piątek, czerwiec 27, 2008

Futbol futbol

.

Są mecze, których się nie zapomina. Mundial 1998 obfitował we wspaniałe batalie, z których najmocniej wryła mi się w pamięć piłkarska kontynuacja wojny falklandzkiej czyli mecz II rundy (walka o awans do ćwierćfinału) Argentyna – Anglia. Bramki, które padły po wspaniałym rajdzie Michaela Owena i niesamowitym rozegraniu rzutu wolnego przez Argentyńczyków, zakończonego doskonałym strzałem Javiera Zanettiego to dziś klasyka piłki. Argentyńczycy wygrali w końcu po rzutach karnych ale, wymęczeni po bitwie z Angolami, polegli niestety w ćwierćfinale z Holandią. Powspominajmy:










.

środa, czerwiec 25, 2008

Coś tu jest nie tak

.


Przedstawiony powyżej transparent amerykańskich protestantów zawiera dwa istotne błędy: jeden teologiczny, drugi merytoryczny. Kto zgadnie co to za błędy?
.

poniedziałek, czerwiec 23, 2008

Kukły

.

Mam w Stanach znajomego, który działał swojego czasu w ruchu pro-life, biorąc udział w wielu pikietach, czuwaniach modlitewnych i okupacjach aborcyjnych rzeźni. Od niego wiem, że pojawiający się często przy tego typu akcjach aktywiści pro-death (powinniśmy z miejsca odrzucić parszywy eufemizm pro-choice, gdyż przejęcie języka wroga to początek kapitulacji) przychodzili nieraz poprzebierani niczym Szczęki w jednym z filmów o Bondzie (bodajże Moonraker). Grono modlących się ludzi otaczał wtedy tłum wiedźm, diabłów, ogrów i trolli.

Zastanawiam się, jaka jest przyczyna takich zachowań? Czy jest to zwykły atak psychologiczny mający na celu przeszkodzenie „świętoszkom”? Jakaś forma wojny karnawału z postem? Czy może wchodzi tu w grę jakiś psychiczny a raczej duchowy mechanizm, mimetyzm zła, który staje się potrzebą ludzi wprzęgniętych w aktywną służbę śmierci?


.

niedziela, czerwiec 22, 2008

Uwagi o pewnym Fryderyku

.

Swojego czasu zdarzyło mi się napisać na forum Frondy, że ten, kto przekroczył dwudziestkę i czytając Nietzschego nie wybucha śmiechem, musi jeszcze dorosnąć. Ten krótki i w zamierzeniu prowokacyjny wpis wywołał dość burzliwe reakcje fforumowiczów, którzy, jak widać, traktują dzieła FN z większą niż ja atencją.

Oczywiście interpretowanie myśli martwych filozofów jest zajęciem skrajnie subiektywnym i Nietzsche nie jest tu wyjątkiem. Słusznie pisał Fichte, że filozofia, jaką wybieramy, zależy od tego, kim jesteśmy. Podobno, choć głowy za to nie dam, filozofem, który odkurzył na postnowoczesną modłę myśl Nietzschego i wprowadził ją w pole zainteresowania filozoficznego mainstreamu był Deleuze. Uważał, że N. stanowi dobrą odtrutkę na modny wówczas neoheglizm Kojeve’a, którego nie lubił (neoheglizmu, Kojeve’a może też). Załóżmy więc, że istnieje najpopularniejszy obecnie Nietzsche czytany przez Deleuze’a czytany przez Foucaulta (i dalej przez Sławusia z FF?). Ale jest też Nietzsche czytany przez Jaspersa czytany przez Tomasza Gabisia, Nietzsche czytany przez młodego Juengera czytany przez Szczepana Twardocha, zapewne istnieje Nietzsche czytany przez Slavoja Żiżka a nawet Nietzsche czytany przez różnych filozofów, np. Milbanka, czytanych przez Studytę. Wszyscy ci Nietzschowie tańczą niczym panowie niewidzialni na moście w Avignon, składając się na coraz doskonalszy obraz Ważnego Filozofa XIX Wieku.

Poniższe krótkie uwagi o myśli Nietschego stanowią obiecane niegdyś rozszerzenie wspomnianego wpisu na Forum Frondy.

1.
Podobno w oryginale jego pisma bywają niezłą literaturą, ale polski przekład zawsze budził we mnie lekką irytację. FN urodził się za wcześnie, dziś, w dobie powszechnej wizualizacji i błyskawicznego przepływu informacji, jego efekciarski styl zapewne przyniósłby mu ogromny sukces. Może się mylę, ale wyczuwam w tym myslicielu wielki ładunek narcyzmu, na co w przypadku intelektualistów jestem bardzo uczulony.

