlaczego Voldemort był aż tak zły.

Tło, jakie otrzymaliśmy w „Księciu Półkrwi” jest być może wystarczające, aby objaśnić jego szaleństwo: utalentowany, samotny, niekochany, obciążony podwójnym brzemieniem podłego ojca i głupawej, zahukanej matki, taki człowiek to dobry materiał na psychopatę. Z ludzi tak przetrzepanych przez życie czasem wyrastają psychopaci dokonujący masakry kałachem podczas szkolnej zabawy, ale nie postacie formatu Voldemorta.

Człowiek, który tkwi w jądrze ciemności jest zepsuty inaczej i głębiej. Człowiek, którego celem jest dokonanie rewolty, uzurpacja władzy i ustanowienie anty-porządku mającego na celu wykorzenienie Dobra – a takim ostatecznie uczyniła Pani Lorda Voldemorta w „Insygniach Śmierci” - kieruje się innymi pobudkami niż wychowany w sierocińcu, obciążony dziedzicznie socjopata. No, chyba, że uznamy za prawdę dogmat tandetnej psychologii antyautorytarnej, że Hitler był jaki był bo tata go bił, co zdawał się niegdyś sugerować w jednej ze swoich pieśni bard Kazimierz ze Staszowa.

Poznaliśmy z Pani książek prawdziwego potwora, jednego z rodzaju tych, o których pisze mądry Syrach, że „ich drogi od młodości prowadzą do złego, i nie zdołali uczynić swych serc cielesnymi zamiast kamiennych”, jednak, pomimo całej misternie obmyślanej symboliki węża towarzyszącej klice Śmierciożerców, nie udało się Pani wyraźnie wskazać Czarnego Anioła, który był prawdziwym ojcem Voldemorta i jego popleczników. Obawiam się, że Voldemort z Pani książek, szczególnie z „Księcia półkrwi” to obraza wszystkich nieszczęśliwych dzieci z przytułków i sierocińców całego świata.

.



.
Droga JK, Thomas Howard, autor monografii poświęconej powieściom Charlesa Williamsa - najmniej znanego z najbardziej znanych Inklingów – twierdzi, że był on kiepskim i zarazem doskonałym pisarzem. A ja sądzę, że trudno o lepszą definicję Pani pisarstwa. Inny Pani rodak, G.K. Chesterton napisał niegdyś pochwałę angielskich „penny dreadfuls” (“okropieństw za pensa”) – tanich książek o wartkiej akcji, w których dobro triumfowało nad złem, złoczyńcy ponosili zasłużoną karę a bohaterowie poślubiali swoje ukochane. Cykl książek o Harrym Potterze to właśnie współczesne, wspaniałe, z rozmachem napisane „penny dreadfuls” wzbogacone, dzięki Pani tak niedocenianej erudycji (ze smutkiem posuwam się do stwierdzenia, że większość Pani recenzentów posiada ją w stopniu zalążkowym) o barwną mozaikę średniowiecznej i renesansowej symboliki i plejadę oryginalnych typów zaczerpniętych ze skarbca literatury wiktoriańskiej. Od czasu wielkiego Dickensa nie było też chyba w literaturze anglojęzycznej autora z większym talentem do wymyślania niezwykłych imion i nazwisk dla swoich bohaterów.

Są to całkiem spore osiągnięcia, ale jednak zbyt małe, aby złożyć się na nowy epos chrześcijańskiej fantastyki, na co wielu z nas w skrytości ducha liczyło. Pod niektórymi względami udało się Pani pobić starego Clive’a, którego zbyt nachalny ewangelizm i potknięcia teologiczne są dziś bardziej widoczne niż przed laty. Ale Profesor z pewnością pozostał poza Pani zasięgiem. On zawsze lepiej widział kryształowe sfery zamieszkane przez bezcielesne siły, które naprawdę rządzą tym światem. Dlatego Frodo pożeglował w końcu za horyzont, do prawdziwego Domu, do Valinoru, który jest Ojczyzną prawdziwych Bohaterów.




Nie wiem, jaki werdykt o Pani dziele wydadzą w przyszłości czytelnicy. Ja pozostanę sympatykiem, choć nie da się ukryć, że blask dawnej fascynacji przygasł nieco. To mój ostatni list do Pani dotyczący książek o młodych latach Harry’ego Pottera. Niech Bóg da Pani i jemu wiele lat dobrego życia.

Łączę wyrazy szacunku,


Arseniusz Studziewski
.
Profesor Emeritus
Kolegium św. Symeona Nowego Teologa
Chania – Warszawa – Hajnówka



.