czwartek, lipiec 24, 2008

Mapy

.

W pewnym Cesarstwie Sztuka Kartografii osiągnęła taką doskonałość,
że mapa jednej tylko prowincji zajmowała całe Miasto (Borges)

Weź płaski arkusz mapy, globus in plano, i ujrzysz tu Wschód tam zaś Zachód, tak odległe od siebie, jak tylko odległe mogą być dwa punkty. Wystarczy jednak przekształcić płaszczyznę mapy w krągłość globu (…) i oto Wschód i Zachód zetkną się i staną jednym. Uznaj więc i życie człowieka za taki krąg: prochem jesteś i w proch się obrócisz, nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. W tym kręgu dwa punkty – łono i grób – stykają się i stają jednym i jeden tylko krok wystarczy by przejść z jednego do drugiego (z kazania Johna Donne’a na psalm 89)



Mój dziadek po mieczu był za młodu marynarzem. Studiował w Akademii Morskiej w Gdyni i wziął udział w rejsie „Daru Pomorza” dookoła przylądka Horn w 1937 roku. Koledzy przezywali go Foka, gdyż znakomicie pływał, jednak jego dobrze zapowiadającą się karierę morską przerwała wojna a później poważna choroba nerek. Mimo to dziadek zachował więzi z morzem, pracując niemal do końca życia w Ministerstwie Żeglugi. Odwiedzając go w jego mieszkaniu przy Marszałkowskiej lubiłem zaglądać do niewielkiej służbówki, w której centralne miejsce zajmowała szafa z książkami. Wygrzebałem z niej pierwsze książki o tematyce marynistycznej, napisane przez Georgesa Blonda „Atlantyk” i „Pacyfik” (a także stare numery Playboya), jednak najbardziej interesowały mnie wielkie, oprawione w czarną skórę - teraz wiem, że był to skaj - woluminy spoczywające na dolnej półce dziadkowej biblioteczki. Wyobrażałem sobie, że tak właśnie wyglądały średniowieczne, iluminowane przez kopistów księgi. W rzeczywistości te czarne woluminy były atlasami świata. Były tam atlasy starsze, gdzie na mapie Afryki widniały jeszcze takie miejsca jak Francuska Afryka Równikowa i Tanganika i nowsze, odzwierciedlające geografię polityczną świata po „Roku Afryki”. Chyba wtedy, podczas wizyt u dziadka zaczęła się moja fascynacja mapami.

Z początku znajdowałem przyjemność we wkuwaniu nazw rzek, łańcuchów górskich i pustyń. Przykład dał kolega z klasy (później dwukrotny szachowy mistrz Warszawy juniorów, dziś sympatyczny abnegat i namiętny autostopowicz), który znał na pamięć niemal całą geografię fizyczną Eurazji. W tamtym czasie potrafiliśmy z pamięci wymienić najwyższy szczyt w górach Kun-Lun albo określić, na jakiej szerokości geograficznej znajduje się południowy grzbiet Gór Stanowych. Wkrótce zamiłowanie do map przybrało inną postać. Wciągnęła mnie literatura fantasy. Odkryłem „Hobbita” a później trylogię Tolkiena, opatrzone mapami fikcyjnego świata. Wraz z kolegą stworzyliśmy wielką mapę świata zwanego Trójrzeczem, który – nietrudno się domyślić – zainspirowany był tolkienowskim Śródziemiem. Mam ją po dziś dzień, schowaną gdzieś w domowym Archiwum Rzeczy Ważnych i Niepotrzebnych.

Spędzałem wtedy sporo czasu rysując mapy fikcyjnych lądów a pojawieniu się każdej nowej mapy towarzyszyła opowieść. Każdy szczegół mapy mógł stać się zaczątkiem interesującej historii i odwrotnie, niemal każda historia przybierała postać kolejnego kawałka kartograficznej mozaiki. Z czasem zrozumiałem, że mapy i opowieści są ze sobą związane. Mapa jest abstrakcyjnym przedstawieniem rzeczywistości. W pewnym sensie jest najprostszą formą symbolu. W odróżnieniu od symboli „wyższych”, takich jak ikona czy krzyż, mapa nie posiada ścisłej więzi z tym, co przedstawia, brak jej elementu partycypacji w rzeczywistości, którą odwzorowuje. Ale jej urok polega właśnie na umowności i nieprzystawalności do przedstawianego terytorium: nawet najdokładniejsza albo najpiękniejsza mapa jest tylko krzywym odbiciem rzeczywistości, cieniem i echem tego, co realne.


