wtorek, maj 27, 2008

Droga donikąd


. .
.
Przeczytałem „Drogę” wielokrotnie nagradzanego Cormaca McCarthy’ego i jestem rozczarowany. Pisarskiemu warsztatowi autora ciężko coś zarzucić. To prawdziwy mistrz słowa, krótkich, poetyckich – choć ponura to poezja - i niebywale plastycznych zdań, z których kreśli makabryczny obraz świata umierającego powoli po jakimś straszliwym kataklizmie. Przez ten świat - antyświat, w którym wymarły nawet ptaki, wędrują mozolnie mężczyzna i dziecko, ojciec i syn. Nic dziwnego, że w takim świecie nieliczni ludzie, którzy zdołali przeżyć, zajmują się głównie plądrowaniem ruin i znajdowaniem pożywienia w postaci swoich bliźnich. To wręcz oczywistość, wyczuwalna od pierwszych stron książki, kiedy tylko staje się jasne w jak opłakanej kondycji znajduje się świat i jego ostatni mieszkańcy. Właśnie w fakcie, że świat MacCarthy’ego nie kryje w sobie żadnej niespodzianki dostrzegam słaby punkt powieści i źródło mojego rozczarowania.

U początków każdej historii leży zaciekawienie. Jesteśmy gotowi dobrowolnie zawiesić niewiarę, jeżeli tylko autor zdoła stworzyć świat urzekający innością i jednocześnie intrygujący problemami, które znane są nam z naszej codzienności. Jednak świat „Drogi”, śmiertelny i śmiertelnie monotonny krajobraz wydestylowany z błota, zimna i półmroku, jest tak nieludzki i zarazem przewidywalny (czyli nieciekawy), że trudno się weń zanurzyć. Może Amerykanie, z ich długą tradycją literatury i szczególnie filmu katastroficznego, nie mają takich problemów, ale mnie, czytelnikowi z tej części Europy, przez którą przetoczyły się wszystkie prócz trzęsień ziemi możliwe kataklizmy, nie było dane przeniknąć w ten świat. Aby ożywić szarość potrzeba jasnych plam, wiedział o tym doskonale Roger Zelazny i dlatego jego „Aleja Potępienia” jest literaturą znacznie głębszą a na dodatek znacznie ciekawszą od „Drogi”. MacCarthy próbuje wprawdzie rozjaśnić tonację swojego utworu, ale ta odrobina światła, jaką wsącza na ostatnie stronice „Drogi” sprawia wrażenie wciśniętej na siłę i rozbija spójność powieści.

Po lekturze zadałem sobie pytanie, po co właściwie powstała ta książka. Ani to gloryfikacja męskich cnót i ojcowsko-synowskiej miłości (w każdym razie istnieje wiele znacznie lepszych książek traktujących o tych sprawach), ani horror, ani nawet filozoficzne requiem dla naszej cywilizacji mrówek - konsumentów. Odpowiedzi na to pytanie jak na razie nie mam.

Podobno „Droga” to najbardziej optymistyczna powieść Cormaca McCarthy’ego. Jeżeli tak jest to zaatlantyckim ponurakom mówimy NIE.

.

W rozkroku

.

Dzisiaj krótka piłka: czy fakt, że nie istnieje już hegemonia Kościoła w większości dziedzin ludzkiej wiedzy wpływa negatywnie na stan naszej wiary? Czy to, że dziś mniej jest świętych i mniej ludzi praktykuje (nie biję na alarm, po prostu stwierdzam fakt) nie wynika po części z faktu, że nie poszukujemy już wiedzy o świecie w Kościele? Jak daleko mogą sięgać zaślubiny wiary z rozumem?