2.
W narracji, która uczyniła Nietzschego sławnym – czyli w przeciwstawieniu Dionizosa i Apollona - chrześcijański Bóg właściwie nie występuje. Ma ona znikome znaczenie dla chrześcijaństwa, gdyż jest to w istocie opowieść o wojnie dwóch niemożliwych do pogodzenia form pogaństwa. Zresztą odwieczny spór dwóch antycznych bogów, do którego lubią odwoływać się epigoni Nietzschego przybierał w jego myśli na tyle różne formy, że trudno mówić o jakiejś jednolitej i spójnej koncepcji. W Narodzinach tragedii mamy prostą, dialektyczną opozycję Dionizosa i Apollona jako pierwiastków „ładu” i „chaosu”; z czasem, u Nietzschego „późnego” opozycja ta przybiera bardziej wysublimowaną formę: apoliński porządek staje się echem czy raczej reakcją wobec pierwotnej dionizyjskiej gwałtowności i przemocy, która jest twórczym dynamizmem leżącym u podstaw wszelkich przemian w świecie i sama jest źródłem swojego cyklicznego odnowienia.

Nietzscheańska wizja życia jako agonu i chrześcijańska, interpretująca świat jako dar i łaskę, są oczywiście nie do pogodzenia. Ale, paradoksalnie, istnieje jeden moment, w którym myśl N. zbliża się do chrześcijańskiej – jest to przekonanie niemieckiego myśliciela, że ból istnienia nie może służyć za usprawiedliwienie nienawiści wobec świata. To bardzo ewangeliczna postawa, choć biedny Fryderyk pewnie by się z tym nie zgodził.

3.
Bodajże Copleston zauważył, że N. pisał o chrześcijaństwie, jakby było ono manicheizmem. To poważny błąd, który wystarcza do dyskwalifikacji FN jako poważnego krytyka chrześcijaństwa. Ale można wytknąć mu też inne. Jego wiedza o chrześcijaństwie wydaje się zaskakująco płytka, oparta protestanckiej „ortodoksji” i na ustaleniach niemieckiej szkoły krytyki historycznej, jednego z najbardziej ponurych zjawisk w dziejach myśli chrześcijańskiej.

Sposób, w jaki Nietzsche interpretuje Pismo Święte, jego zawężenie chrześcijańskiej soteriologii do anzelmiańskiej koncepcji zadośćuczynienia zastępczego, przedstawienie Chrystusa jako nauczyciela moralności i człowieka szlachetnego ducha, z pewnością nie jako wcielonego Boga czy choćby apokaliptycznego proroka, który biczem wypędza przekupniów ze Świątyni - wszystko to nosi na sobie piętno całkowicie dziś anachronicznego postrzegania chrześcijaństwa, jego tradycji a nawet nauki moralnej.

W pewnym sensie trudno czynić z tego Nietzschemu zarzut. Dochodzę tu do kluczowej dla interesujących się myślą tego filozofa kwestii. Otóż Nietzschego, na ile go rozumiem, wcale nie interesowało chrześcijaństwo takie, jakie jest, lecz jego własna wizja chrześcijaństwa, z którą zawzięcie polemizował i która stanowiła znakomitą odskocznię dla egzystencjalnych rozważań. Nietzsche „działa” – na sposób narracyjny, w sensie siły retoryki - najmocniej tam, gdzie krytykuje chrześcijańską duchowość jako estetyczną i duchową inwersję i perwersję, np. w tych fragmentach Poza dobrem i złem, w których pisze o zgorszeniu, jakiego antycznej wrażliwości dostarczyły słowa „Bóg na krzyżu”. Nietzschemu nie podoba się narracja, jaką oferuje chrześcijaństwo, w zamian oferuje swoją i czyni to z przekonaniem, że stawką są losy cywilizacji i człowieczeństwa. W tej bitwie smaków nie ma obiektywnego kryterium dla ustalenia zwycięzcy: kto akceptuje kontr-narrację Nietzschego ten widać nie znalazł nic pociągającego w chrześcijaństwie i vice versa.