Mapy bywają tak różne, jak opowieści. Trzynastowieczna mapa z Psałterza Londyńskiego, z Jeruzalem w centrum świata jest równie prawdziwa, co mapa polityczna świata z roku 2008, jednak przekazują one zupełnie inne prawdy.




Mapy fascynują i inspirują. Borges poświęcił im dwa teksty. Pierwszy, miniaturka „O ścisłości w nauce” (Neil Gaiman sparafrazował ją, a może po prostu popełnił plagiat, we wstępie do tomu opowiadań „Rzeczy ulotne”) opowiada o stworzonej na rozkaz pewnego władcy mapie Cesarstwa odpowiadającej temu Cesarstwu rozmiarem i pokrywającej się z nim w każdym punkcie. To kalkowanie świata kończy się tragicznie, bo mapa pokrywająca się z rzeczywistością nie jest nikomu potrzebna. Po latach z mapy doskonałej, zniszczonej przez słońce, wiatry i deszcze, pozostają tylko ruiny mapy, które wiatr goni po Pustyniach Zachodu.

Mapa pojawia się też w eseju „Ukryta magia w Don Kichocie”. Borges odwołuje się tam do paradoksu sformułowanego przez amerykańskiego filozofa Josiaha Royce’a, który zwrócił uwagę, że nawet, gdyby udało się stworzyć idealną pod względem dokładności mapę Anglii, która zajęłaby jakiś skrawek angielskiego terytorium, to na tej mapie zabrakłoby jednego obiektu: samej mapy. Dlatego konieczne byłoby dodanie do mapy wizerunku mapy, ale i ten wizerunek musiałby zawierać w sobie wizerunek mapy i tak bez końca. Zatem to, co udało się kartografom Cesarza – absolutne, kartograficzne mimesis świata realnego - jest w rzeczywistości zadaniem niemożliwym do wykonania.

A jednak mapa może być czymś więcej niż prostym symbolem. Mapa to próba powiedzenia czegoś o rzeczywistości, jest więc historią, tyle, że opowiedzianą za pomocą specyficznych środków. Każdy człowiek jest kreślarzem takich map. Historie jakie opowiadamy innym i historie, które słyszmy tylko w swoim sercu, to mapy budujące w nas obraz rzeczywistości i wskazujące drogi, którymi możemy w tej rzeczywistości wędrować. Potrzebujemy opowieści, symboli, metafor i map, aby nie zgubić się w chaosie ciągle zmieniającego się świata, aby ten świat oswoić i uczynić znośniejszym. Ale musimy też pamiętać, że mapy i opowieści mają wspólne cechy: niedoskonałość i umowność. Czasem trzeba przyznać, że nasza mapa jest fałszywa, że opowieść, którą nam opowiedziano, lub którą snuliśmy sami, zwiodła nas na manowce, że nasze oczy zawodzą nawet w świetle dnia a doktryny i filozofie, którymi się kierujemy, są nic nie warte. Nie zawsze jest to złe. Kiedy opuszczamy terytorium, znane nam z mapy i wkraczamy do terra incognita, mamy szansę, aby oddać się w opiekę Prawdziwego Kartografa. Nawet fałszywa mapa może stać się źródłem łaski i drogą do prawdziwej Opowieści.






.

wtorek, lipiec 22, 2008

Sola fide

.

