Deep South
.
Sporo moich znajomych, zwykle zaliczających siebie do „prawicowców” - choć nie wiem, co to właściwie oznacza i czasem zastanawiam się, czy oni to wiedzą - darzy ogromnym sentymentem amerykańskie Południe oraz Konfederację. Wielu z nich opowiada się zarazem za opcją atlantycką, a więc jankeską, w polskiej polityce. Taki rozziew między wymogami Realpolitik a odruchem serca nie jest oczywiście niczym zaskakującym, a jednak umiłowanie tego, co przeminęło z wiatrem, pozostaje dla mnie zagadką. Być może bierze się ono z typowego dla Polaków, utrwalonego w historii nawyku utożsamiania się ze słabszym?
Skłamałbym mówiąc, że amerykańskiego Południa całkiem nie lubię. Bliska jest mi literatura południowców, szczególnie wspaniałe opowiadania Flannery O’Connor, która nazwała ten rejon Stanów „Południem znękanym przez Chrystusa”. Lubię tamtejszą kuchnię, najbardziej nowoorleańskie cudeńka z owoców morza i kurczaka „southern fried”, którego przed smażeniem należy długo marynować w ziołach i maślance. Ale nie potrafię wykrzesać w sobie miłości do mitycznego „etosu Południa” i jego „wartości”.
Fundamentalną słabością Południa (wyłączam z niego Teksas, bo to państwo w państwie) była niezdolność do organizacji, w tym także organizacji politycznej. Wiedzieli chyba o tym sami południowcy a na pewno wiedział generał Robert E. Lee, wykrzykując po którejś z rzędu wpadce logistycznej wojsk Konfederacji: nasi ludzie nie są zdolni do wykonywania jakiejkolwiek pracy! W odróżnieniu od stanów północnych, brak było na Południu potencjału zdolnego nadać formę państwową luźnej konfederacji stanów. Południe było po prostu zbiorem kolonii dla niepoznaki noszących nazwę „stanów” Luizjana, Alabama, Wirginia itd. Ale były to kolonie bez metropolii, bo więź z Wielką Brytanią został zerwana dawno temu. Z czasem rolę metropolii postanowiła zająć Północ, której przestały się podobać cła zaporowe na bawełnę a stąd do wojny tylko krok...
Jak wszystkie inne kolonie, Południe nie było nosicielem żadnego etosu prócz etosu życia kolonialnego: niespiesznego, opartego na kastowym ustroju społecznym (niewolnictwie) i rolnictwie sprowadzonym do kilku monokultur. Życie południowców było podobne do życia w innych koloniach: sztywne podziały społeczne, paternalizm, nienaganne maniery wynikające z dbałości o własne życie (znudzeni leniwym życiem plantatora mężczyźni chętnie sięgali po broń, warto więc było nie dawać im pretekstu). Istniała tam także, spotykana w koloniach francuskich i hiszpańskich, tradycja międzyrasowego konkubinatu. Młody, wchodzący w dorosłość dżentelmen brał sobie kreolską kochankę, z którą płodził gromadkę dzieci. Kiedy nadchodził czas ożenku konkubinat rozwiązywano zaopatrując eks-konkubinę w odpowiednią kwotę pieniędzy. Córki z takich związków kontynuowały karierę matek, bo też i nie przewidywano dla nich innej drogi. Bracia – ci mieli nieco lepiej, gdyż jako bękarci o podwyższonym statusie wiedli prym w kreolskiej społeczności. Tak to była południowa dolce vita sprzed Wojny Secesyjnej.
Dziedzictwo kolonialnego stylu życia widoczne jest po dziś dzień w uprzejmej mowie południowców, którzy zawsze mówią ci to, co chciałbyś usłyszeć, co powoduje nieraz komiczne nieporozumienia w kontaktach z prostodusznymi, pozbawionym poczucia humoru mid-westernerami. Widać je również w fakcie istnienia ogromnej podklasy dziedzicznie nisko opłacanych i niewykształconych pracowników, czarnoskórych i white-thrashów. W odróżnieniu od Środkowego Zachodu, gdzie oczekuje się solidnego wykonania każdej pracy, od pracowników tej podklasy nikt nie wymaga ani solidności ani umiejętności. Oni mają tacy być. Zupełnie jak kiedyś niewolnicy. Śnijmy więc dalej słodki sen o Południu, pamiętając, że usługę, wykonaną z opóźnieniem i niechlujnie Hamerykany określają mianem done Memphis- style.
