wtorek, styczeń 27, 2009

Varia 27-I-2009

.
1. Jeszcze o smokach i wężach. W jednej z moich ulubionych książek, zbiorowej biografii Inklingów pióra Humphreya Carpentera znajduje się niezwykła anegdota, którą C.S. Lewis opowiedział kiedyś Tolkienowi. Pewnego razu w pokoju profesorskim Magdalen College wywiązała się dyskusja o smokach, w której wziął udział stawiający wówczas pierwsze kroki w Oksfordzie Jack (dla niezorientowanych – tak nazywali Lewisa krewni i przyjaciele). Kiedy dyskusja dobiegła końca – swoją drogą to miłe, że wykładowcy akademiccy potrafili kiedyś rozmawiać o rzeczach ważnych - zgromadzeni w pokoju usłyszeli słowa „Ja widziałem smoka”. Wypowiedział je F.E. Brightman, wybitny historyk liturgii, człowiek słynący z małomówności, który prawie nigdy nie odzywał się podczas odpoczynku w pokoju profesorskim. Ktoś zapytał Brightmana, gdzie widział smoka. "Na Górze Oliwnej", odparł liturgista i zamilkł. Ciekawe, co działo się dalej? Czy zadawano mu następne pytania? Czy zignorował pytających i pogrążył się w milczeniu, pykając fajkę? Wiadomo tylko, że Brightman aż do śmierci nie podjął tematu i nikt nie zdołał dowiedzieć się, co właściwie widział podczas pobytu w Jerozolimie (zakładam, że nie brał udziału w poświęceniu wody w dniu Teofanii). I właśnie tajemniczość wydaje mi się w całej tej historii najpiękniejsza.


2. Ostatnio sięgnąłem ponownie po „Pasterza dusz”, biografię archimandryty Cleopy Ilie, jednej z najważniejszych postaci rumuńskiego prawosławia w XX wieku. Zastanowiło mnie, jak wielu członków Legionu św. Michała Archanioła zdecydowało się po II wojnie na złożenie ślubów mniszych lub przyjęcie kapłaństwa. Nie pamiętam wszystkich wymienionych przez autora nazwisk, w końcu nie jest to ksiązka o Legiunea Arhanghelul Mihail, tylko o świętym mnichu, ale było ich dużo. Na pewno do eks-legionistów, którzy wybrali te trudna drogę należał o. Marcu Petrescu, popularny duszpasterz, przez oprawców z Securitate nazywany fakirem, bo nigdy nie krzyczał na torturach. I o. Arsenie Papacioc, przed wojną, „w cywilu” znany prawnik i zarazem utalentowany rzeźbiarz. Żyje po dziś dzień, jest starcem – spowiednikiem braci w monasterze Techirghiol. Ale znalazłem tych wzmianek o eks-legionistach więcej.

Zapewne nie ma jednej przyczyny, która skierowała wielu prominentnych legionistów na drogę prawdziwej służby Bogu. Ale jedna sprawa była tu chyba istotna. W gruncie rzeczy Legion św. Michała, mimo towarzyszącej mu religijno-mistycznej otoczki, nie różnił się zbytnio od innych europejskich radykalnych ruchów międzywojennych. Warto w tym kontekście pamiętać o tym, co pisał wtedy Cioran, najbardziej uzdolniony literacko z intelektualistów powiązanych z Legionem. Był on zdania, że Rumunia nie zaistniała nigdy jako rzeczywistość historyczna a przeznaczeniem Legionu jest poprowadzić ją ku jej historycznemu przeznaczeniu. Jako artysta słowa, Cioran nie posługiwał się terminem rewolucja, zastępując go ładniej brzmiącą „transfiguracją”. W pismach Ciorana z tamtych czasów pełno jest gniewu na tradycyjną rumuńskość, gościnność i serdeczność rumuńskiego chłopstwa, jego umiejętność godzenia się z cierpieniem. Wszystkie te cechy miały zostać zmiecione w procesie „transfiguracji”, z której zrodzić się miała Nowa Rumunia i Nowi Rumuni.

Może więc było tak, że upadek Legionu i późniejsze doświadczenia wojenne spowodowały, że legioniści zrozumieli, że nie trzeba „transfigurować” Rumunii i jej mieszkańców tylko siebie samych? Wydaje mi się, że tak właśnie było w przypadku tych, którzy zdecydowali się służyć Bogu w najtrudniejszych, powojennych czasach. Zapewne, na swój opaczny sposób, zrozumiał to też Cioran.

.