Czy istnieje coś takiego jak objawienie naturalne? Na pozór odpowiedź wydaje się prosta. W końcu w Piśmie Świętym znajdują się stwierdzenia, wskazujące wprost na możliwość poznania a przynajmniej dojścia do przekonania o istnieniu Boga za pomocą rozumu i obserwacji świata stworzonego:
Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty - wiekuista Jego potęga oraz bóstwo - stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy [Rz 1,20]
W tym krótkim, często przytaczanym jako argument za teologią naturalną, fragmencie Listu Pawłowego, nie ma żadnej wzmianki o wierze. Istotnie, po co wierzyć w coś, co jest „widzialne dla umysłu” czyli jawne i zrozumiałe? Sprawa komplikuje się z chwilą, kiedy uzmysłowimy sobie, że Biblia nie jest bynajmniej w tym temacie jednoznaczna. Ten sam apostoł naucza w innym liście, że:
Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi uwierzyć, że Bóg jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają.[Hbr 11,6]
Św. Paweł podkreśla tu wyraźnie, że każdy, kto „przystępuje” do Boga – czyli uznaje jego istnienie - czyni to aktem wiary, nie rozumu. Jeśli jednak do wiedzy o istnieniu Boga wystarcza rozum (por. Rz 1,20) to po co jeszcze wiara? Jak można wierzyć w to, co się wie? Czy rzeczy, o których wiedzę uzyskaliśmy za pomocą rozumu, mogą stanowić przedmiot wiary? Czy nie stoimy tu wobec nieprzezwyciężalnej sprzeczności, jednego z wielu paradoksów, które odnaleźć można na stronicach Pisma?
O tym, że wiarę i wiedzę, jeśli dotyczą tego samego przedmiotu lub choćby tego samego aspektu jakiegoś przedmiotu, niełatwo pogodzić, wiedziano od dawna. Proponowanych rozwiązań tego problemu było bardzo wiele, nie zamierzam ich tu jednak przytaczać, bo każdy, kto jest przyjacielem Gugla, może je sobie przy odrobinie wysiłku wyguglać.
Interesuje mnie co innego. Skoro istnienie objawienia naturalnego jest sprawą dyskusyjną, to jak należy rozumieć wynikające zeń bezpośrednio tzw. prawo naturalne? Przyznam, że definicje takie, jak ta znaleziona na
Opoce:
Najbardziej podstawowym prawem Boga, które obowiązuje wszystkich ludzi, jest prawo naturalne. Nazywa się je prawem naturalnym dlatego, że jest wspólne wszystkim ludziom, wspólne całej ludzkiej naturze, która jest zawsze ta sama i zasadniczo niezmienna. Prawo naturalne jest obecne w sercu każdej istoty rozumnej - człowieka. Dzięki niemu człowiek potrafi rozpoznać, czym jest dobro i zło, prawda i kłamstwo. Prawo naturalne wyznacza mu także drogi, zasady postępowania, które prowadzą go do obiecanego szczęścia.
Prawo naturalne jest wspólne wszystkim kulturom. Ono łączy wszystkich ludzi oraz - pomimo wielu różnic kulturowych - zakłada pewne wspólne zasady postępowania. Jest trwałe, nie zmienia się pośród zmian historycznych, zmieniających się poglądów i obyczajów. Prawa tego nie można człowiekowi ani wyrwać, ani go zniszczyć, bo oparte zostało na jego naturze. Ono broni ludzkiej godności, określa fundamentalne prawa i obowiązki człowieka.
budzą we mnie pewien niedosyt. Przede wszystkim maja one charakter postulatywny i rzadko kiedy znaleźć można jakąś próbę rzetelnego ich uzasadnienia. Historycy filozofii skłaniają się ku opinii, że trudno wykazać ciągłość starożytnych poglądów na
lex naturalis i jego chrześcijańskiej wersji. A jeśli pomyślimy na dodatek o fuzji oświeceniowych koncepcji „prawa naturalnego” sformułowanych np. przez Locke’a z pewnymi nurtami filozofii chrześcijańskiej to otrzymamy już zupełny bałagan.
Przypomina mi się tu krytyka koncepcji prawa naturalnego, jaką sformułował Leo Strauss w swoim „Prawie naturalnym w świetle historii”. Zdaniem Straussa tomistyczna koncepcja prawa naturalnego miała znacznie więcej wspólnego z chrześcijańskim Objawieniem niż obecnymi w filozofii klasycznej poglądami na prawo natury. W rzeczywistości, twierdził Strauss, źródłem prawa naturalnego w ujęciu Akwinaty jest Objawienie a raczej kościelna interpretacja Objawienia. Oczywiście Strauss (podobnie jak Tomasz z Akwinu) nie jest nieomylny. Spotkałem się z krytyką wspomnianego poglądu Straussa, z zastrzeżeniem, ze jest ona zasadniczo słuszna, ale tylko w odniesieniu do współczesnego neotomizmu. Czyli Strauss się mylił, ale nie do końca.
Spójrzmy jeszcze na sprawę od strony antropologii: zwyczaje i przekonania wielu ludów pierwotnych wystarczą aby przekonać się, że prawo, jakim się kierują, jest bardzo odległe, nieraz wręcz sprzeczne z nakazami tego, co zwykliśmy nazywać prawem naturalnym. I dobrze im z tym. Zatem, nawet jeśli uznamy, że istnieje coś takiego jak prawo naturalne (a dowody empiryczne nie są zbyt mocne), nie oznacza to wcale, że wszyscy ludzie będą je w stanie zrozumieć. Być może prawo naturalne istnieje od zawsze, ale też „od zawsze” nie jest znane, tak jakby aktualizacja tego prawa leżała poza granicami ludzkiego rozumu. Być może istnieje tylko hierarchia celów i wartości, jakie każdy człowiek może odkryć z pomocą rozumu, jednak sposób ich realizacji w różnych czasach i miejscach jest całkowicie niejasny. Innymi słowy, przekonanie o istnieniu prawa naturalnego może być mocno ugruntowane tylko w kulturze, która przyjęła już Objawienie. Kierunek odwrotny wydaje mi się niemożliwością.
A skoro tak jest, to cała koncepcja „prawa naturalnego” wygląda mi bardziej na konstrukt słowny, czasem przydatny w dyskusji filozoficznej lub ewangelizacji niż na wspólny wszystkim ludziom element ich niezmiennej natury.
Zdaję sobie sprawę, że tematyka tego wpisu jest szeroka jak rzeka Jenisej w maju a to, co napisałem powyżej to tylko wstęp do dyskusji. Może ktoś z moich 11 Czytelników podzieli się swoimi przemyśleniami?
.