wtorek, październik 28, 2008

Jesienny antydepresant

.

W starym moździerzu prababci sproszkuj ziarenka z jednej torebki zielonego kardamonu, jeden owoc ziela angielskiego i jeden-dwa goździki. Ten aromatyczny proszek wymieszaj z dobrą czarną herbatą – najlepszy będzie indyjski Darjeeling, wyjątkowo dobrze wchłaniający zapach i smak wschodnich przypraw. Dodaj jeszcze malutki kawałek kory cynamonowej i jeszcze mniejszy – badianu i zaparz herbatę. Jeżeli tak przygotowany napar posłodzisz i wymieszasz z mlekiem, otrzymasz coś co w Indiach nazywa się chai. Ja jednak wolę pić korzenną herbatę bez żadnych dodatków, mleko i cukier niepotrzebnie wygładzają lekko cierpki smak napoju i tłamszą jego niezwykły aromat.



.

poniedziałek, październik 27, 2008

Studyckie dywagacje o finąsach i cyklach Kondratiewa

.

Historia gospodarcza Europy a później Nowego Świata to historia stopniowej „alienacji” pieniądza od wartości materialnych, począwszy od wprowadzonych przez templariuszy czeków i obligacji komunalnych emitowanych przez średniowieczne włoskie miasta, przez porzucenie waluty kruszcowej na rzecz wymienialnych na złoto banknotów, po wynalezienie giełdowych kontraktów terminowych a później bardziej zaawansowanych instrumentów pochodnych. Wiele z tych instrumentów przyniosło ułatwienia w finansowaniu wytwórczości i handlu, przyczyniając się do wzrostu dobrobytu, jednak w pewnym momencie narzędzia finansowe generujące zobowiązania pieniężne stały się tak odległe od pierwotnej funkcji pieniądza, że ich istnienie stało się wręcz zagrożeniem dla stabilności monetarnej na świecie. Przykładem tego jest obecny kryzys finansowy zapoczątkowany na rynku pożyczek hipotecznych w USiech.

W Ameryce nie spłaca się obecnie około 2 milionów hipotek a średnia wartość domu wynosi 203 tys. $. Oznacza to, w dużym uproszczeniu, że złe kredyty (nie straty, bo część pieniędzy da się zapewne uratować) opiewają na sumę ponad 400 mld $. Gdyby te złe kredyty znalazły się po prostu w księgach banków również mielibyśmy do czynienia z kryzysem lecz jego skala byłaby mniejsza. Ale te kredyty udzielane w ramach popieranej przez rząd akcji afirmatywnej „Murzynom z Alabamy” były tylko pierwszym ogniwem piekielnego łańcuszka, który, w dużym uproszczeniu wyglądał tak:

kredyt dla „Murzyna z Alabamy” -->

obligacja, której zabezpieczeniem jest przyszła spłata takich kredytów przez dużą grupę „Murzynów z Alabamy” (tzw. sekurytyzacja) -->

derywat, czyli instrument finansowy a właściwie zakład na przyszłą cenę takiej obligacji, pozwalający na podejmowanie ryzyka w kwocie znacznie - nawet trzydziestokrotnie - przewyższającej nominał obligacji będącej przedmiotem zakładu (tzw. lewarowanie).

Tłumacząc bardziej łopatologicznie: jeżeli inwestor, którego rzeczywiste rezerwy finansowe pozwalają mu ponieść stratę w wysokości 100 mln $ inwestuje w produkty pochodne o nominale 1 miliarda $ to zakłada, że niekorzystna dla niego zmiana cen nie przekroczy 10% (1 milliard x 10% = 100 milionów $). A jeśli cena zmieni się o 30%? Posiadacz 100 milionów zostanie wezwany do zapłaty aż 300 milionów! Stąd, w dużym uproszczeniu wzięła się śniegowa kula narastających strat spowodowanych krachem na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych.

Tego typu biznes z piekła rodem jest, moim zdaniem, znakiem końca pewnej epoki w światowych finansach a pewnie i w światowej gospodarce. Rosyjski ekonomista Nikołaj Kondratiew, rozstrzelany w czasach czystek w 1938 roku, był pionierem badań nad długimi (45-60 lat) cyklami koniunktury. Jego, po dziś dzień kontrowersyjną, teorię rozwijał m.in. Josef Schumpeter zaś zainspirowany nią Braudel poszukiwał cyklów nawet dłuższych niż te, które opisywał Kondratiew.