Święci ojcowie w Sketis usiłowali odgadnąć, jak się będzie przedstawiało ostatnie pokolenie. I pytali: "Czego myśmy dokonali?" Jeden z nich, wielki abba Ischyrion, odpowiedział: "Myśmy wypełnili połowę tego, co nasi poprzednicy". Oni na to: "A ci, co przyjdą po nas, jacy będą?" Odrzekł" "Ci dojdą do połowy naszej miary". Pytali go więc dalej: "A ci z ostatniego pokolenia?" Odpowiedział: "Ich pokolenie w ogóle nic nie osiągnie, ale przyjdzie na nich próba i ci, którzy w owych czasach zachowają wiarę zostaną uznani za większych od nas i naszych ojców".

.

środa, lipiec 16, 2008

Apologia barbum

.

1. Broda – szlachetną częścią ciała

Istnieje stara perska opowieść, której bohater, syn arystokraty udaje się w podróż na Zachód, zapewne do Grecji lub Rzymu, w celu odbycia tam studiów. Gdy po kilku latach powraca gładko ogolony, jego ojciec łapie się za głowę i krzyczy: „Co uczyniłeś? Dlaczego okaleczyłeś swą brodę?”

2. Broda niebiańska

Pewnego razu reporter Neewsweeka włóczył się po moskiewskich cerkwiach i przyglądał się ikonom. Zastanowiło go dlaczego cesarz Konstantyn na ikonach ma brodę, skoro zachowane rzymskie popiersia przedstawiają go jako człowieka ogolonego. W końcu postanowił zapytać o to jakiegoś człowieka, który właśnie wychodził z cerkwi po nabożeństwie. „Ach, to jego niebiańska broda” odpowiedział spokojnie Rosjanin i poszedł dalej.

3. Broda proroka jako symbol uświęcenia

Oto jako rzecz dobra, i jako wdzięczna, gdy bracia zgodnie mieszkają. Jest jako olejek najwyborniejszy wylany na głowę, ściekający na brodę, na brodę Aaronową, ściekający aż i na podołek szat jego. Jako rosa Hermon, która zstępuje na góry Syońskie; albowiem tam daje Pan błogosławieństwo i żywot aż na wieki [Ps 132(133)]

.

wtorek, lipiec 15, 2008

Pogańskie rozterki

.


Odszedł więc Naaman i zanurzył się siedem razy w Jordanie, według słowa męża Bożego, a ciało jego na powrót stało się jak ciało małego dziecka i został oczyszczony. Wtedy wrócił do męża Bożego z całym orszakiem, wszedł i stanął przed nim, mówiąc: Oto przekonałem się, że na całej ziemi nie ma Boga poza Izraelem! A teraz zechciej przyjąć dar wdzięczności od twego sługi! On zaś odpowiedział: Na życie Pana, przed którego obliczem stoję - nie wezmę! Tamten nalegał na niego, aby przyjął, lecz on odmówił. Wtedy Naaman rzekł: Jeśli już nie chcesz, to niechże dadzą twemu słudze tyle ziemi, ile para mułów unieść może, ponieważ odtąd twój sługa nie będzie składał ofiary całopalnej ani ofiary krwawej innym bogom, jak tylko Panu. To jedynie niech Pan Bóg tylko przebaczy twemu słudze: kiedy pan mój wchodzi do świątyni Rimmona, aby tam oddać pokłon, opiera się na moim ramieniu - wtedy i ja muszę oddać pokłon w świątyni Rimmona, podczas gdy on oddaje pokłon. Tę jedynie czynność niech Pan Bóg przebaczy twemu słudze! On zaś odpowiedział mu: Idź w pokoju!