Podobnie rzecz ma się ze spotykanym u Nietzschego traktowaniem chrześcijaństwa jako „platonizmu dla ludu”. Nie łudźmy się, te wypowiedzi Nietschego nie stanowią próby podjęcia poważnej dysputy metafizycznej czy nawet hermeneutycznej. Nietzsche deklaruje tu po prostu swoją, ukrytą za parawanem filozoficznych pojęć, niechęć wobec tego, co postrzegał jako etos niechęci wobec cielesności, upokorzenia zmysłowości, nadmiernej celebracji pierwiastka duchowego, etos duchowej kastracji i kultu śmierci. Figura Dionizosa miała być na ten destrukcyjny etos odtrutką, gdyż, wedle Nietzschego, właśnie on jednoczy w harmonijny sposób najsilniejsze impulsy duchowości i zmysłowości. Pewnie dlatego tak lubią Nietzschego artyści, którzy, jak na artystów przystało, ostro balangują i eksperymentują z poszerzaniem świadomości, co w ich mniemaniu stanowi fuzję duchowości i cielesności.

4.
Swojego czasu uciąłem sobie dłuższą dyskusję na tematy dionizyjsko-apollińskie z niezrównanym Panemdante. Nie wycofuję się ze wszystkiego, co napisałem w tej internetowej wymianie zdań, ale przyznaje dziś rację Panudante, który napisał, że „Chrystus wywraca wszystko”. Istotnie, wobec potęg rządzących tym światem Bóg objawiony w Jezusie Chrystusie jest wielkim anarchistą, którego kenotyczna miłość znosi wszelkie dialektyczne podziały, zarówno te wymyślone przez ludzi jak i te, których ojcem jest Władca Much. Wobec takiego Boga Apollo i Dionizos zawiązują koalicję broniącą zamkniętego świata chaosu i porządku i to jest najważniejsza chyba lekcja, jaka płynie z lektury Nietschego.

Właściwie nic więcej w temacie Pana FN nie ma do powiedzenia. Trwająca po dziś dzień fascynacja jego myślą jest dla mnie niezrozumiała, ale to raczej mój problem. Cioran jawi mi się jako myśliciel mądrzejszy i ciekawszy a do tego brzmi na współczesną nutę, a ja w końcu jestem dzieckiem swojego czasu, choć nie chcę żenić się z jego duchem, bo jak mawiają w Portugalii, kto się żeni z duchem czasu, ten prędko zostaje wdowcem.
.


.

środa, czerwiec 18, 2008

Dwie drogi

.


Popatrz, kładę dziś przed tobą życie i dobro oraz śmierć i zło.

Księga Powtórzonego Prawa 30,15
.

.
Dwie są drogi, jedna droga życia, a druga śmierci - i wielka jest różnica między nimi.

Didache I,1










.




.

poniedziałek, czerwiec 16, 2008

Obrazki brytyjskie


.

Obrazek pierwszy – media

Angielski odpowiednik naszego Kuby Powiatowego nazywa się Jonathan Ross. To niespełna pięćdziesięcioletnie, zadowolone z siebie chłopię od zeszłego roku posiadające Order Imperium Brytyjskiego, ma swój program w BBC. Jednym z wyczynów Rossa było zapytanie przywódcy Partii Konserwatywnej Davida Camerona, czy w latach osiemdziesiątych owemu politykowi zdarzało się, excusez le mot, trzepać gruszkę (w oryginale padło słowo wank) myśląc o pani Thatcher. To niezwykle głupie pytanie wywołało sporo negatywnych opinii, jak widać nawet w Małej Brytanii są jeszcze niedobitki ludzi, którym chce się zaprotestować przeciwko chamstwu i wulgarności uchodzących za odwagę i bezkompromisowość.

Jednak Ross śmiało odparł zarzuty, twierdząc, że pytanie było uprawnione. Pozostaje zastanowić się, dlaczego. Najprawdopodobniej dla Jonathana Rossa jedyną przyczyną prawomocności pytania był fakt, że było to jego pytanie. Przypomnę tu piątą herezję dla współczesnego człowieka: Każdy może myśleć i czuć co chce, nie znaczy to jednak, że jego uczucia i myśli są dobre tylko z tego powodu, że są jego. Z braku niezależnych od człowieka, mających jakąś wagę metafizyczną norm, każdy człowiek staje się miarą może nie wszechrzeczy ale siebie samego z pewnością.




Obrazek drugi – żule i kamery


Czasy mamy „bojowe”. Boimy się raka, boimy się, że skończy się ropa i nie będzie już można stać w korkach, boimy się trucizny w wędlinach, imigrantów i „faszystów”, którzy ich nie lubią. Boimy się unijnej integracji i rozszalałego nacjonalizmu o czarnym obliczu. Nawet krótka wycieczka rowerowa w sobotnie przedpołudnie to dziś nie lada przedsięwzięcie, wymagające ze względów komfortu i bezpieczeństwa, specjalnego ekwipunku (kaski, jakieś gąbczaste obcisłe szaty, specjalne ochraniacze i cichobiegi) przy którym akwalung Jacquesa Cousteau prezentuje się jak narzędzia jaskiniowca przy scyzoryku armii szwajcarskiej. Nic więc dziwnego, że państwo wychodząc naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu stara się dbać o bezpieczeństwo obywateli, podglądając ich niczym mityczny Argos mrowiem elektronicznych oczu.