Kondratiewowska teoria długich cyklów jest bardzo pobieżnie opisana w polskiej Wiki, kto poszukuje solidniejszego opisu niech zajrzy do artykułu w wersji angielskiej. Każdy tych z długich cyklów ma swoje źródło w jakiejś przełomowej innowacji w sferze gospodarki i dzieli się na cztery odcinki, od wiosny do zimy. Nie ma dziś zgody w jakiej fazie kolejnego długiego cyklu znajdujemy się dziś. Udam się więc do krainy spekulacji (ale tylko intelektualnej) proponując następująca hipotezę:

Wprowadzony w 1944 roku system walutowy Bretton Woods, nadał dolarowi – wymienialnemu na złoto w relacji 33 $ za uncję – rolę światowej superwaluty, której rezerwy gromadziły inne państwa. Gigantyczny zastrzyk tej superwaluty noszący nazwę „Planu Marshalla” został pod koniec lat 40 wyekspediowany w świat, przyczyniając się do boomu gospodarczego i kredytowego w wielu krajach. Narzucone przez system Breton Woods sztywne ramy fluktuacji kursów walut i odpowiedzialna polityka fiskalna największych gospodarek świata (np. w Niemczech istniał konstytucyjny nakaz ochrony waluty przed deprecjacją zaś masa pieniężna nie mogła przyrastać w tempie szybszym niż wzrost gospodarczy w danym roku) a także brak nadmiernie zaawansowanych instrumentów pochodnych, takich jak te opisane powyżej, pozwalały na stabilny rozwój gospodarczy wspierany przez stabilny pieniądz. Był to złoty okres – późna wiosna i lato – tego cyklu. Kiedy, z powodu rosnących dla Ameryki kosztów utrzymania stabilności systemu (spowodowanych stałym wzrostem wartości marki i jena) Amerykanie znieśli w roku 1971 wymienialność dolara na złoto, cały światowy system pieniężny stał się systemem pieniądza fiducjarnego czyli opartego wyłącznie na zaufaniu społecznym wyrażonym w akcie prawnym określającym, co jest w danym kraju „prawnym środkiem płatniczym”. Jednocześnie dekada lat 70 to początek dynamicznego rozwoju rynku derywatów finansowych. Paleta dostępnych produktów i obroty na rynku instrumentów pochodnych rosły w szybkim tempie, już w latach 80 przekraczając wolumen realnej wymiany walutowej na świecie. Przy czym coraz częściej przydarzały się kryzysy finansowe, związane z podejmowaniem coraz większych ryzyk inwestycyjnych z użyciem coraz bardziej wyszukanych produktów inżynierii finansowej. Niejaki profesor Bernanke, obecnie szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej, sporą część swojej kariery naukowej poświęcił badaniu na ile skuteczna może być polityka pieniężna banku centralnego w warunkach rozwoju coraz bardziej skomplikowanych instrumentów pochodnych. Wnioski, do których doszedł nie były optymistyczne a rzeczywistość, z jaką zetknął się jako szef FED, okazała się jeszcze gorsza.

Być może w roku 2008 znajdujemy się u schyłku długiego, zapoczątkowanego pod koniec lat czterdziestych cyklu, który charakteryzował się nadmierną kreacją pieniądza i zobowiązań finansowych w różnych formach. Róg obfitości okazał się w połowie pusty i chyba nadszedł czas aby przemyśleć, czy obecny system finansowy da się w ogóle utrzymać. Skala obecnego kryzysu jest tak wielka, że trudno oczekiwać ze strony rządów i banków centralnych kolejnej łagodnej reprymendy w stylu „my tu posprzątamy a wy chłopaki, bawcie się dalej”. Kiedy prezes Europejskiego Banku Centralnego otwarcie mówi o karygodnej chciwości liderów rynków finansowych i konieczności stworzenia czegoś na kształt nowego systemu Bretton Woods, to znaczy, że wiatr się zmienia. Ale czy powieje w dobrym kierunku, nie mam pojęcia.


.

piątek, październik 24, 2008

O Denethorach naszych czasów

.