Sporo moich znajomych, zwykle zaliczających siebie do „prawicowców” - choć nie wiem, co to właściwie oznacza i czasem zastanawiam się, czy oni to wiedzą - darzy ogromnym sentymentem amerykańskie Południe oraz Konfederację. Wielu z nich opowiada się zarazem za opcją atlantycką, a więc jankeską, w polskiej polityce. Taki rozziew między wymogami Realpolitik a odruchem serca nie jest oczywiście niczym zaskakującym, a jednak umiłowanie tego, co przeminęło z wiatrem, pozostaje dla mnie zagadką. Być może bierze się ono z typowego dla Polaków, utrwalonego w historii nawyku utożsamiania się ze słabszym?
Skłamałbym mówiąc, że amerykańskiego Południa całkiem nie lubię. Bliska jest mi literatura południowców, szczególnie wspaniałe opowiadania Flannery O’Connor, która nazwała ten rejon Stanów „Południem znękanym przez Chrystusa”. Lubię tamtejszą kuchnię, najbardziej nowoorleańskie cudeńka z owoców morza i kurczaka „southern fried”, którego przed smażeniem należy długo marynować w ziołach i maślance. Ale nie potrafię wykrzesać w sobie miłości do mitycznego „etosu Południa” i jego „wartości”.
Fundamentalną słabością Południa (wyłączam z niego Teksas, bo to państwo w państwie) była niezdolność do organizacji, w tym także organizacji politycznej. Wiedzieli chyba o tym sami południowcy a na pewno wiedział generał Robert E. Lee, wykrzykując po którejś z rzędu wpadce logistycznej wojsk Konfederacji: nasi ludzie nie są zdolni do wykonywania jakiejkolwiek pracy! W odróżnieniu od stanów północnych, brak było na Południu potencjału zdolnego nadać formę państwową luźnej konfederacji stanów. Południe było po prostu zbiorem kolonii dla niepoznaki noszących nazwę „stanów” Luizjana, Alabama, Wirginia itd. Ale były to kolonie bez metropolii, bo więź z Wielką Brytanią został zerwana dawno temu. Z czasem rolę metropolii postanowiła zająć Północ, której przestały się podobać cła zaporowe na bawełnę a stąd do wojny tylko krok...
Jak wszystkie inne kolonie, Południe nie było nosicielem żadnego etosu prócz etosu życia kolonialnego: niespiesznego, opartego na kastowym ustroju społecznym (niewolnictwie) i rolnictwie sprowadzonym do kilku monokultur. Życie południowców było podobne do życia w innych koloniach: sztywne podziały społeczne, paternalizm, nienaganne maniery wynikające z dbałości o własne życie (znudzeni leniwym życiem plantatora mężczyźni chętnie sięgali po broń, warto więc było nie dawać im pretekstu). Istniała tam także, spotykana w koloniach francuskich i hiszpańskich, tradycja międzyrasowego konkubinatu. Młody, wchodzący w dorosłość dżentelmen brał sobie kreolską kochankę, z którą płodził gromadkę dzieci. Kiedy nadchodził czas ożenku konkubinat rozwiązywano zaopatrując eks-konkubinę w odpowiednią kwotę pieniędzy. Córki z takich związków kontynuowały karierę matek, bo też i nie przewidywano dla nich innej drogi. Bracia – ci mieli nieco lepiej, gdyż jako bękarci o podwyższonym statusie wiedli prym w kreolskiej społeczności. Tak to była południowa dolce vita sprzed Wojny Secesyjnej.
Dziedzictwo kolonialnego stylu życia widoczne jest po dziś dzień w uprzejmej mowie południowców, którzy zawsze mówią ci to, co chciałbyś usłyszeć, co powoduje nieraz komiczne nieporozumienia w kontaktach z prostodusznymi, pozbawionym poczucia humoru mid-westernerami. Widać je również w fakcie istnienia ogromnej podklasy dziedzicznie nisko opłacanych i niewykształconych pracowników, czarnoskórych i white-thrashów. W odróżnieniu od Środkowego Zachodu, gdzie oczekuje się solidnego wykonania każdej pracy, od pracowników tej podklasy nikt nie wymaga ani solidności ani umiejętności. Oni mają tacy być. Zupełnie jak kiedyś niewolnicy. Śnijmy więc dalej słodki sen o Południu, pamiętając, że usługę, wykonaną z opóźnieniem i niechlujnie Hamerykany określają mianem done Memphis- style.

.



