poniedziałek, wrzesień 29, 2008

Bretońska melancholia

.




Podziękowania dla Pani Tain Bo za ten link.


.

czwartek, wrzesień 25, 2008

O chrześcijańskich rygorystach i chorobie (nad)gorliwości (1)

.

1.

Najpierw przyszło mi do głowy napisać tekst o sprawiedliwości i miłosierdziu, ale dzięki Bogu otrzeźwiałem i porzuciłem ten zamysł. Sama obfitość biblijnych fragmentów, w których pojawiają się Boża sprawiedliwość i miłosierdzie może przyprawić o zawrót głowy a samodzielne „badanie Pisma” w tym zakresie to prosta droga do szaleństwa. Napiszę jednak trochę na temat pokrewny, mianowicie o chrześcijańskim rygoryzmie. Być może pomysł na wpis wziął się stąd, że sam bywam od czasu do czasu rygorystą. Nie jest to u mnie postawa permanentna ale i nie tak znowu rzadka. Zdaję sobie przy tym sprawę, że to, czy jestem w danym dniu rygorystą, tradycjonalistą czy też skłaniam się w stronę miłosierdzia zależy od wielu czynników: pogody, tego, co zjadłem na śniadanie, kogo spotkałem i o czym rozmawiałem przez telefon z Panemdante.

Natomiast religijny rygoryzm jako konsekwentna postawa życiowa zdumiewa mnie i na swój sposób fascynuje. Rygorystyczny moralizm (bo już nie moralny rygoryzm) jest przypadłością spotykaną u chrześcijan wszystkich denominacji. Nie brakuje rygorystów wśród fundamentalistycznych baptystów z Tennessee, tradycyjnych i mniej tradycyjnych katolików a także tradycyjnych i mniej tradycyjnych prawosławnych. Wydaje się, że odsetek rygorystów jest najwyższy wśród protestantów, szczególnie nurtu kalwińskiego, ale gdzie rygorystów jest najmniej, tego nie jestem w stanie orzec. W każdym razie nietrudno ich spotkać.

Jeśli miałbym określić jakiś najmniejszy wspólny mianownik rygoryzmu to wskazałbym na mechanistyczne postrzeganie świata. Ludzie obdarzeni mentalnością rygorystyczną postrzegają świat i ludzkie życie w kategoriach nadprzyrodzonego mechanizmu przyczyn i skutków, okraszonego dla niepoznaki mianem Boga względnie Boskiej sprawiedliwości. Zazwyczaj bardziej od osób, którym wymierzona została „sprawiedliwość”, kochają reguły, według których „sprawiedliwość” jest wymierzana. Na każde pytanie mają zawsze gotową odpowiedź, B zawsze wynika dla nich z A. Nawet jeśli posługują się retoryką „kochającego Boga”, to i tak sprowadza się ona w końcu do prymitywnego przyczynowo – skutkowego determinizmu nagrody i kary, okraszonego tandetnym moralizmem w stylu „oto, co się dzieje, kiedy ludzie zapominają o Bogu”. Można wręcz odnieść wrażenie, że Bóg w świadomości rygorystów nie jest Osobą lecz niewidzialnym mechanizmem przeznaczonym do utrzymania sprawiedliwego porządku. Także człowiek nie jest już osobą, lecz automatem, którego zadaniem jest dopasowanie się do wyznaczonych odgórnie reguł, co owocuje nagrodą w postaci szczęścia, zdrowia i pomyślności. I odwrotnie: jeżeli maszyna z jakiegoś powodu się zbuntuje, „system” reaguje wymierzając należną karę w postaci choroby, ubóstwa, szaleństwa, apostazji dzieci itp. To, co naprawdę istotne to dopasowanie się do narzuconych z zewnątrz Reguł, reszta to nieistotny Szczegół. W skrajnej, chorobliwej formie, reprezentowanej przez pewnego internetowego publicystę, rygoryzm przybiera karykaturalne formy. Rygorysta rozważa wtedy takie problemy, jak moralna dopuszczalność okłamania gestapowców, którzy pytają nas czy ukrywamy w piwnicy żydowską rodzinę albo podejmuje próby ustalenia dopuszczalnej głębokości niewieściego dekoltu.