Ciekawym aspektem tolkienowskiej trylogii są postacie władców. Właściwie każdy z nich – pomijając Aragorna, który przez większą część książki ma status króla wyłacznie in potentio - jest władcą ułomnym. Elrond i Galadriela panują wprawdzie w swoich pięknych i spokojnych enklawach, jednak ich władza jest zbyt ograniczona terytorialnie i zbyt partykularna, ograniczona do społeczności elfów, aby wywierać jakiś znaczący wpływ na losy Śródziemia. Theoden, król Rohanu, truty przez Grimę który oplata siecią intryg całe jego królestwo, znajduje się w stanie, który nazwalibyśmy, w zależności od przekonań, acedią bądź depresją. Ale najciekawszą postacią jest bez wątpienia Denethor II, namiestnik tronu Gondoru. Dla nie znających trylogii krótkie wyjaśnienie: namiestnicy Gondoru byli pierwotnie doradcami królów, później ich ranga wzrosła, tak że namiestnik stał się kimś w rodzaju amerykańskiego wiceprezydenta. Z czasem funkcja ta zaczęła przechodzić z ojca na syna lub na najbliższego spadkobiercę. Kiedy bezdzietny król Eärnur zaginął i tym samym linia prawowitych królów Gondoru wygasła, władzę w kraju objęli namiestnicy. I choć każdy z nich ślubował, że będzie ją sprawował „w imieniu króla aż do jego powrotu”, to była to tylko pusta formułka. Denethor był właśnie ostatnim z namiestników rządzącym Gondorem.

Jednym z zadań powierzonych namiestnikom była opieka nad palantirem, cudownym, wykonanym przez elfy kryształem, umożliwiającym widzenie na odległość. Przez długie wieki palantir, przechowywany w Minas Tirith, stolicy Gondoru, nie był używany przez nikogo. Dopiero Denethor postanowił skorzystać z jego mocy aby poznać militarne plany Saurona, demonicznego władcy królestwa Mordoru, dążącego do opanowania całego Śródziemia. Palantir okazał się jednak artefaktem raczej niebezpiecznym niż pożytecznym. Choć Sauron nie potrafił zmusić palantira, aby ten pokazywał Denethorowi nieprawdę, zdołał uczynić go narzędziem rozpowszechniania fałszu i dezinformacji. Denethor widział więc w krysztale wydarzenia prawdziwe ale zmanipulowane i pokazane wyrywkowo, np. gdy dojrzał flotyllę okrętów, uznał że są to posiłki dla Saurona, podczas gdy w rzeczywistości eskadra statków przewoziła siły przybywającego z odsieczą Aragorna. Kontakt z palantirem i wiara, że to, co pokazuje kryształ jest prawdą, doprowadziły go do szaleństwa i zaślepienia, które uniemożliwiło mu rozpoznanie prawdziwego władcy. U schyłku życia Denethor nie wiedział pewnie nawet, dlaczego tkwi w uporze i jaki, prócz trwania przy pustym tronie królów, cel mu przyświeca. Jego życie dobiegło końca na stosie, który kazał sobie przygotować i na który wkroczył z palantirem w kurczowo zaciśniętych dłoniach.
.

.
Istnieje pewne podobieństwo wielu wybitnych współczesnych intelektualistów do nieszczęsnego namiestnika Gondoru, choć mało kto z nich zakończył życie samobójstwem. Myślę tu o postaciach tak różnych jak Philip Rieff, Leo Strauss, Ivan Illich, Emil Cioran, Jean Baudrillard, Owen Barfield, Theodore Dalrymple czy tzw. „tradycjonaliści integralni”. Ich przenikliwe spojrzenie na współczesność wydaje mi się nieraz głębsze i ciekawsze niż dywagacje licznych „chrześcijańskich intelektualistów". Jest coś fascynującego i godnego szacunku w diatrybach Rieffa skierowanych pod adresem cywilizacji terapeutycznej, która nie wierzy już w nic i jednoczesnej deklaracji, że nie ma on najmniejszego pojęcia, w co świat miałby wierzyć, wie tylko, że bez tej wiary świat zginie.

