.Swojego czasu zdarzyło mi się napisać na
forum Frondy, że ten, kto przekroczył dwudziestkę i czytając Nietzschego nie wybucha śmiechem, musi jeszcze dorosnąć. Ten krótki i w zamierzeniu prowokacyjny wpis wywołał dość burzliwe reakcje fforumowiczów, którzy, jak widać, traktują dzieła FN z większą niż ja atencją.
Oczywiście interpretowanie myśli martwych filozofów jest zajęciem skrajnie subiektywnym i Nietzsche nie jest tu wyjątkiem. Słusznie pisał Fichte, że filozofia, jaką wybieramy, zależy od tego, kim jesteśmy. Podobno, choć głowy za to nie dam, filozofem, który odkurzył na postnowoczesną modłę myśl Nietzschego i wprowadził ją w pole zainteresowania filozoficznego mainstreamu był Deleuze. Uważał, że N. stanowi dobrą odtrutkę na modny wówczas neoheglizm Kojeve’a, którego nie lubił (neoheglizmu, Kojeve’a może też). Załóżmy więc, że istnieje najpopularniejszy obecnie Nietzsche czytany przez Deleuze’a czytany przez Foucaulta (i dalej przez Sławusia z FF?). Ale jest też Nietzsche czytany przez Jaspersa czytany przez Tomasza Gabisia, Nietzsche czytany przez młodego Juengera czytany przez Szczepana Twardocha, zapewne istnieje Nietzsche czytany przez Slavoja Żiżka a nawet Nietzsche czytany przez różnych filozofów, np. Milbanka, czytanych przez Studytę. Wszyscy ci Nietzschowie tańczą niczym panowie niewidzialni na moście w Avignon, składając się na coraz doskonalszy obraz Ważnego Filozofa XIX Wieku.
Poniższe krótkie uwagi o myśli Nietschego stanowią obiecane niegdyś rozszerzenie wspomnianego wpisu na Forum Frondy.
1.
Podobno w oryginale jego pisma bywają niezłą literaturą, ale polski przekład zawsze budził we mnie lekką irytację. FN urodził się za wcześnie, dziś, w dobie powszechnej wizualizacji i błyskawicznego przepływu informacji, jego efekciarski styl zapewne przyniósłby mu ogromny sukces. Może się mylę, ale wyczuwam w tym myslicielu wielki ładunek narcyzmu, na co w przypadku intelektualistów jestem bardzo uczulony.
2.
W narracji, która uczyniła Nietzschego sławnym – czyli w przeciwstawieniu Dionizosa i Apollona - chrześcijański Bóg właściwie nie występuje. Ma ona znikome znaczenie dla chrześcijaństwa, gdyż jest to w istocie opowieść o wojnie dwóch niemożliwych do pogodzenia form pogaństwa. Zresztą odwieczny spór dwóch antycznych bogów, do którego lubią odwoływać się epigoni Nietzschego przybierał w jego myśli na tyle różne formy, że trudno mówić o jakiejś jednolitej i spójnej koncepcji. W
Narodzinach tragedii mamy prostą, dialektyczną opozycję Dionizosa i Apollona jako pierwiastków „ładu” i „chaosu”; z czasem, u Nietzschego „późnego” opozycja ta przybiera bardziej wysublimowaną formę: apoliński porządek staje się echem czy raczej reakcją wobec pierwotnej dionizyjskiej gwałtowności i przemocy, która jest twórczym dynamizmem leżącym u podstaw wszelkich przemian w świecie i sama jest źródłem swojego cyklicznego odnowienia.
Nietzscheańska wizja życia jako agonu i chrześcijańska, interpretująca świat jako dar i łaskę, są oczywiście nie do pogodzenia. Ale, paradoksalnie, istnieje jeden moment, w którym myśl N. zbliża się do chrześcijańskiej – jest to przekonanie niemieckiego myśliciela, że ból istnienia nie może służyć za usprawiedliwienie nienawiści wobec świata. To bardzo ewangeliczna postawa, choć biedny Fryderyk pewnie by się z tym nie zgodził.
3.
Bodajże Copleston zauważył, że N. pisał o chrześcijaństwie, jakby było ono manicheizmem. To poważny błąd, który wystarcza do dyskwalifikacji FN jako poważnego krytyka chrześcijaństwa. Ale można wytknąć mu też inne. Jego wiedza o chrześcijaństwie wydaje się zaskakująco płytka, oparta protestanckiej „ortodoksji” i na ustaleniach niemieckiej szkoły krytyki historycznej, jednego z najbardziej ponurych zjawisk w dziejach myśli chrześcijańskiej.
