Hüzün
.
Do napisania paru słów o hüzün zbierałem się od jakiegoś czasu a tymczasem ubiegł mnie na swoim blogu Xpictianoc ciekawym wpisem o swojej lekturze książki Orhana Pamuka.
Przyznam, że moja przygoda z opasłym tomem wspomnień tureckiego noblisty była inna niż Xpictianoca. Nie tyle czytałem te książkę, co przez nią mozolnie brnąłem. Bo „Stambuł. Wspomnienia i miasto” to dziwna i trudna książka, chaotyczna i hermetyczna, obca jak obcy są dla mnie współcześni zeuropeizowani Turcy. Większa część wspomnień pisarza o jego nudnej rodzinie i jego duchowy ekshibicjonizm niespecjalnie mnie zainteresowały. Ale jest w tej książce jeden rozdział, zatytułowany „Hüzün”, co w języku tureckim oznacza… No właśnie nie wiadomo do końca co, bo, jak wyjaśnia Pamuk, pojawiające się w słownikach „melancholia” czy „smutek” bynajmniej nie wyczerpują znaczenia tego słowa.
Jest hüzün trudnym do zdefiniowania stambulskim genius loci. Nie jest to ani opisany przez Levi-Straussa smutek tropików ani wyrosła na gruncie zachodniego indywidualizmu melancholia ale raczej lokalny sposób życia i widzenia świata, wspólne duchowe doświadczenie mieszkańców starego ogromnego miasta przygniecionego ciężarem chwały dwóch upadłych imperiów. Ten rozdział „Stambułu”, prawdziwy tour de force pisarza, więcej powie o tureckiej duszy niż niejedna opasła kniga. Hüzün nie da się zrozumieć, trzeba go posmakować, poczuć, ujrzeć. Trzeba patrzeć na marynarzy, którzy z wiadrami w dłoniach zerkają w biało-czarne telewizory, powoli szykując się do snu na swoich łajbach… na osłonięte kobiety z reklamówkami w dłoniach, czekające w milczeniu na autobus, który nie nadjeżdża… na tłumy, które zimowym zmierzchem chcą zdążyć na prom… usłyszeć we mgle syreny statków i dostrzec ruiny bizantyjskich wież obronnych. Trzeba ujrzeć targowiska, które pustoszeją wieczorem, niszczejące siedziby derwiszów… stuletnie rezydencje nawet w największy mróz ogrzewane tylko przez jeden komin… poczuć przejmujące zimno bibliotecznych sal i zapach ludzkich oddechów w kinach porno, które kiedyś były eleganckimi, pełnymi ozdób, złoceń i sztukaterii przybytkami X muzy, a teraz chyłkiem opuszczają je zawstydzeni mężczyźni… Trzeba umieć patrzeć… na mężczyzn, zbierających się w ciepłe dni, kiedy od morza wieje lodos… na młode kobiety stojące w kolejce po tańsze mięso… na cmentarze, wyglądające jak bramy do innego świata i ich cyprysowe aleje… Trzeba myśleć o dzieciach, które z książek historycznych dowiadują się o triumfach imperium osmańskiego i wieczorami są policzkowane przez rodziców… o naziemnych kładkach, których każdy schodek uszkodzony jest w inny sposób; o człowieku, który od czterdziestu lat w tym samym miejscu sprzedaje stambulskie pocztówki…
Ruiny, smutek i morze. Czy taki naprawdę jest Stambuł, czy taka jest dusza tego miasta? Trudno nie wierzyć takiemu czarodziejowi słowa jak Orhan Pamuk.
.
Przyznam, że moja przygoda z opasłym tomem wspomnień tureckiego noblisty była inna niż Xpictianoca. Nie tyle czytałem te książkę, co przez nią mozolnie brnąłem. Bo „Stambuł. Wspomnienia i miasto” to dziwna i trudna książka, chaotyczna i hermetyczna, obca jak obcy są dla mnie współcześni zeuropeizowani Turcy. Większa część wspomnień pisarza o jego nudnej rodzinie i jego duchowy ekshibicjonizm niespecjalnie mnie zainteresowały. Ale jest w tej książce jeden rozdział, zatytułowany „Hüzün”, co w języku tureckim oznacza… No właśnie nie wiadomo do końca co, bo, jak wyjaśnia Pamuk, pojawiające się w słownikach „melancholia” czy „smutek” bynajmniej nie wyczerpują znaczenia tego słowa.
Jest hüzün trudnym do zdefiniowania stambulskim genius loci. Nie jest to ani opisany przez Levi-Straussa smutek tropików ani wyrosła na gruncie zachodniego indywidualizmu melancholia ale raczej lokalny sposób życia i widzenia świata, wspólne duchowe doświadczenie mieszkańców starego ogromnego miasta przygniecionego ciężarem chwały dwóch upadłych imperiów. Ten rozdział „Stambułu”, prawdziwy tour de force pisarza, więcej powie o tureckiej duszy niż niejedna opasła kniga. Hüzün nie da się zrozumieć, trzeba go posmakować, poczuć, ujrzeć. Trzeba patrzeć na marynarzy, którzy z wiadrami w dłoniach zerkają w biało-czarne telewizory, powoli szykując się do snu na swoich łajbach… na osłonięte kobiety z reklamówkami w dłoniach, czekające w milczeniu na autobus, który nie nadjeżdża… na tłumy, które zimowym zmierzchem chcą zdążyć na prom… usłyszeć we mgle syreny statków i dostrzec ruiny bizantyjskich wież obronnych. Trzeba ujrzeć targowiska, które pustoszeją wieczorem, niszczejące siedziby derwiszów… stuletnie rezydencje nawet w największy mróz ogrzewane tylko przez jeden komin… poczuć przejmujące zimno bibliotecznych sal i zapach ludzkich oddechów w kinach porno, które kiedyś były eleganckimi, pełnymi ozdób, złoceń i sztukaterii przybytkami X muzy, a teraz chyłkiem opuszczają je zawstydzeni mężczyźni… Trzeba umieć patrzeć… na mężczyzn, zbierających się w ciepłe dni, kiedy od morza wieje lodos… na młode kobiety stojące w kolejce po tańsze mięso… na cmentarze, wyglądające jak bramy do innego świata i ich cyprysowe aleje… Trzeba myśleć o dzieciach, które z książek historycznych dowiadują się o triumfach imperium osmańskiego i wieczorami są policzkowane przez rodziców… o naziemnych kładkach, których każdy schodek uszkodzony jest w inny sposób; o człowieku, który od czterdziestu lat w tym samym miejscu sprzedaje stambulskie pocztówki…
Ruiny, smutek i morze. Czy taki naprawdę jest Stambuł, czy taka jest dusza tego miasta? Trudno nie wierzyć takiemu czarodziejowi słowa jak Orhan Pamuk.
.