Trudno być prorokiem pozbawionym poczucia eschatologicznego a taka jest sytuacja wielu współczesnych Denethorów. Ludzie ci, nie mając przekonania, że historia posiada sens i ostateczny cel jakim jest Powrót Króla – to w ich imieniu Cioran napisał: melancholia to żal po innym świecie, nigdy jednak nie dowiedziałem się, po jakim - mogli tylko stawiać diagnozy nie proponując żadnego panaceum. Nie obwiniam ich za to, bo wiara w Króla, który powróci jest łaską i żadne rozumowe dowodzenie istnienia Boga tego nie zmieni. Wydaje mi się tylko, że wybitny, żywy i wrażliwy umysł jest rodzajem palantira, w którym, przy braku rozwagi a czasem i szczęścia, może zapanować Sauron naszego świata. Nietrudno wtedy zapomnieć, że prawda znajduje się poza palantirem i ulec pokusie samospalenia na stosie własnych wyobrażeń o tym, co jest prawdą. Pamiętajmy więc o słowach Gandalfa:

- Co tu się dzieje, Denethorze? – spytał Czarodziej. – Dom Umarłych nie jest miejscem dla żywych. Dlaczego twoi słudzy biją się wśród grobów, gdy pod bramą grodu toczy się rozstrzygająca walka?

.

wtorek, październik 21, 2008

Dlaczego jestem zwierzęciem

.


.

Tak więc ci, którzy poświęcają się badaniu Słowa Bożego i prawidłowej doktryny nazywani są ludźmi. Ci zaś, którzy żyją obywając się bez takich studiów i nie pragną ćwiczyć się w mądrości lecz mimo to pozostają wierni, zwani są zwierzętami, choć oczywiście, zwierzętami czystymi. Bowiem tak jak jedni są mężami Bożymi, inni są owieczkami Bożymi.

Orygenes – III homilia o Księdze Kapłańskiej

.

wtorek, październik 14, 2008

Teologia Zdrowia, Szczęścia i Pomyślności

.

W Ameryce wszystko nie jak u ludzi. U ludzi jest bowiem tak, że w chwilach wielkich wstrząsów, napięć i katastrof wzrasta ilość osób zaglądających do kościoła. Widzialna strona religijności staje się, by tak rzec, bardziej widzialna, zgodnie z przysłowiem „jak trwoga to do Boga”. Jednak ta uniwersalna, zdawałoby się reguła, nie sprawdza się w Ameryce. Ubogie lata trzydzieste charakteryzował gwałtowny spadek „church attendance” i towarzyszące mu bankructwa wielu sekt, które w czasie prosperity poprzedniej dekady przeinwestowały w infrastrukturę, wystawiając domy modlitwy, których nie były w stanie utrzymać. Renesans religijny nastąpił dopiero w latach pięćdziesiątych, kiedy Stany Zjednoczone przeżywały okres niezwykle dynamicznego boomu gospodarczego.

Ten niezwykły mariaż dobrobytu i pobożności, zrodzona na gruncie amerykańskim TZSP - Teologia Zdrowia, Szczęścia i Pomyślności (health and wealth theology) - jest jedną z niezbywalnych cech Ameryki, którą pojąć można tylko w perspektywie radykalnego kalwinizmu, który legł u podstaw amerykańskiej cywilizacji. Mimo legendarnego amerykańskiego optymizmu jest w tej cywilizacji jakiś fatalizm, tak jakby cień predestynacji przygniatał ludzi, którym się nie udało, bo widać nie mogło im się udać, skoro nie znajdują się w gronie „wybranych”. Widać ten cień w najlepszej amerykańskiej muzyce, w bluesie czy pieśniach Toma Waitsa, w jej literaturze i kinie, w przedziwnej, barbarzyńskiej religijności Pasa Biblijnego.

Oczywiście tego typu wiara niewiele ma wspólnego z autentycznym chrześcijaństwem, bo co właściwie mówi nam stan zamożności o duchowych walorach człowieka? A jeśli nawet mówi to raczej w kategoriach przestrogi: słowa Chrystusa o wielbłądzię i uchu igielnym są dostatecznie jasne.

Jest to zarazem herezja z niebezpieczną tendencją do szybkiej sekularyzacji a pozbawiona religijnej otoczki znakomicie nadaje się na moralne uzasadnienie prawa dżungli, czego doskonałą ilustracją jest choćby życie Johna D. Rockefellera., człowieka, w którym w jeden węzeł splotły się sztywna purytańska pobożność, bezlitosny stosunek do konkurencji (nota bene bajki o wolnorynkowych początkach imperium Standard Oil można między bajki włożyć) i zamiłowanie do działalności filantropijnej.