Sposób, w jaki Nietzsche interpretuje Pismo Święte, jego zawężenie chrześcijańskiej soteriologii do
anzelmiańskiej koncepcji zadośćuczynienia zastępczego, przedstawienie Chrystusa jako nauczyciela moralności i człowieka szlachetnego ducha, z pewnością nie jako wcielonego Boga czy choćby apokaliptycznego proroka, który biczem wypędza przekupniów ze Świątyni - wszystko to nosi na sobie piętno całkowicie dziś anachronicznego postrzegania chrześcijaństwa, jego tradycji a nawet nauki moralnej.
W pewnym sensie trudno czynić z tego Nietzschemu zarzut. Dochodzę tu do kluczowej dla interesujących się myślą tego filozofa kwestii. Otóż Nietzschego, na ile go rozumiem, wcale nie interesowało chrześcijaństwo takie, jakie jest, lecz jego własna wizja chrześcijaństwa, z którą zawzięcie polemizował i która stanowiła znakomitą odskocznię dla egzystencjalnych rozważań. Nietzsche „działa” – na sposób narracyjny, w sensie siły retoryki - najmocniej tam, gdzie krytykuje chrześcijańską duchowość jako estetyczną i duchową inwersję i perwersję, np. w tych fragmentach
Poza dobrem i złem, w których pisze o zgorszeniu, jakiego antycznej wrażliwości dostarczyły słowa „Bóg na krzyżu”. Nietzschemu nie podoba się narracja, jaką oferuje chrześcijaństwo, w zamian oferuje swoją i czyni to z przekonaniem, że stawką są losy cywilizacji i człowieczeństwa. W tej bitwie smaków nie ma obiektywnego kryterium dla ustalenia zwycięzcy: kto akceptuje kontr-narrację Nietzschego ten widać nie znalazł nic pociągającego w chrześcijaństwie i vice versa.
Podobnie rzecz ma się ze spotykanym u Nietzschego traktowaniem chrześcijaństwa jako „platonizmu dla ludu”. Nie łudźmy się, te wypowiedzi Nietschego nie stanowią próby podjęcia poważnej dysputy metafizycznej czy nawet hermeneutycznej. Nietzsche deklaruje tu po prostu swoją, ukrytą za parawanem filozoficznych pojęć, niechęć wobec tego, co postrzegał jako etos niechęci wobec cielesności, upokorzenia zmysłowości, nadmiernej celebracji pierwiastka duchowego, etos duchowej kastracji i kultu śmierci. Figura Dionizosa miała być na ten destrukcyjny etos odtrutką, gdyż, wedle Nietzschego, właśnie on jednoczy w harmonijny sposób najsilniejsze impulsy duchowości i zmysłowości. Pewnie dlatego tak lubią Nietzschego artyści, którzy, jak na artystów przystało, ostro balangują i eksperymentują z poszerzaniem świadomości, co w ich mniemaniu stanowi fuzję duchowości i cielesności.
4.
Swojego czasu uciąłem sobie
dłuższą dyskusję na tematy dionizyjsko-apollińskie z niezrównanym Panemdante. Nie wycofuję się ze wszystkiego, co napisałem w tej internetowej wymianie zdań, ale przyznaje dziś rację Panudante, który napisał, że „Chrystus wywraca wszystko”. Istotnie, wobec potęg rządzących tym światem Bóg objawiony w Jezusie Chrystusie jest wielkim anarchistą, którego kenotyczna miłość znosi wszelkie dialektyczne podziały, zarówno te wymyślone przez ludzi jak i te, których ojcem jest Władca Much. Wobec takiego Boga Apollo i Dionizos zawiązują koalicję broniącą zamkniętego świata chaosu i porządku i to jest najważniejsza chyba lekcja, jaka płynie z lektury Nietschego.
Właściwie nic więcej w temacie Pana FN nie ma do powiedzenia. Trwająca po dziś dzień fascynacja jego myślą jest dla mnie niezrozumiała, ale to raczej mój problem. Cioran jawi mi się jako myśliciel mądrzejszy i ciekawszy a do tego brzmi na współczesną nutę, a ja w końcu jestem dzieckiem swojego czasu, choć nie chcę żenić się z jego duchem, bo jak mawiają w Portugalii, kto się żeni z duchem czasu, ten prędko zostaje wdowcem.