Kamery są dziś wszędzie. Weekendowa „Rzeczpospolita” pisała o fali przetaczających się przez Niemcy skandali związanych z nadużyciem zainstalowanych w wielu miejscach kamer. Ale Niemcy to betka w porównaniu z Albionem, pokrytym gęstą siecią kamer, których ilość zbliża się już do amerykańskiej (!). Kraj powinien być zatem bezpieczny.

Całkiem niedawno na jednym z angielskich dworców miał miejsce makabryczny incydent. Mężczyzna A, człowiek w sile wieku (44) uderzył z całej siły w twarz mężczyznę B (96), okraszając swoją akcję okrzykiem you bastard! Staruszek ten miał nieszczęście stanąć na drodze mężczyzny A do odjeżdżającego pociągu. Dzięki Bogu był to naprawdę krzepki starzec (sam fakt, że w takim wieku znajdował się na dworcu wiele mówi), jednak w wyniku pobicia stracił oko. Dzięki kamerom mężczyznę A udało się szybko zidentyfikować. Pojmano go i zamknięto w areszcie, sędzia stwierdził jednak, że umieszczenie tego człowieka w więzieniu „nie przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa publicznego” i nakazał, aby ów troglodyta pojawiał się przez trzy lata raz na tydzień w swoim komisariacie choć prawo brytyjskie dopuszcza w podobnych przypadkach nawet karę dożywocia.

Wobec takich sytuacji, a podałem jeden tylko przykład, na usta ciśnie się pytanie, po co właściwie są te wszechobecne kamery? Brytyjczyk zamieszkujący duże miasto może być sfotografowany nawet trzysta razy w ciągu dnia. Przyznam, że ten nabierający tempa i w Polsce zalegalizowany państwowy wojeryzm towarzyszący rozpadowi podstawowych funkcji państwa budzi we mnie niesmak i niepokój.

Współczesny, rozdęty ponad wszelką przyzwoitość system edukacyjny produkuje ogromną nadwyżkę „wykształconych” półgłówków. Potrafią oni pisać wnioski o zainstalowanie kolejnych kamer, prowadzić akcje afirmatywne wzywające do niejedzenia w ciągu dnia obiadów w czasie Ramadanu, aby nie obrazić pracowników muzułmanów, przyszykować projekt ogólnokrajowego scanningu jąder (rak jąder, jak wiadomo, nie drzemie i trzeba dać mu odpór) albo nakazać, aby w szpitalnej karcie pacjenta zamiast słów ojciec i matka używano terminów Progenitor A i Progenitor B. Jednego tylko nie potrafią: nazywać rzeczy po imieniu a bandytów kierować tam, gdzie ich miejsce.



Obrazek trzeci – o niewłaściwym użyciu genetyki


Badacze ludzkiego genomu lubią nas co jakiś czas zaskoczyć jakąś sensacją. To , że homoseksualizm jest wrodzony (uwarunkowany genetycznie) „wiemy” już od dawna. Oczywiście kij ma dwa końce i kiedy niektórzy badacze obwieścili, że ludzie rasy czarnej są genetycznie nieco mniej sprawni intelektualnie od ludzi rasy żółtej (zdecydowane debeściaki pod tym względem) i białej, zostali zakrzyczani. Jednak genetyczna Mystery Machine miewa się nieźle, produkując coraz doskonalszy klucz genetyczny do zagadki natury ludzkiej.

Od czasu do czasu spotyka się w prasie artykuły, w których genetycy a raczej ci, którzy o nich piszą, udowadniają że skłonności przestępcze również są uwarunkowane genetycznie. Ale i tu brytyjska współczesność przychodzi nam z pomocą. Od zakończenia II Wojny Światowej przestępczość wzrosła w Wielkiej Brytfannie trzydziestopięciokrotnie. W obliczu takich statystyk nie sposób nie zaśmiać się czytając o genetycznych korzeniach bandytyzmu. Czyżby w ostatnich sześćdziesięciu latach na Wyspach miała miejsce równoległa do wzrostu dobrobytu katastrofa genetyczna? Genetyka jak na razie milczy o tego typu kataklizmach. A może jest tak, że wielu z tych, którzy urodzili się pod „złą gwiazdą” wyrosłoby na przeciętnych a przynajmniej niegroźnych, gdyby nie przyszło im dorastać w czasach, w których wychowanie zastapiono wychowaniem bezstresowym? Geny, które dla postprotestanckich społeczeństw Zachodu stanowią nową wersję predestynacji, nie determinują tego, kim jesteśmy. Inni szatani, i na szczęście aniołowie, są tu czynni.