Przyglądając się dziejom wczesnego chrześcijaństwa widać, że zamożni chrześcijanie mieli przed sobą dwie drogi: albo rozdać majątek ubogim i porzucić „ten świat” albo, jeśli nie było to możliwe z powodu obowiązków stanu lub państwowych, żyć w sposób nader skromny a gdy sytuacja pozwalała - wybrać opcję pierwszą. I nawet jeśli z czasem stało się inaczej, bo przecież Kościół nie miał ani możliwości ani woli narzucania tego duchowego maksymalizmu wszystkim swoim członkom, to i tak pozostał pewien ideał, będący w istocie odwrotnością TZSP. Przyznam, że stara grecko-rosyjska tradycja budowania cerkwi po pierwszym zarobionym milionie w ramach ekspiacji za nieunikniony w biznesie kompromis z chrześcijańskimi ideałami przemawia do mnie mocniej niż postulaty TZSP, która jest w istocie rodzajem duchowego alibi dla zupełnie świeckich ideałów samorealizacji.

Oczywiście świat przez ostatnie pięćdziesiąt lat zamerykanizował się w takim stopniu, że nie liczyłbym, iż kryzys zrodzi jakieś duchowe owoce w Europie czy gdziekolwiek indziej. Może być wręcz przeciwnie, wzrosną frustracja, rozgoryczenie, zwalanie winy na innych i żądanie pomocy od państwa.

A jeśli chodzi o sam kryzys to, jako bankowiec z ponad piętnastoletnim doświadczeniem, coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że szeroki dostęp do rynków finansowych nie jest dobrodziejstwem ale przekleństwem współczesnych społeczeństw i gospodarek. Ale uzasadnienie tego poglądu wymagałoby odrębnego wpisu, który być może kiedyś powstanie.


.

poniedziałek, październik 13, 2008

Jak Włosi wykończyli Europę

.


.

Wszyscy piszą teraz o kryzysie światowych finansów a tymczasem zawirowania na podobną skalę zdarzały się już w Średniowieczu.

Weźmy choćby przypadek florenckich domów bankowych Peruzzich, Bardich i Accaiuolich, które zdominowały w XIV wieku bankowość europejską. We Florencji było wtedy około osiemdziesięciu banków, z których wiele posiadało oddziały w innych miastach europejskich, jednak większość kapitału zgromadzona była w tej właśnie potężnej trójce. Sam dom bankowy Peruzzich miał u szczytu swojej potęgi piętnaście oddziałów od Londynu po Rodos. Z jednej strony instytucje te bardzo usprawniły europejski handel, zapewniając finansowanie transakcji handlowych tak różnych jak transporty zboża na terenie kontynentu, sprzedaż flamandzkich tkanin do krajów arabskich czy import stamtąd broni, pachnideł, przypraw i przedmiotów zbytku. Z drugiej strony banki jak to banki poszukiwały też interesów z większą „przebitką”, do których zaliczało się np. finansowanie wojen. Oprocentowanie pożyczki wojennej sięgało 60% rocznie i rzadko było niższe niż 45% był to zatem interes lichwiarski i bardzo kuszący.

Wielkie banki florenckie kredytowały więc angielskiego króla Edwarda III, który z racji rozkręcającej się właśnie Wojny Stuletniej potrzebował mnóstwo pieniędzy. Zabezpieczeniem pożyczek były m.in. przyszłe wpływy z handlu angielską wełną i parę innych źródeł dochodu, które król „sekurytyzował” zaciągając kolejne pożyczki u italskich finansistów. Szczegółowy opis współpracy włoskich bankierów z angielskim monarchą znaleźć można w tym interesującym eseju.

Balon sztucznie nadmuchanych aktywów w bilansach florenckich banków pękł w końcu w styczniu 1345 roku, kiedy Edward III stał się całkowicie niewypłacalny. Spowodowało to krach monetarny w całej ówczesnej Europie, gdyż Włochy pogrążyły się w chaosie finansowym spowodowanym przez rosnące zatory płatnicze zaś mniejsze i słabsze kapitałowo banki hanzeatyckie nie były w stanie zapewnić sprawnego przepływu pieniądza. W Europie z dnia na dzień zabrakło pieniędzy, pieniądz „podrożał”, podobnie jak dzieje się to teraz w USA. Dopiero we wrześniu 1347 roku zdołano nieco ustabilizować sytuację: dom Peruzzich zobowiązał się do zapłaty czterech soldów od każdego lira swoich zobowiązań (ok. 20% nominału), Bardi zobowiązali się do spłaty aż sześciu soldów od lira czyli 30% swojego długu. Jednak tak oczekiwana przez Europejczyków stabilizacja nie nadeszła. Miesiąc później do portu w Messynie zawinął statek wiozący genueńskich uchodźców z krymskiej Kaffy. Znajdowali się na nim chorzy na dżumę. W ciągu roku mors nigra rozprzestrzeniła się we wszystkich większych portach Europy.