Przyznam, że snute czasem przez rygorystów wizje chrześcijańskich falansterów, w których dzień zaczynałby się od wspólnego śpiewania psalmów, wino i jedzenie smakowałoby lepiej a seks byłby świętszy, budzi we mnie niepokój. Jakoś nie bardzo widzę w nich miejsce dla Boga, który ogołocił się przybrawszy postać sługi aby obdarzyć upadłych ludzi obfitością prawdziwego Życia. To jeszcze jedna rzecz, o której rygoryści zdają się zapominać: Chrystus nie umarł po to, aby złych ludzi uczynić dobrymi ale po to, żeby martwych uczynić żywymi. Nawet jeśli takie ziemskie mikro-raje istniały w historii, skłonny jestem uważać je raczej za aberrację niż pożądaną normę. Ich krótki żywot, zakończony nieraz prawdziwa tragedią (vide rzezie Indian Guarani) skłania mnie ku opinii, że Bóg chce pokazać nam, iż żadne doskonałe i trwałe rozwiązanie ludzkich problemów nie jest możliwe na tym świecie.

Pełen gorliwości rygoryzm jest w gruncie rzeczy lustrzanym odbiciem relatywizmu. Obydwa cechuje to samo poszukiwanie pewności i prawdy nie tam, gdzie ona naprawdę się znajduje. Relatywistę dręczy strach, że jego „prawda, że nie ma żadnej prawdy”, może okazać się nieprawdą. Rygorysta w głębi duszy obawia się, że jego wzniesiona z mozołem symulakra prawdy, potężna twierdza zbudowana z reguł i kanonów prawidłowego postępowania, może rozsypać się w pył w zetknięciu z chaosem, brudem i potęgą życia. I jeden i drugi pragnie prawdy ale umieszcza ją w niewłaściwym miejscu: relatywista w braku reguł, rygorysta w ich nadmiarze.

2.

Bóg nie jest Temidą i nie waży ludzkich uczynków na wadze. Literalnie rozumiana psychostazja nigdy nie była i nie będzie chrześcijańskim dogmatem. Przecież gdyby Bóg był sprawiedliwy wedle ludzkiej miary, wszyscy skończylibyśmy w piekle. W bizantyjskich tekstach stanowiących podstawę prawosławnej liturgii bardzo często określa się Chrystusa mianem Monos Philanthropos – Jedynego Przyjaciela Człowieka. Liturgia, jak zawsze, wskazuje na najistotniejsze prawdy. Człowiek nie jest bowiem przyjacielem człowieka. Bez trudu - a i to nie zawsze - przychodzi mu tylko miłość do najbliższych, z której nie ma się co chlubić, ale mimo bagażu cywilizacyjnych konwenansów będących surogatem miłości nadal trudno mu zabić w sobie wilczy stosunek do bliźniego. Tylko Bóg jest przyjacielem człowieka, najlepszym i najwierniejszym. Hebrajskie tsedakav tłumaczone na grekę jako dikaiosyne oznacza sprawiedliwość. Ale tsedakav w oryginalnym kontekście to przede wszystkim Boże działanie mające na celu poprawę człowieka. Jest ono niemal synonimem słowa chesed - miłosierdzie, współczucie. Zatem sprawiedliwość Boża i Jego miłosierdzie są ze sobą powiązane w inny od ludzkiego sposób. Inna jest sprawiedliwość ludzka, inna Boża a najdoskonalszy przykład takiej sprawiedliwości to Golgota. Gdyby Bóg był sprawiedliwy w ludzkim rozumieniu, nigdy nie oddałby swojego Syna dla odkupienia upadłych istot ludzkich.

W pewnym sensie katechizmowe „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze” jest przyznaniem się do niewiedzy i wezwaniem do zachowania umiaru w sądzie. Wiemy, że każdy nasz czyn podlega osądowi ale nie znamy do końca kryteriów, które weźmie pod uwagę Sędzia. Nasza wiedza o materiale dowodowym jest nieskończenie mała, choć nieraz uważamy inaczej. Dlatego tak ważna jest umiejętność nie ferowania jednoznacznych wyroków w sytuacjach granicznych. Przypomina mi się historia jednego z ludowych świętych z Borderlands (pogranicza Meksyku i Teksasu), człowieka imieniem Juan, spalonego żywcem przez zazdrosnego męża, który przyłapał go in flagranti z własną małżonką. Umierając Juan wzniósł ku górze palec prawej dłoni i krzyknął: „Tam, na końcu, będzie Bóg”. Palec Juana przechowywany był przez wiele lat jako relikwia w ludowej kaplicy, do której ciągnęły pielgrzymki z północnego Meksyku. Kilka lat temu skradziono go, być może są jeszcze części świata, w których handel relikwiami jest opłacalnym biznesem.