/2 Krl 5m,15-19/

------------------------------

18. Król Hakon składa ofiary

Po następnych żniwach, przed zimową porą, odbywała się uczta ofiarna w Hlader i król na nią przybył. Było do tej pory jego zwyczajem, gdy był obecny na miejscu składania ofiar, że spożywał swój posiłek w małym domku sam, lub z kilkoma ze swych ludzi. Lecz teraz bondowie zaczęli narzekać, że nie zasiada na swym wysokim stolcu pośród radosnego spotkania ludu. Jarl stwierdził, że król powinien zrobić to tym razem. Król stosownie do tego zasiadł na swym wysokim stolcu. Gdy pierwsze kielichy zostały napełnione, jarl Sigurd powiedział nad nimi kilka słów, błogosławiąc je w imię Odyna i przepił z rogu do króla; król wziął kielich i uczynił nad nim znak krzyża. Odezwał się wtedy Kar z Grytingu, „Co król robi? Czy nie ma zamiaru złożyć ofiary?” Jarl Sigurd odpowiedział, „Król robi to co wy wszyscy, którzy ufacie w swą siłę i moc. Błogosławi on pełny kielich w imię Thora, czyniąc znak jego młota nad nim przed wypiciem.” Uciszyło to ludzi na ten wieczór. Następnego dnia, gdy ludzie zasiedli za stołem, bondowie silnie naciskali na króla, by ten zjadł końskie mięso; a gdy nie chciał się zgodzić, zażądali by wypił zupę; a gdy i wtedy odmówił, obstawali żeby choć spróbował sosu; na jego kolejną odmowę, zaczęli przygotowywać się do użycia siły. Wtedy nadszedł jarl Sigurd i zaprowadził spokój, prosząc króla, by ten przystawił usta do brzegu kociołka, z którego unosił się tłusty dym gotującej się koniny; król najpierw przyłożył lniane sukno do kociołka a potem rozwarł nad nim usta i wrócił na miejsce; lecz nikogo tym nie usatysfakcjonował (…) Jarl Sigurd usiłował pogodzić zwaśnione strony i doprowadził do tego, że król zjadł nawet kawałek końskiej wątroby i opróżnił wszystkie kielichy napełniane przez bondów, nie czyniąc znaku krzyża; lecz gdy tylko święto się skończyło, król i jarl wrócili do Hlader. Król był bardzo niezadowolony i przygotowywał się do opuszczenia Trondheim razem ze wszystkimi swymi ludźmi; mówiąc, że następnym razem, gdy odwiedzi Trondheim, uczyni to z taką mocą zbrojnych, iż odpłaci bondom za ich wrogość.
.
/Heimskringla - Snorri Sturluson/

.

poniedziałek, lipiec 07, 2008

Ciemna strona zaczarowanego świata

.

W jednym z niedawnych wpisów wspomniałem o wizji hierarchicznego, „zaczarowanego” i rządzonego przez osobowego Boga za pośrednictwem anielskich posłańców Wszechświata, która stanowiła fundament światopoglądu Europejczyków przez długie stulecia. Ale ten „zaczarowany świat” miał też swoją ciemną stronę i o niej będzie ta notka.

Megas protosynkellos Józef z Efezu, cieszący się wielkim autorytetem bizantyjski duszpasterz z XIV wieku jest autorem zbioru pięćdziesięciu siedmiu odpowiedzi kanonicznych, napisanych na prośbę kreteńskiego proboszcza Jerzego Drazinosa. Jednym z ważniejszych problemów, z jakim zmagał się ten kreteński duchowny, była rozpowszechniona wśród jego trzody wiara we wszelkiego rodzaju istoty i działania demoniczne. W nadesłanych przez Drazinosa zapytaniach wzmiankowane są różnego rodzaju amulety, przywoływanie demonów, ożywianie zwłok i kobiety – wampiry. Owe demoniczne istoty zwane były przez lud gyloudai. Nazwa ta wywodzi się od strzygi Gylou, o której istnieniu w zbiorowej imaginacji prostaczków wspomina już św. Jan Damasceński w VIII wieku. Nie wykluczam, że wiara w istnienie Gylou mogła być żywa jeszcze w XIX wieku i zawędrować wraz z żonami greckich emigrantów do Ameryki, choć o ile pamiętam, Gylou nie pojawia się w znakomitych „Amerykańskich bogach” Neila Gaimana.