I tak oto, w ciągu niespełna trzech lat, Włosi załatwili Europę na dobre.


.

środa, październik 08, 2008

O chrześcijańskich rygorystach i chorobie (nad)gorliwości (2)

.

4.

Można jednak spytać, co z zapałem rygorystów, co z ich zaangażowaniem w metafizyczną walkę po stronie Dobra? Czy ta gorliwość nie jest znakiem sprzeciwu wobec panoszącej się obojętności bądź przyzwolenia na grzech? Czy nie są oni naśladowcami Jana Chrzciciela, głosem wołającego na pustyni? I czy nie jest tak, że sprzeciw wobec rygorystów to głos Kościoła ułomnego, który, jak pisał kiedyś Esthel „zapamiętał tylko Kazanie na Górze i Hymn o Miłości”?

Na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi. Warto jednak zauważyć, jak wiele łączy mentalność rygorystyczną z wielkimi herezjami, które w przeszłości wstrząsały życiem Kościoła. Montaniści, donatyści i [tu wpisz dowolnych innych –istów] tez byli przekonani, że są wojownikami i męczennikami dla Chrystusa a także, że wszyscy prócz nich tkwią w błędzie.

Swojego czasu natknąłem się na niezwykłe słowa św. Izaaka Syryjczyka: Ktoś, kto uchodzi wśród ludzi za gorliwego obrońcę prawdy, sam nie zasmakował jeszcze prawdy. Gdyby bowiem poznał jej smak, porzuciłby swoją dotychczasową gorliwość.

Czy takie słowa, sformułowane przez człowieka, który, zanim został eremitą pełnił posługę biskupią, nie są deklaracją relatywisty? Z pewnością nie, ale żeby się o tym przekonać, żeby dotrzeć do sedna myśli biskupa asyryjskiej Niniwy, należy przyjrzeć się najpierw pewnym cechom duchowości rygorystycznej. Wydaje mi się, że cechujący zdecydowaną większość rygorystów zapał ma podłoże cielesne. Używam przy tym słowa „ciało” w znaczeniu, jakie nadaje mu św. Paweł w 8 rozdziale Listu do Rzymian, nie jako „upadłą materię” lecz jako zbiór naszych cielesnych i duchowych popędów i namiętności. Namiętności tak rozumianego ciała może być bardzo wiele, od najprostszych, jak obżarstwo czy opilstwo po wysublimowane, dotyczące wyłącznie sfery ducha czy umysłu. Ich sednem jest zawsze filautia – umiłowanie siebie. Gorliwośc rygorystyczna jawi mi się jako jedna z takich chorób.

Oczywiście gorliwość dla Chrystusa i Kościoła to rzecz wspaniała i pożądana, jednak prawdziwa gorliwość jest czymś zupełnie innym od gorliwości mającej źródło w namiętnościach duszy. Gorliwość „cielesna” zawsze posiada w sobie element samozadowolenia i samousprawiedliwienia, dzięki któremu gorliwiec przekonany jest o własnej słuszności a nawet wyższości wobec „relatywistów” i „miłosierników”. Z kolei prawdziwa gorliwość nie ma innego celu niż jedność z Bogiem i nie jest skierowana przeciwko niczemu, prócz własnych grzechów człowieka. Prawdziwa gorliwość jest ukryta przed zgiełkiem tego świata i wolna od hipokryzji, gorliwość rygorysty jest hałaśliwa i zazwyczaj nie pozbawiona hipokryzji. Gorliwość taka zyskuje spełnienie w formie napływających fal duchowej adrenaliny. Jest to w gruncie rzeczy duchowość młodzieńcza, może nawet duchowość nastolatka przechodzącego okres burzy i naporu, zatrwożonego brakiem wrażliwości u dorosłych, którzy zdają się nie dostrzegać bolączek trapiących świat, które on nie tylko widzi ale także wie, jak im zaradzić. I tak jak człowiek wyrasta a przynajmniej powinien wyrosnąć z młodzieńczości, tak też rygorysta powinien z czasem przestać być rygorystą.