W starożytnych (tradycyjnych) systemach kosmologicznych byty znajdujące się na niższych poziomach rzeczywistości są kierowane i poruszane przez byty znajdujące się w sferach wyższych, umiejscowione wyżej w łańcuchu stworzenia. Porządek dany z góry manifestuje się w różnych hierarchiach ziemskich (władzy, istot żywych, żywiołów). Dlatego właśnie ludzie spoglądali w niebo, aby poznać tajemnice życia; dlatego trzej Magowie podążali za Gwiazdą, dlatego Psalmista pisał, że niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza (PS 19). Przekonanie, że to co dobre, prawdziwe i piękne zstępuje na ziemię za pośrednictwem wyższych bytów ma bardzo długą historię i jest mocno zakorzenione w chrześcijańskiej teologii, szczególnie od czasu pojawienia się pism św. Dionizego Areopagity, w naszych czasach dekonstrukcji zwanego zwykle Pseudo-Dionizym. Pośrednictwo/orędownictwo to bardzo chrześcijańska idea.

Kilka wieków temu Kościół był dla chrześcijanina głównym, niemal jedynym źródłem wiedzy o świecie, podczas gdy dziś 95% swojego czasu chrześcijanin spędza w rzeczywistości, która w najlepszym razie ignoruje zaś w najgorszym zaprzecza chrześcijańskiej wizji świata. Nie tylko spędza, ale funkcjonuje, działa w rzeczywistości, która jest całkowicie niezależna od przekazu Kościoła.

Z takiego stanu rzeczy wynika indywidualizacja i atomizacja wiary. Zastanawiam się, ilu ludzi przychodzących do cerkwi czy kościoła ma świadomość, że wszystko, począwszy od budynku świątyni, przez ikonografię, hymnografię, na modlitewnym zgromadzeniu wiernych kończąc to przede wszystkim prawidłowy obraz wszechświata oddającego cześć swojemu Stwórcy a tym samym klucz do prawdziwej natury rzeczywistości. Zapewne niewielu. Zwykle przychodzimy tam, aby otrzymać nieco „przeżyć duchowych”. Albo wzmocnić moralny fundament naszego życia. Albo w obawie przed potępieniem wynikającym z zaniedbania „obowiązku niedzielnego”. Albo żeby dobrze, „ciepło” się poczuć.

Oczywiście nie ma żadnego „powrotu do przeszłości”. Jeżeli w ogóle istnieje jakaś chrześcijańska nostalgia to jest to nostalgia za przyszłością, nostalgia eschatologiczna, skierowana w stronę Pełni, która już istnieje i zarazem jeszcze nie stała się naszym udziałem. Uświęcać swoje życie trzeba tu i teraz, nawet kiedy czasy są złe (a w pewnym sensie zawsze takie są). Dawnej wizji kosmologicznej, wizji hierarchicznego, „zaczarowanego” i rządzonego przez osobowego Boga za pośrednictwem anielskich posłańców Wszechświata nie sposób przywrócić. Jednak nie można przejść obojętnie obok faktu, że istnieje ogromna przepaść między tym, jak postrzegamy świat jako mieszkańcy postmodernistycznego polis i wizją rzeczywistości, jaką otrzymujemy – przynajmniej teoretycznie – jako członkowie Ciała Chrystusa. Taka wyrwa, taki dualizm, nie może trwać bez końca, jedno lub drugie musi w końcu ulec. Kyrie eleison.

.

czwartek, maj 22, 2008

Świadomość ekumeniczna

.
W jednym z artykułów o. Chrysostoma MacDonnella, znanego prawosławnego duszpasterza z Manchesteru, natknąłem się na taką oto zabawną anegdotę z Grecji:

“Kilka lat temu poznałem anglikańskiego duchownego, żonatego z Greczynką. Pewnego razu wybrali się do Grecji na wakacje, gdzie odwiedzili jej rodzinną wieś. Żona postanowiła poznać swojego męża z miejscowym papasem (proboszczem parafii), który mówił jako-tako po angielsku. Świadkiem rozmowy była malutka grecka staruszeczka, która zaciekawiona, zapytała papasa, kim jest jego gość.