Kto ma uszy niech słucha.

.

Z greckiej poezji morskiej (1)

.


Angelos Sikelianos

Stuletni starzec

Stuletni starzec,
którego poznałem na mojej wyspie, Lefkada,
po czterdziestu latach pastuszej służby
w górskich krainach
przyjechał na żeniaczkę
nad morze, do Wielkiej Wyspy.
Od tego dnia został rybakiem.
Miał trzy córki.
Dopóki jeszcze były małe, sam władał
łodzią, niewodem, siecią.
Gdy pierwsza córka zaczęła dojrzewać,
wziął ją do wioseł, by związały się mięśnie.
Potem wydał ją za mąż i wziął następną,
też aż do opuszczenia domu.
Krótko trzymał przy wiosłach najmłodszą.
Gdy i ona wyszła za mąż,
znowu pozostał sam w łodzi
czekając na śmierć, kiedy go dotknie lekko,
jak wiatr, co gaśnie,
kładąc się na wodzie, o zmierzchu…




Konstandinos Kavafis

Modlitwa


Morze młodego żeglarza wchłonęło w toń głęboką.
Jego matka o niczym nie wiedząc, zapala świecę wysoką.

Przed Matką Bożą stawia płonącą świecę woskową,
by wrócił prędko, by dobre dni zaświtały na nowo.

I ciągle nasłuchuje odgłosów wiatru, skupiona.
A kiedy tak się modli, kiedy tak prosi, ikona,

poważna i smutna, spogląda na nią ze ściany.
Ona wie, że nie wróci ten syn wyczekiwany.





Giorgos Seferis

Argonauci

A dusza,
jeśli poznać ją pragniecie,
w duszę
wpatrzeć się trzeba:
obcego i wroga ujrzeliśmy w lustrze.
Dzielnymi chłopcami byli towarzysze, nie narzekali
ani na trudy, ani na pragnienie, ani na mróz,
mieli usposobienie fal i drzew,
które przyjmują wiatr i deszcz,
przyjmują noc i słońce
w każdej odmianie – niezmiennie.
Dzielnymi chłopcami byli, całymi dniami
pocili się przy wiosłach,
ze spuszczonymi oczami
oddychając miarowo,
a krew zabarwiała szkarłatem ich pokorną skórę.
Raz zaśpiewali, ze spuszczonymi oczami,
kiedy ominęliśmy bezludną wyspę z figowcami
płynąc ku zachodowi, za przylądkiem
szczekających psów.
Jeśli poznać ja pragniecie, mówili,
w duszę wpatrzeć się trzeba, mówili
i wiosła uderzały miarowo w złoto morza
pośród zachodu słońca.

Minęliśmy wiele przylądków, wiele wysp, morze
przynoszące inne morza, mewy i foki.
Czasem nieszczęsne kobiety lamentem
opłakiwały synów utraconych,
inne w wściekłości szukały Aleksandra Wielkiego
i chwały zatopionej w głębinach Azji.

Zakotwiczyliśmy u brzegów pełnych woni nocy,
świergotu ptaków,
wód pozostających na dłoniach
wspomnienie dalekiego szczęścia.
Ale nie kończyła się żegluga.
Ich dusze złączyły się z wiosłami i dulkami,
z surowym kształtem dziobu,
z bruzdą steru,
z wodą łamiącą ich odbite postacie.
Towarzysze umarli po kolei
ze spuszczonymi oczami.
Ich wiosła wskazują miejsce,
gdzie śpią na wybrzeżu.

Nikt ich nie wspomina.
To sprawiedliwe.





Yannis Ritsos

Niebieska kobieta


Zanurzyła rękę w morzu.
Stała się niebieska.
Radosna
wpadła do morza.
Teraz niebieski głos i milczenie.
Niebieska kobieta.
Wielu ją podziwiało.
Nikt jednak nie pokochał.


Noc

Wyniosłe drzewo eukaliptusowe z okrągłym księżycem.
Gwiazda drży na wodzie.
Niebo białe, srebrzyste.
Kamienie, obnażone kamienie aż tam wysoko.
Znowu na płytkiej wodzie blisko brzegu morza
drugi, trzeci raz plusnęła ryba.
Ekstatyczna – wielkie osierocenie – wolność.