Rygorysta postawiony wobec takiego przypadku nie znajdzie chyba łatwej odpowiedzi. Co bowiem robić z zamordowanym cudzołożnikiem? Z pewnością nie zdołał on odpokutować za swój grzech a jednak lud uznał go za osobę świętą. Czyżby ludowa intuicja wyczuła coś, czego nie potrafią zarejestrować ultraczułe mierniki rygorystów? A może to lud błądzi a rygorysta ma rację? Juan przypomina mi nieco człowieka z bizantyjskich fresków Sądu Ostatecznego, przywiązanego do kolumny, do której przybita jest tabliczka z napisem: był miłosierny, więc nie może być potępiony, był rozpustnikiem, więc nie może być zbawiony.

Ale podobnych, granicznych sytuacji nie poddających się prostej zero - jedynkowej interpretacji moralnego rygoryzmu jest znacznie więcej i nie zawsze mają one tak drastyczny charakter, jak dzieje Juana Od Wzniesionego Palca. Co robić ze znanym mi nieszczęśnikiem, który poddał się operacji zmiany płci ale nadal odczuwa więź z Bogiem, modli się, gotów jest oddać bliźniemu ostatnią koszulę a jego stosunek do bliźnich znacznie przewyższa to, co zwykliśmy nazywać uprzejmością i grzecznym zainteresowaniem? Według jakich kryteriów on będzie sądzony? I jak zostanę osądzony ja, który tak często myślę o tym człowieku z niechęcią i obrzydzeniem?

Niejednokrotnie bywa tak, że człowiek głoszący poglądy sprzeczne z ortodoksją ma w sobie więcej Bożej miłości niż zachowujący przykazania „porządny chrześcijanin”. Obydwaj czynią źle, ale czy wiemy, który bardziej? Który z nich uzyska nagrodę, który będzie ukarany? Czy naprawdę istnieje zestaw prostych odpowiedzi na te pytania?

3.

W swojej „Twierdzy wewnętrznej” Pierre Hadot kreśli filozoficzną sylwetkę Marka Aureliusza. Znajduje się w tej książce pewna pouczająca anegdota: oto młody Marek wybucha płaczem na wieść o śmierci swojego nauczyciela, Apoloniusza. Dworacy napominają go surowo, aby nie okazywał publicznie słabości, gdyż nie przystoi to przyszłemu cesarzowi, nie kryjącemu się na dodatek ze stoickimi przekonaniami. Jednak stary cesarz Antonin Pius beszta ich, mówiąc (cytuję z pamięci): Pozwólcie mu być człowiekiem. Niech prawa usną. Ani filozofia ani cesarstwo nie są w stanie pokonać uczuć.

Przekonanie, że prawo może czasem usnąć, jest dla rygorysty bluźnierstwem. Ale mądrzy Rzymianie nie bez powodu twierdzili, że dormiunt aliquando leges, numquam moriuntur - prawa czasem śpią, ale nigdy nie umierają. Myślę, że rozumie to także Bóg. To, że prawom zdarza się uciąć drzemkę wcale nie oznacza przyzwolenia na życie niemoralne czy pozbawione ograniczeń. Uznając, że litery prawa nie da się zastosować w każdych okolicznościach nie stwierdzamy, że prawo jest fałszywe. Jest to raczej pokorna konstatacja faktu, że prawo jest wieczne podczas gdy my śmiertelni i słabi a obrazu naszego życia nie da się nakreślić używając tylko czerni i bieli. Czy rygorystom, nalegającym aby prawo było przestrzegane we wszystkich sytuacjach, bez względu na konsekwencje, paradoksalnie nie brakuje czasem prostej wiary w to, że prawo jest dobre i prawdziwe?

Bóg nie oczekuje od nas, że go w pełni zrozumiemy. Bóg nie oczekuje od nas prawidłowej odpowiedzi na każde pytanie, jakie nam zada. Grzech to nie tylko świadomie zły wybór, ale czasem, jak pisze św. Grzegorz z Nyssy, także błędna ocena sytuacji. Dlatego w modlitwach znaleźć można prośby o wybaczenie grzechów dobrowolnych i mimowolnych. Pod koniec życia nie będziemy zdawali egzaminu z przerobionego materiału, ważne będzie raczej to, na ile sam proces nauki zdołał przemienić nasze serce i czy jest w nim miejsce dla kogokolwiek poza nami.
C.D.N.

