Droga donikąd
. .

.
Przeczytałem „Drogę” wielokrotnie nagradzanego Cormaca McCarthy’ego i jestem rozczarowany. Pisarskiemu warsztatowi autora ciężko coś zarzucić. To prawdziwy mistrz słowa, krótkich, poetyckich – choć ponura to poezja - i niebywale plastycznych zdań, z których kreśli makabryczny obraz świata umierającego powoli po jakimś straszliwym kataklizmie. Przez ten świat - antyświat, w którym wymarły nawet ptaki, wędrują mozolnie mężczyzna i dziecko, ojciec i syn. Nic dziwnego, że w takim świecie nieliczni ludzie, którzy zdołali przeżyć, zajmują się głównie plądrowaniem ruin i znajdowaniem pożywienia w postaci swoich bliźnich. To wręcz oczywistość, wyczuwalna od pierwszych stron książki, kiedy tylko staje się jasne w jak opłakanej kondycji znajduje się świat i jego ostatni mieszkańcy. Właśnie w fakcie, że świat MacCarthy’ego nie kryje w sobie żadnej niespodzianki dostrzegam słaby punkt powieści i źródło mojego rozczarowania.
U początków każdej historii leży zaciekawienie. Jesteśmy gotowi dobrowolnie zawiesić niewiarę, jeżeli tylko autor zdoła stworzyć świat urzekający innością i jednocześnie intrygujący problemami, które znane są nam z naszej codzienności. Jednak świat „Drogi”, śmiertelny i śmiertelnie monotonny krajobraz wydestylowany z błota, zimna i półmroku, jest tak nieludzki i zarazem przewidywalny (czyli nieciekawy), że trudno się weń zanurzyć. Może Amerykanie, z ich długą tradycją literatury i szczególnie filmu katastroficznego, nie mają takich problemów, ale mnie, czytelnikowi z tej części Europy, przez którą przetoczyły się wszystkie prócz trzęsień ziemi możliwe kataklizmy, nie było dane przeniknąć w ten świat. Aby ożywić szarość potrzeba jasnych plam, wiedział o tym doskonale Roger Zelazny i dlatego jego „Aleja Potępienia” jest literaturą znacznie głębszą a na dodatek znacznie ciekawszą od „Drogi”. MacCarthy próbuje wprawdzie rozjaśnić tonację swojego utworu, ale ta odrobina światła, jaką wsącza na ostatnie stronice „Drogi” sprawia wrażenie wciśniętej na siłę i rozbija spójność powieści.
Po lekturze zadałem sobie pytanie, po co właściwie powstała ta książka. Ani to gloryfikacja męskich cnót i ojcowsko-synowskiej miłości (w każdym razie istnieje wiele znacznie lepszych książek traktujących o tych sprawach), ani horror, ani nawet filozoficzne requiem dla naszej cywilizacji mrówek - konsumentów. Odpowiedzi na to pytanie jak na razie nie mam.
Podobno „Droga” to najbardziej optymistyczna powieść Cormaca McCarthy’ego. Jeżeli tak jest to zaatlantyckim ponurakom mówimy NIE.
.
Przeczytałem „Drogę” wielokrotnie nagradzanego Cormaca McCarthy’ego i jestem rozczarowany. Pisarskiemu warsztatowi autora ciężko coś zarzucić. To prawdziwy mistrz słowa, krótkich, poetyckich – choć ponura to poezja - i niebywale plastycznych zdań, z których kreśli makabryczny obraz świata umierającego powoli po jakimś straszliwym kataklizmie. Przez ten świat - antyświat, w którym wymarły nawet ptaki, wędrują mozolnie mężczyzna i dziecko, ojciec i syn. Nic dziwnego, że w takim świecie nieliczni ludzie, którzy zdołali przeżyć, zajmują się głównie plądrowaniem ruin i znajdowaniem pożywienia w postaci swoich bliźnich. To wręcz oczywistość, wyczuwalna od pierwszych stron książki, kiedy tylko staje się jasne w jak opłakanej kondycji znajduje się świat i jego ostatni mieszkańcy. Właśnie w fakcie, że świat MacCarthy’ego nie kryje w sobie żadnej niespodzianki dostrzegam słaby punkt powieści i źródło mojego rozczarowania.
U początków każdej historii leży zaciekawienie. Jesteśmy gotowi dobrowolnie zawiesić niewiarę, jeżeli tylko autor zdoła stworzyć świat urzekający innością i jednocześnie intrygujący problemami, które znane są nam z naszej codzienności. Jednak świat „Drogi”, śmiertelny i śmiertelnie monotonny krajobraz wydestylowany z błota, zimna i półmroku, jest tak nieludzki i zarazem przewidywalny (czyli nieciekawy), że trudno się weń zanurzyć. Może Amerykanie, z ich długą tradycją literatury i szczególnie filmu katastroficznego, nie mają takich problemów, ale mnie, czytelnikowi z tej części Europy, przez którą przetoczyły się wszystkie prócz trzęsień ziemi możliwe kataklizmy, nie było dane przeniknąć w ten świat. Aby ożywić szarość potrzeba jasnych plam, wiedział o tym doskonale Roger Zelazny i dlatego jego „Aleja Potępienia” jest literaturą znacznie głębszą a na dodatek znacznie ciekawszą od „Drogi”. MacCarthy próbuje wprawdzie rozjaśnić tonację swojego utworu, ale ta odrobina światła, jaką wsącza na ostatnie stronice „Drogi” sprawia wrażenie wciśniętej na siłę i rozbija spójność powieści.
Po lekturze zadałem sobie pytanie, po co właściwie powstała ta książka. Ani to gloryfikacja męskich cnót i ojcowsko-synowskiej miłości (w każdym razie istnieje wiele znacznie lepszych książek traktujących o tych sprawach), ani horror, ani nawet filozoficzne requiem dla naszej cywilizacji mrówek - konsumentów. Odpowiedzi na to pytanie jak na razie nie mam.
Podobno „Droga” to najbardziej optymistyczna powieść Cormaca McCarthy’ego. Jeżeli tak jest to zaatlantyckim ponurakom mówimy NIE.
.