Mitsos Ligizos

Morskie dzwony


Za towarzyszkę mam dziewczynę morza!
Małą dziewczynę morza.

Rozsnuwa swoje lata światłem i słonością
w sobie morze pieśnią rozlała.

Żyje ze słońcem i oddycha słońcem.
Śpiewa z mewami i ćwiczy z mewami.

Zna morze wyspy skały
i wciąż o morzu mówi gdy wraca do mnie.

Śpiewa z bryzą wielkie pieśni
bezkresnego morza. Śpiewa i kołysze się
w jej oczach niezwykły widok dumnych wód.

Z jej ust wypływa piękno morza!
I obok niej śnię o marynarzu na masztach
którego morze obmywa solą.





Yolanta Pegli

Kronika


Za krótko z nami wędrowałaś
muszle które cię nie zdążyły ubrać
zauroczyły morze
z twoim odejściem
czerwona woda sączył się z kranów
matka nie uśmiechnęła się
nie zapłakała
zaczęła prząść zgrzebną chustę
chusta nie zdołała okryć twojej młodości
weszłaś do samotnej łodzi
którą przyjaciele twoi
upletli z jasnej trzciny.

Nigdy więcej nie widzieliśmy na wyspie
takiej wiosny.






Eleni Vakalo

Pieśń wisielców



Potem nóż
wszedł głębiej.
Księżycowi wisielcy
jaki będzie koniec?
Piętrzyły się fale
zamykając ciszę.
Księżycowi wisielcy
jak rozpoczął się lament?
Wszyscy młodzieńcy
pragnęli zostać marynarzami.
Księżycowi wisielcy,
opowiedzcie im o martwej samotności
na masztach.
I nam, którzy otwieraliśmy ręce
dla ptaków…
Opowiedzcie, opowiedzcie
jak rozpoczął się lament.
Wszystkie noże
mają twarde i ostre ostrza
dla naszego miękkiego ciała.
Wszystkie okręty i drzewa
mają liny
- granatowe obrączki
na naszych szyjach.



Thanasis Papathanasopoulos

Liryczne życie (fragment)


Sierpniowy wieczór. Pachnące morze.
Jego samotność wielką latarnią.
Za śmiechem ludzi
ich ukryty płacz.
A jednak życie jest nadwyżką
którą należy niezwłocznie podzielić się.

W głębi płynął swoim statkiem Dionizos.
Na maszcie gałązki z winnicy i winogrona.



.

.

sobota, czerwiec 14, 2008

Wieści z blogosfery

.

Miło mi donieść, że na blogu Esthela vel Oneirosa pojawił się po dłuuuugiej przerwie nowy wpis. Miejmy nadzieję, że nie będzie to pojedynczy strzał ale powrót na boisko.


.

środa, czerwiec 11, 2008

Teologia ciała revisited

.


.

Zawsze gdy czytam artykuły lub śledzę dyskusje poświęcone „teologii ciała” (dalej – TC) nie mogę pozbyć się pewnej natrętnej myśli. Mam mianowicie wrażenie, że zwolennikom TC towarzyszy mniej lub bardziej skryte a czasem zupełnie jawne przekonanie, że o „tych sprawach” my, współcześni chrześcijanie „wiemy lepiej” niż nasi przodkowie. Albo, dosadniej mówiąc, że Ojcowie Kościoła, Ojcowie Pustyni, średniowieczni teologowie, ciemni proboszcze z XIX wieku i nasze prababcie to, jeśli chodzi o sprawy seksu, kryptognostycy, którym w jakiś tajemniczy sposób umknęła nadprzyrodzona chwała towarzysząca ciału, płciowości i związkom cielesnym.

W języku polskim, zwykle tak bogatym w słowa i ich odcienie, mamy tylko jedno słowo: ciało. Nie ma u nas greckich sarx i soma, rosyjskiego tieła i płoti czy angielskich flesh i body. Nie ułatwia to z pewnością rozważań o teologii ciała. A szkoda, bo ciało ciału nierówne. O ile istnieją teologiczne koncepcje ludzkiej cielesności, ściśle związane z biblijną antropologią, o tyle nie ma nic „teologicznego” ani wzniosłego w śluzie, odciskach, pocie czy spermie.