Nie chodzi tu o ignorowanie Prawdy czy jej relatywizowanie. Raczej o zmianę metod, bo ten, kto rzeczywiście posmakował Prawdy, wie że wojowniczym pokrzykiwaniem w jej imieniu może jej tylko zaszkodzić. Nie należy trzymać się kurczowo idei i reguł, nawet tych, które uznajemy za najsłuszniejsze i zgodne z Bożą wolą. Kurczowy chwyt jest przejawem lęku, trzymając się kurczowo idei trzymamy się w gruncie rzeczy swoich zamków na piasku, które zastępują nam osobową Prawdę jaką jest Chrystus, Prawdę której w gruncie rzeczy się obawiamy, gdyż tylko w jej świetle możemy ujrzeć mrok, jaki skrywają ludzkie serca. To, co ważne, realizuje się w delikatnym dotyku, muśnięciu dłoni, cicho wypowiedzianym słowie. Jak mówił św. Serafin z Sarowa: „zachowaj ducha pokoju, a wokół ciebie zbawią się tysiące”. Ojcowie Pustyni powiadali, że są tylko dwie cechy chrześcijańskiego życia, których demony nie potrafią naśladować i wykoślawić: pokora i miłosierdzie. I tylko ktoś wydoskonalony w tych cnotach może powiedzieć nam coś istotnego o chrześcijańskim życiu.

Nawet kiedy wyrażamy jasno nauczanie Kościoła w jakiejś dziedzinie, pamiętajmy, że Kościół naucza przede wszystkim o Miłości, która wykracza i przekracza sztywne sformułowania moralności zaś Bóg jest zawsze gotów pospieszyć na pomoc człowiekowi i tylko do niego należy ostateczny osąd.


5.

W jaki sposób można zdobyć ten spokój ducha? Wydaje się, że poza powołaniem monastycznym, które z istoty rzeczy dotyczy niewielu osób, jest to bardzo trudne. Dochodzimy tu do sfery praktyki, gdzie nie czuję się na siłach udzielać komukolwiek jakichkolwiek porad duchowych.

Gdybym jednak miał pokusić się o jakąś radę to wskazałbym na wrażliwość na małe rzeczy i małe wydarzenia. Ten, kto stara się słuchać i zachowywać słowa dotyczące małych spraw i małych tradycji, jest lepiej przygotowany do słuchania i zachowywania słów Boga. Kto szanuje i zna rzeczy, które dał mu Bóg, potrafi także szanować siebie i innych ludzi. Kto uczy córkę piec ciasto według przepisu prababki, ten w pewnym sensie dokonuje preewangelizacji lepszej niż pokazując jej DVD z historiami biblijnymi. Innymi słowy chodzi o skupienie się na sprawach i rzeczach małych.

Ma rację Szczepan Twardoch opatrując swoje impresje o rzeczach codziennych wspólnym tytułem "wszystko jest literaturą". Ale te rzeczy są nie tylko literaturą ale czymś znacznie większym. Są to znaki, którymi przemawia do nas Bóg, dryfujące po morzu życia butelki z ważną wiadomością, skierowaną do każdego z nas. Wypalone w spokoju cygaro, spacer o zmroku, wosk zastygający na dopalającej się świecy, stara książka, wieczorna rozmowa, cisza po nabożeństwie, oddech śpiącego dziecka, zmęczenie na szczycie zdobytej góry - w takich drobnostkach odnaleźć można pokój, spokój i ciszę a Chrystus, jak mówią bizantyjskie modlitwy, jest Królem Ciszy.

Kończąc, znów zacytuję św. Izaaka: milczenie jest mową przyszłego świata.


.

.

wtorek, październik 07, 2008

lux in tenebris

.

















































.
Cerkiew p.w. św.św. Borysa i Gleba we wsi Wołochowo (dwie godziny drogi na północny zachód od Moskwy). Zdemolowana w latach 60, w czasach drugiej fali prześladowań Kościoła prawosławnego, dziś stopniowo restaurowana przez wolonatariuszy z organizacji Mołodaja Rus'.

.