Gyloudai przybierały zwykle postać starych, odrażających kobiet. Wypijały krew z noworodków i małych, nie starszych niż rok, dzieci, doprowadzając je do ciężkiej choroby lub śmierci, czasem uprowadzając je. W kulturze, która właśnie krew uznawała za główny wkład kobiety w pojawieniu się nowego życia (według bizantyjskiej hymnografii, Chrystus „utkał” sobie ciało z najczystszej krwi Dziewicy) postać kobiety, która zamiast oddawać, zabiera krew, musiała być szczególnie odrażająca. Odpowiadając na pytanie Drazinosa, jak radzić sobie z wiarą w wampiry, Józef z Efezu podkreślał, że tego typu wierzenia, rozpowszechniane najczęściej przez kobiety, pochodzą od diabła i należy dokładać wszelkich starań, aby zamknąć usta rozpowszechniającym tego typu baśnie. Największą szkodę, jaką przynoszą nie jest jednak groza zasiana w sercach naiwnych ludzi, lecz przeświadczenie, że śmierć niemowląt i małych dzieci dokonuje się z woli Szatana, któremu gyloudai służą. Tego typu opowieści są więc pośrednią propagandą satanizmu oraz dwubiegunowej, manichejskiej wizji świata.

Inną plagą trapiącą kreteńskie wsie byli tzw. katakhtonioi (zamieszkujący groby) czyli znane nam głównie z amerykańskich filmów zombi. Kto czytał znakomitą „Rodzinę wilkołaka” Aleksego Tołstoja ten wie, że wiara w nawiedzających wsie nieumarłych trzymała bałkańskich chłopów w kleszczach strachu jeszcze w XIX wieku. W Grecji, szczególnie na wyspach ubogich w ziemię uprawną, która jest tam prawdziwym skarbem, zmarłych na wsi po dziś dzień zakopuje się do grobu tylko na jakiś czas. Po kilku latach grób rozkopuje się a kości zmarłego umieszczane są w ossuarium. Zapewne rzadkie przypadki, kiedy ciało nie rozłożyło się w grobie, stały się przyczyną wiary w katakhtonioi. Grecka odmiana zombich posiadała pewne pożyteczne umiejętności. Zapytany w odpowiedni sposób katakhtounios potrafił np. przepowiedzieć przyszłość. Generalnie należało jednak na te stworzenia uważać, gdyż spotkanie z zombiakiem, szczególnie po zachodzie słońca na pustej drodze, mogło zakończyć się tzw. „skutkiem śmiertelnym”.

I w tym przypadku Józef z Efezu wskazuje na demoniczne źródła takiej wiary. Nierozłożone ciała należy pozostawić Bogu, zaś palenie ich równe jest świętokradztwu i powinno podlegać karze kanonicznej. Efeski kanonista nie wykluczał jednak, że pewne relacje dotyczące pojawiania się katakhtonioi mogły być autentyczne. Skąd takie przekonanie? Demony, zdaniem Józefa z Efezu, starają się znaleźć odpowiedni „klucz” do każdego człowieka i jeśli ktoś skłonny jest do wiary w zjawiska „nadprzyrodzone” to czasem zdarza się, że kusiciel może mu takich zjawisk dostarczyć. Stąd też „niezniszczalność” niektórych zwłok, otwieranie przez nie oczu czy nawet „mowa” mogły mieć demoniczne źródło.

Efeski kanonista pisał swoje wskazówki dla duszpasterza, zmagającego się z prastarymi, sięgającymi czasów starożytnych przesądami, jednak jego wnioski wydają się aktualne i dziś. Pierwszy i najważniejszy jest taki, że jedynie Bóg jest suwerenny i posiada władzę nad życiem i śmiercią. Drugi to wskazanie na fakt, że działalność demoniczna skupia się w duszach i umysłach ludzkich, jedynie sporadycznie przejawiając się w formie „cudownych” zdarzeń. Zdaniem Józefa z Efezu wiara w istoty typu gyloudai i katakhtonioi jest dowodem na to, że człowiek znajduje się w mocy demonicznego zwiedzenia, zwanego po grecku plani (łac. illusio, w tradycji słowiańskiej prelest’). Bardzo stąd niedaleko do spotykanych współcześnie opinii przypisujących charakter demoniczny przypadkom „bliskich spotkań trzeciego stopnia”.



.