Luksemburski
W zamierzchłym 1992 roku trafiłem w charakterze młodego bankowca z dalekiego kraju postkomunistycznego na trzymiesięczny staż w oddziale Lloyds Bank w Luksemburgu. Był to mój pierwszy z prawdziwego zdarzenia (wcześniej były tylko krótkie wyjazdy) pobyt TAM i do tego pobyt całkiem przyjemny: miałem własne mieszkanko, całkiem przyzwoite stypendium w wysokości prawie 30 tys. franków belgijskich miesięcznie i możliwość zaznajomienia się z zupełnie egzotycznym wtedy dla mnie funkcjonowaniem zachodniego banku, zajmującego się na dodatek private banking oraz inwestycjami giełdowymi, czyli sprawami znajdującymi się wówczas w Polsce w zupełnych powijakach.
Ten maleńki kraj, w którym gazety ukazują się po niemiecku a ustawy pisane są po francusku, po dziś dzień wspominam z sympatią, szczególnie stolicę: nieduże, malowniczo położone na skraju Ardenów miasto, poprzecinane głębokimi wąwozami. Była tam nawet rosyjska cerkiew „zarubieżników”, w której odprawiano nabożeństwa raz w miesiącu.
Pierwszym zaskoczeniem była wielonarodowość luksemburskiej populacji. Ten przemyślny lud, zamiast sprowadzać sobie do pracy Turków wybrał Portugalczyków, którzy stanowią bodajże 30% luksemburskiej ludności. Podobnie wielonarodowo, choć bez Portugalczyków, było w banku. W dziale back-office – nie będę nudził, co to jest, bo nie ma to większego znaczenia - gdzie początkowo trafiłem, pracowali rodowici ponoć Luksemburczycy, tyle, że zwali się Yvan de Paoli, Colette Migliosi i Paola Buffadini. Z pobliskiej belgijskiej Bastonii dojeżdżał z kolei do roboty „rdzenny Belg” Salvatore Calvano. Szefem tego i kilku innych działów był już „Belg prawdziwie belgijski”, niejaki Marc de Leye. Kiedy zdziwiony zapytałem, czemu ów dyrektor codziennie przesiaduje w swojej kanciapie do godziny 21, wyjaśniono mi, że właśnie rozwodzi się z żoną. A całym bankiem zarządzał facet pochodzący ze starej szkockiej rodziny arystokratycznej zwący się – autentico - Manliffe Patrick Goodbody. Lubił żartować, że jest spokrewniony z rodziną Goodbodych, wzmiankowanych we „Władcy Pierścieni”. Człek był z niego zbrytfanniały do szpiku kości, choć mieszkał w Luksemburgu z żoną to swoją siedmioletnią córkę zostawił w Anglii w boarding school, z dala od niebezpieczeństw i dziwactw kontynentalnej edukacji. Takie to było towarzystwo.
Prawdziwi Luksemburczycy pracowali jeszcze w dealing roomie i nazywali się, zabawnie, Haas i Haartz – ten drugi, gładko ostrzyżony i o spiczastych uszach, mocno przypominający Mr Spocka, zapytał mnie od razu czy lubię Leszwaleza (z akcentem na ostatnie „a”). Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że pytał, co sądzę o Lechu Bolęsie.
Z wydarzeń ściśle zawodowych: byłem podczas tego stażu świadkiem pamiętnej Czarnej Środy, kiedy to fundusz George’a Sorosa zarobił na dewaluacji funta ponad miliard dolarów. Przywiązani do funta brytyjscy klienci banku dzwonili w ten i następne dni do dealerów posyłając im telefonicznie blady, damny i faki na przemian. Szczególnie celował w tym pewien emerytowany pułkownik armii brytyjskiej, który spędził prawie całe życie w Hong-Kongu i dużą część majątku ulokował w brytyjskich obligacjach, których ceny spadały wtedy w tempie zawrotnym.
W Luksemburgu (miejscowi, w zależności od tego czy pochodzili z południa czy z północy kraiku, wymawiali to Lücberś lub Lücebejesz) dowiedziałem się również, że istnieje coś takiego, jak język luksemburski. Ale to nieprawda, szepnął mi kiedyś przy piwie pewien Luksemburczyk, który, ożeniony z Austriaczką, od lat mieszkał w Wiedniu i tylko czasami wpadał, żeby odwiedzić krewnych. W zachodnim Tyrolu górale mówią tak samo, powiedział, po prostu nam udało się nasz dialekt przelobbować w instytucjach europejskich. Co nie dziwi, kiedy sporą ich cześć ma się na swoim terytorium.
Instytucje europejskie to kolejny element krajobrazu Luksemburga, który zapadł mi w pamięć. Kirchberg, dzielnica mieszcząca biura eurokratów, oddzielona od miasta imponującym mostem, sprawiała ponure wrażenie. Bylejakie oszklone bryły, porozrzucane na ogromnej trawiastej równinie, po latach kojarzą mi się ze sterylnymi futurystycznymi krajobrazami z „Gattaki” Andrew Niccola.