.

poniedziałek, wrzesień 22, 2008

Kaczka po studycku

.
Weź cztery piersi kacze. Skórkę na każdej natnij w kratkę ostrym nożem. Ułóż na patelni skórką na dół i ustaw ją na średnim ogniu. Po chwili ze skórki zacznie wytapiać się kaczy smalec. Gotuj (smaż?) w nim kaczkę – Żabojady nazywają ten sposób przygotowania mięsa „confit” – przez 10 do 12 minut. Możesz dodać do tłuszczu pokrojony w plastry ząbek czosnku, danie będzie bardziej aromatyczne. Następnie obróć piersi (skórka powinna być już ładnie zrumieniona) i podsmażaj „mięsną” stronę przez 3 minuty. Tak przygotowane piersi wyjmij z patelni i ułóż w naczyniu żaroodpornym, oczywiście skórką do góry. Każdy kawałek mięsa skrop dość obficie sosem sojowym (raczej japońskim niż chińskim), oprósz szczodrze majerankiem, oregano i cząbrem. Między kawałkami kaczki ułóż kawałki jabłka i kilkanaście plasterków czosnku. Całość podlej kaczym tłuszczem z patelni i wstaw do gorącego (180 C) piekarnika na 35-40 minut. Podawaj z ziemniaczanym puree, popijaj lżejszym czerwonym winem (pinot noir, dolcetto d’Alba albo niemiecki dornfelder będą w sam raz).


.

czwartek, wrzesień 18, 2008

Strauss, Reformacja i historycyzm

.

Ten wpis pewnie by nie powstał, gdyby nie pojawienie się na Forum Frondy pewnego wojowniczego pastora - fundamentalisty. Sam pastor nie zabłysnął wprawdzie na FF pod żadnym względem, jednak kilka wątków, w których usiłował udowodnić wyższość radykalnego protestantyzmu à la mode américaine zachęciło mnie do ponownego przemyślenia pewnych spraw związanych z Reformacją. Ale po kolei.

Czytam ostatnio trochę o Leo_Straussie. Dzięki staraniom „Przeglądu Politycznego” i „Teologii Politycznej” można było w zeszłym roku nieco Straussa i o Straussie poczytać, choć trzeba przyznać, że polski bilans Straussowski jest wciąż żałosny: zaledwie jeden zbiór esejów wydany w latach dziewięćdziesiątych + klasyczne „Prawo naturalne w świetle historii”, które jakimś cudem ukazało się u schyłku rządów Towarzysza Wiesława. Skala zainteresowań Straussa była ogromna, wymienię tu tylko takie tematy jak wzajemny stosunek filozofii i polityki oraz rozumu i objawienia, odnowa klasycznej filozofii politycznej czy poszukiwanie metafizycznej podbudowy dla systemów politycznych w epoce „Ziemi Jałowej ” i choćby z tego względu, a także dlatego, że jego myśl, podobnie jak myśl Carla Schmitta jest uważnie studiowana przez ludzi mających wpływ na amerykańską politykę, warto się nim zajmować.

Na początku lat czterdziestych Strauss wygłosił w Ameryce cykl wykładów, w których starał się nakreślić genezę współczesnego historycyzmu i przedstawić jego krytykę z pozycji klasycznej filozofii politycznej. Jedno ze stwierdzeń Straussa uważam za szczególnie godne uwagi:


Życie ludzkie jest w zasadniczy sposób osadzone w historii, co oznacza, że człowiek potrzebuje tradycji, która dostarcza wskazówek dla dobrego działania, ułatwia komunikację społeczną i wzajemne zrozumienie. Ta tradycja, tradycja europejska, oparta na greckiej nauce i religii biblijnej, podlegała stopniowej likwidacji począwszy od XVI wieku [uwaga studycka: Strauss jest tu chyba zbytnim optymistą, początek kryzysu dałoby się spokojnie przesunąć kilka wieków wstecz]. Jest bowiem faktem, że człowiek nowoczesny podjął próbę uwolnienia się od wszystkich „przesądów” czyli w istocie od wszystkich tradycji. Ale owa próba pokazuje, jak wielka jest potrzeba tradycji: ten sam nowoczesny człowiek, który zniszczył wszystkie tradycje zmuszony został do szukania schronienia w historii. Historia jest współczesną namiastką Tradycji.