Kolejna godna uwagi sprawa to pojęcie tego, co naturalne. W myśli Ojców naturalny jest stan człowieka edenicznego, takiego, jaki był przed upadkiem i jaki będzie ponownie w chwili Paruzji. Stąd też „odzienie ze skór” wzmiankowane w Księdze Rodzaju oznacza w myśli patrystycznej naszą obecną cielesność, z jej podatnością na choroby, zmęczenie, starzenie, koniecznością ciągłej regeneracji itp. Nasz stan obecny nie jest w takiej perspektywie naturalny.

Popularność TC ma jeszcze jeden aspekt, który nazwałbym higienicznym. Otóż, czy tego chcemy czy nie, jesteśmy najmniej chyba cielesnym z pokoleń, jakie żyły dotąd na Ziemi.

W czasach, kiedy Plotyn nauczał o doskonałej Jedni, św. Grzegorz z Nyssy pisał o wkraczaniu śladem Mojżesza w Boską ciemność a Kepler poszukiwał muzyki sfer, świat i jego codzienność wyglądały nieco inaczej. Większość ludzi przebywała niemal ciągle w bliskości zwierząt, kanalizacja była luksusem dostępnym niewielu, zaś wszy i pcheł nie oglądało się w zoo. Prawie każdy rodzic doświadczał smutku utraty dziecka. Sezonowy głód albo półgłód był powszechnym zjawiskiem. Stan błogosławiony zapalał lampkę alarmową z napisem „memento mori” (nieprzypadkowo niektóre ludy środkowoamerykańskie uważały, że trzy kategorie ludzi trafiających do ich wersji Nieba to ofiarowani bogom, polegli na wojnie i matki zmarłe przy porodzie). Brud i śmierć były bliżej człowieka. W Hiszpanii istniał zwyczaj pozostawiania zmarłych królów w otwartej trumnie, aby poddani wiedzieli, że nawet pomazaniec Boży obraca się w końcu w proch. Życie było krótsze (choć „trzydziestopięcioletni starcy” są oświeceniowym mitem) i bardziej brutalne, czy, jak wolicie, intensywne.

Były to warunki skrajnie dalekie od aseptycznej – w każdym sensie - alkowy człowieka, żyjącego w czasach po zwycięstwie Rewolucji Seksualnej.

Jednak tym, co budzi moją rezerwę wobec TC w wersji popularnej nie są w pierwszym rzędzie założenia teologiczne ani ignorowanie historycznego kontekstu, tylko towarzyszące jej przekonanie, że konieczna jest redefinicja chrześcijańskiej Tradycji dla człowieka czasów postmodernizmu. Nie wydaje mi się, żeby chrześcijaństwo potrzebowało zmiany makijażu na bardziej sexy. Tym, co przesądziło o zwycięstwie chrześcijaństwa w przeszłości była pewna forma triumfu nad ciałem zwana męczeństwem. Chrześcijaństwo nigdy nie zwycięża dzięki argumentom racjonalnym czy utylitarnym. Chrześcijaństwo zwycięża tylko wtedy, gdy ukazuje temu światu swoją poza-światową istotę. Kobiety i dzieci wytrzymujące tortury i przyjmujące spokojnie śmierć albo ludzie, którzy potrafili wyrzec się stosunków cielesnych z troski o własną duszę i z miłości do Boga, mieli olbrzymi wpływ na wielu starożytnych pogan. Nie trzeba zresztą sięgać tak daleko wstecz. Wielu misjonarzy pracujących w Afryce opowie wam historie o tym, jak tubylcy próbowali odnaleźć w chacie misjonarza miejsce, gdzie ukrywa on swoją kobietę i byli bezgranicznie zdumieni, kiedy kolejne próby kończyły się fiaskiem.

To co działało w przeszłości, zadziała i w przyszłości. Pewne rzeczy są w chrześcijaństwie niezmienne.

Superhigieniczna i syta współczesność jest anomalią w historii a popularność TC jest przede wszystkim odzwierciedleniem faktu, że żyjący w tej – pod wieloma względami miłej i komfortowej – anomalii ludzie celebrują seks i ogólnie cielesność na skalę niedostępną dawnym pokoleniom.


.

poniedziałek, czerwiec 09, 2008

Cumberland albo o tym, iż Anglicy nie jeden, iż cztery sosy mają

.