- To anglikański chrześcijanin – odparł po grecku duchowny.
- Kim są anglikanie? – nie ustępowała babcia.
- To protestanci – odpowiedział ksiądz. – No wiesz, jak rzymscy katolicy”.

.

.

wtorek, maj 20, 2008

Heros zdekonstruowany

.

Jedną z personifikacji czasów nowożytnych jest młody i arogancki intelektualista pouczający „starych” i walczący ze „starym”. Taki typ człowieka zaistniał na dobre w dobie Oświecenia, nabrał rozmachu w Wieku Pary i Elektryczności i zdominował życie intelektualne ubiegłego stulecia. Dziś jest mu nieco trudniej, bo prawie nie ma już „starych” ludzi i porządków, których ktoś już nie skrytykował, poza tym zainteresowanie szerokiej publiki sprawami w jakikolwiek związanymi z działalnością intelektualną jest dziś znacznie mniejsze niż kilkadziesiąt lat temu. Jednak i dziś można się nieźle utrzymać z konformistycznego nonkonformizmu, który hrabia Tołstoj w młodzieńczym, naiwnym zapale ochrzcił niegdyś mianem „zrywania wszystkich i wszelkich masek”.

Interesują mnie różne typy ludzkie i zawsze staram się odnaleźć ich prawzory w odległej przeszłości. Szlak wytycza Guareschi, który w jednym z opowiadań o don Camillo opisuje odkrycie starych dokumentów, z których wynikło, że przodkowie komunistycznego wójta Peppone z jego wsi kilka wieków wcześniej byli pospolitymi zbójami.

Od dziecka byłem zafascynowany Średniowieczem a wyświetlany na początku lat osiemdziesiątych francuski serial zatytułowany „Heloiza i Abelard” był jednym z pierwszych filmów, który zapoznał mnie z „herosami” tamtej epoki, na długie lata wypierając z pola zainteresowań bohaterów antycznych. Tajemnicze brzmienie starych imion budziło we mnie marzenia o życiu większym, piękniejszym i ciekawszym niż to, które wtedy prowadziłem, skupionym wokół niezbyt lubianej szkoły, podwórka i kółka szachowego.

Ostatnio, przeglądając książki wielkiej Regine Pernoud zastanowiłem się ponownie nad postacią Abelarda. Dzieje Heloizy i Abelarda, średniowiecznych kochanków w habitach zostały w ciągu wieków podlane romantycznym sosem (urodę Heloizy opiewa m.in. Powieść o róży) a ich bohaterowie zyskali status niemal Tristana i Izoldy. Nawet Pernoud, wierna swojemu chrześcijańskiemu feminizmowi, w pewnych momentach biografii tej pary zezwala swemu zwykle zdyscyplinowanemu pióru na romantyczne porywy.

Dziś, po latach, Abelard jawi mi się przede wszystkim jako pierwszy młody gniewny intelektualista w dziejach Europy. Niewątpliwie bardzo zdolny (czego nie da się powiedzieć o wielu późniejszych mikro-abelardzikach), skrajnie arogancki, bez skrupułów pogrążający starszych nauczycieli (przypadek Wilhelma z Champeaux) za pomocą ostrej jak skalpel retoryki. Skłócony z mnichami opactwa w Saint Denis z powodu naśmiewania się z hagiograficznych przekazów o świętym Dionizym. Nawet fakt, że wraz z Heloizą postanowił nadać swojemu dziecku imię nawiązujące do popularnego przyrządu astronomicznego wpisuje się jakoś w obraz młodego gniewnego intelektualisty, poświęcającego się walce o postęp.

Oczywiście trzeba być sprawiedliwym: Abelard był w swojej epoce wyjątkiem a gdyby dowiedział się, o co i w jaki sposób „walczą” dziś młodzi gniewni, włos zjeżyłby mu się na głowie. We mnie jednak coś pękło i dziś postać tego niezwykłego człowieka budzi we mnie raczej współczucie niż fascynację.


.