Oczywiście przekonanie o tradycji jako podstawie dobrze funkcjonującego społeczeństwa nie jest pomysłem Straussa. To antyczna idea, która już Platon przedstawiał jako coś oczywistego (fakt, że nie jest to oczywiste dla dużej ilości współczesnych wskazuje na obłąkany charakter naszych czasów). Jednak ciekawsze niż w gruncie rzeczy jałowa w obecnych warunkach apologia utraconej tradycji wydaje mi się pytanie: kto zawinił? Dlaczego Europejczycy z takim zapałem zaczęli podkopywać fundamenty domu, który od wieków zamieszkiwali? Odpowiedzi na to jest bardzo wiele a grupa winnych dość szeroka. Ale, stosując Straussowską tezę o historii będącej namiastką tradycji, można stwierdzić, że w gronie oskarżonych bezsprzecznie powinna zasiąść Reformacja.

Badając dzieje ruchów reformacyjnych trudno oprzeć się wrażeniu, że są one doskonałą ilustracją niebezpieczeństw, do których prowadzi radykalne zerwanie z tradycją, nawet jeśli dokonuje się ono w imię najszlachetniejszych celów. Radykalna krytyka zwyczajów i teologii zachodniego Kościoła (celowo abstrahuję teraz od kwestii stosunku łacińskiej tradycji tamtej epoki do pełni chrześcijańskiej tradycji, zachowanej na Wschodzie, gdyż jest to zbyt obszerny temat) była z pewnością ciosem wymierzonym w niepodważalną dotychczas rolę chrześcijańskiej tradycji.

Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że pierwsi reformatorzy nie pragnęli unicestwienia całej tradycji lecz starali się oczyścić ją z niebiblijnych, jak uważali, naleciałości. Właściwie tym, co leżało u początków Reformacji nie był problem historii lecz właśnie tradycji. Jednak podstawowe założenie, że to, co mówi – w mniemaniu reformatorów - Pismo, jest ważniejsze niż uformowana i zachowująca ciągłość od dnia Pięćdziesiątnicy hermeneutyka Pisma, musiało się w końcu obrócić przeciwko swoim zwolennikom. Czy tego chcieli czy nie, reformatorzy stanęli w pewnym momencie wobec faktu, że, wbrew temu, co oficjalnie głoszą, niełatwo jest im udowodnić historyczną więź z Kościołem, który opuścili. Zerwanie ciągłości, faktyczna utrata kilkunastu wieków – bo co właściwie może odpowiedzieć ewangelik na pytanie „gdzie byliście w IV wieku?” - zaowocowała poszukiwaniem jakichś nowych sposobów, mających udowodnić, że to właśnie Reformacja stanowi kontynuację prawdziwego nauczania Kościoła, odzyskanego i oczyszczonego po długich stuleciach błędów i wypaczeń. Pragnienie to zaowocowało rozkwitem studiów historycznych, gdyż tylko w burzliwych i chaotycznych nieraz dziejach Kościoła można było poszukiwać jakichś śladów więzi protestantyzmu z tradycyjnym chrześcijaństwem.

Obiektywne i krytyczne badania historyczne miały, w mniemaniu całkiem dużej grupy protestantów, stać się czymś w rodzaju aparatu do destylacji „czystej i nieskażonej” nauki Chrystusa. Zresztą ta fascynacja „prawdą historyczną” ogarnęła nie tylko środowiska reformacyjne ale i ich przeciwników. Casus bollandystów czy kontrreformacyjna teoria sztuki Molanusa dają nam przedsmak historycyzmu, jaki ogarnął Europę w późniejszych wiekach. Na wojnie jak to na wojnie, żołnierze walczący na pierwszej linii upodobniają się do siebie. Z czasem za studia historyczne wzięli się również ludzie, delikatnie mówiąc niechętni chrześcijaństwu i tak, krok po kroku, doszliśmy do czasów, w których „obiektywne” ustalenia historyczne stały się naukową podstawą nowoczesnych świeckich ideologii zaś nową ortodoksją stało się przekonanie, że procesy historyczne posiadają swoja logikę a historia społeczeństw to marsz ku Lepszemu.

Luter i Kalwin jako poprzednicy Hegla i Marksa? Nie sformułuję takiej tezy explicite ale myślę, że coś jest na rzeczy.


.