Francuzi mawiają zgryźliwie, że Anglicy mają tylko jeden sos, chlebowy, ale są w błędzie. Wprawdzie kuchni angielskiej daleko pod względem różnorodności sosów (pod każdym innym też) do francuskiej, chińskiej czy gruzińskiej, ale nie jest ona kulinarną monokulturą jednego sosu. Oprócz chlebowego istnieje bowiem sos miętowy, używany bodajże do potraw z baraniny a także sos_Worcestershire. Ten ostatni nie jest wprawdzie klasycznym sosem, ale bardziej przyprawą w płynie (podobnie jak sos sojowy czy maggi), nosi jednak dumne miano sosu. Z tym sosem należy zachować ostrożność. Kilka kropel dodanych do zupy, marynaty, duszonego mięsa albo niektórych drinków czyni cuda ale nadmiar może zaszkodzić. Mój serdeczny przyjaciel Towarzysz Trokier w czasach kiedy prowadził legendarny już dziś sklepik na bazarze przy Placu Szembeka wysączył sobie któregoś letniego dnia pół butelki tego sosu, tak jakby to była kawa albo soczek. Ten kulinarny eksperyment przypłacił, jeśli mnie pamięć nie myli, lekkim atakiem wątroby.

Czwarty i chyba najlepszy z angielskich sosów to Cumberland. Na pierwszy rzut oka przypomina domową konfiturę, gdyż jest to mieszanka przecieru z czerwonych porzeczek, cukru trzcinowego, skórek cytrusów, słodkiego porto, musztardy i kilku przypraw. Można podawać go do zimnej pieczeni albo dobrego, domowego pasztetu, szczególnie gęsiego. Satysfakcja gwarantowana. Najlepiej jednak wymieszać cumberlanda z sokami i tłuszczem z piekącego się mięsa i tak powstały płyn zredukować szybko à la française w rondelku. Powstały w ten sposób gęsty, aromatyczny sos doskonale skomponuje się z pieczoną kaczką, kurczakiem a nawet wołowiną. Warto spróbować, choć autentycznego cumberlanda niełatwo w Polsce dostać, trzeba szukać w sklepach typu „kuchnie świata”.

Mimo kilku jaśniejszych punktów, takich jak sos Cumberland, kulinarny krajobraz Anglii jest szary i smętny. Kuchnia angielska ma na świecie okropną reputację. Zdaje się, że w Irlandii i Szkocji nie jest lepiej. Czy ktoś z Czytelników Studionu jadł kiedyś jakąś smaczną, tradycyjną potrawę z Wysp?


.

czwartek, czerwiec 05, 2008

Chagall, Mojżesz i Morze Czerwone

.



.

Dziś przypadkiem natknąłem się na ten obraz Chagalla, zatytułowany „Rozstąpienie Morza Czerwonego”. Zaintrygował mnie bardzo i trochę urzekł.

Czy więcej w tym obrazie duszy wielkiego, światowego artysty czy Żyda z podwitebskiego sztetlu? Kim jest tajemnicza, chyba kobieca postać w morskiej głębinie? Czy korona (?) Mojżesza nie przypomina czasem rogów? Czy rysy Mojżesza nie są niepokojąco podobne do oblicza Pana Tumnusa z ilustracji Pauline Baynes do „Opowieści z Narni”? Pytania mnożą się jak króliki, zapraszam do dyskusji.


.



środa, czerwiec 04, 2008

Dziesięć herezji dla współczesnego człowieka

.


.


  1. Poczucie własnej wartości i kompleksy są równie szkodliwe dla zdrowia. Obydwa stanowią dwa bieguny negatywnego zjawiska zwanego filautią – umiłowaniem siebie.

  2. W Kosmosie nie ma inteligentnego życia poza Ziemią. Natura ludzka jest jedynym we Wszechświecie fenomenem, który ma charakter jednocześnie cielesny i bezcielesny, materialny i noetyczny.

  3. Natura zawsze odzwierciedla stan dusz i umysłów ludzi. Dlatego niektórzy analizując „dane naukowe” znajdują w nich potwierdzenie teorii ewolucji.

  4. Współczesny nadmiar żywności pozbawił człowieka umiejętności biesiadowania.

  5. Każdy może myśleć i czuć co chce, nie znaczy to jednak, że jego uczucia i myśli są dobre tylko z tego powodu, że są jego.

  6. Homoseksualizm to zaawansowana forma pożądliwości i nic ponadto. Jeżeli jest w nim jakaś głębia to jest to głębia bólu.

  7. Intelektualista to termin ukuty w czasach dekadencji cywilizacji zachodniej. W żadnym wypadku nie może stanowić synonimu mędrca.

  8. Nie każdy powinien chodzić do szkoły. Są nawet szkoły, do których nikt nie powinien chodzić.

  9. Prawo podaży i popytu ma charakter demoniczny.

  10. Niechęć współczesnego świata do Boga wynika z głęboko skrytej obawy przed Sądem.




.

poniedziałek, czerwiec 02, 2008

Wątki solarne w kulturze sowieckiej

.




.