Ale prawdziwy krok naprzód zrobiłem w Luksemburgu w dziedzinie picia. Knajp było bowiem w tym Mieście Stu Pięćdziesięciu Banków od trąby. A że mieszkało tam wtedy ponad pięć tysięcy Brytyjczyków, to znaczące miejsce na knajpianej mapie miasta zajmowały różnorakie puby, najlepsze ulokowane były w położonej w wąwozie, którym płynęła rzeczka Alzette, dzielnicy Grund.
Ten maleńki kraj, w którym gazety ukazują się po niemiecku a ustawy pisane są po francusku, po dziś dzień wspominam z sympatią, szczególnie stolicę: nieduże, malowniczo położone na skraju Ardenów miasto, poprzecinane głębokimi wąwozami. Była tam nawet rosyjska cerkiew „zarubieżników”, w której odprawiano nabożeństwa raz w miesiącu.
Pierwszym zaskoczeniem była wielonarodowość luksemburskiej populacji. Ten przemyślny lud, zamiast sprowadzać sobie do pracy Turków wybrał Portugalczyków, którzy stanowią bodajże 30% luksemburskiej ludności. Podobnie wielonarodowo, choć bez Portugalczyków, było w banku. W dziale back-office – nie będę nudził, co to jest, bo nie ma to większego znaczenia - gdzie początkowo trafiłem, pracowali rodowici ponoć Luksemburczycy, tyle, że zwali się Yvan de Paoli, Colette Migliosi i Paola Buffadini. Z pobliskiej belgijskiej Bastonii dojeżdżał z kolei do roboty „rdzenny Belg” Salvatore Calvano. Szefem tego i kilku innych działów był już „Belg prawdziwie belgijski”, niejaki Marc de Leye. Kiedy zdziwiony zapytałem, czemu ów dyrektor codziennie przesiaduje w swojej kanciapie do godziny 21, wyjaśniono mi, że właśnie rozwodzi się z żoną. A całym bankiem zarządzał facet pochodzący ze starej szkockiej rodziny arystokratycznej zwący się – autentico - Manliffe Patrick Goodbody. Lubił żartować, że jest spokrewniony z rodziną Goodbodych, wzmiankowanych we „Władcy Pierścieni”. Człek był z niego zbrytfanniały do szpiku kości, choć mieszkał w Luksemburgu z żoną to swoją siedmioletnią córkę zostawił w Anglii w boarding school, z dala od niebezpieczeństw i dziwactw kontynentalnej edukacji. Takie to było towarzystwo.
Prawdziwi Luksemburczycy pracowali jeszcze w dealing roomie i nazywali się, zabawnie, Haas i Haartz – ten drugi, gładko ostrzyżony i o spiczastych uszach, mocno przypominający Mr Spocka, zapytał mnie od razu czy lubię Leszwaleza (z akcentem na ostatnie „a”). Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że pytał, co sądzę o Lechu Bolęsie.
Z wydarzeń ściśle zawodowych: byłem podczas tego stażu świadkiem pamiętnej Czarnej Środy, kiedy to fundusz George’a Sorosa zarobił na dewaluacji funta ponad miliard dolarów. Przywiązani do funta brytyjscy klienci banku dzwonili w ten i następne dni do dealerów posyłając im telefonicznie blady, damny i faki na przemian. Szczególnie celował w tym pewien emerytowany pułkownik armii brytyjskiej, który spędził prawie całe życie w Hong-Kongu i dużą część majątku ulokował w brytyjskich obligacjach, których ceny spadały wtedy w tempie zawrotnym.
W Luksemburgu (miejscowi, w zależności od tego czy pochodzili z południa czy z północy kraiku, wymawiali to Lücberś lub Lücebejesz) dowiedziałem się również, że istnieje coś takiego, jak język luksemburski. Ale to nieprawda, szepnął mi kiedyś przy piwie pewien Luksemburczyk, który, ożeniony z Austriaczką, od lat mieszkał w Wiedniu i tylko czasami wpadał, żeby odwiedzić krewnych. W zachodnim Tyrolu górale mówią tak samo, powiedział, po prostu nam udało się nasz dialekt przelobbować w instytucjach europejskich. Co nie dziwi, kiedy sporą ich cześć ma się na swoim terytorium.
Instytucje europejskie to kolejny element krajobrazu Luksemburga, który zapadł mi w pamięć. Kirchberg, dzielnica mieszcząca biura eurokratów, oddzielona od miasta imponującym mostem, sprawiała ponure wrażenie. Bylejakie oszklone bryły, porozrzucane na ogromnej trawiastej równinie, po latach kojarzą mi się ze sterylnymi futurystycznymi krajobrazami z „Gattaki” Andrew Niccola.
Ale prawdziwy krok naprzód zrobiłem w Luksemburgu w dziedzinie picia. Knajp było bowiem w tym Mieście Stu Pięćdziesięciu Banków od trąby. A że mieszkało tam wtedy ponad pięć tysięcy Brytyjczyków, to znaczące miejsce na knajpianej mapie miasta zajmowały różnorakie puby, najlepsze ulokowane były w położonej w wąwozie, którym płynęła rzeczka Alzette, dzielnicy Grund.

Nie ma co kryć, wcześniej znałem tylko upiorne studenckie balangi wódczane do samego rana, albo – też do rana – nocne Polaków rozmowy o poezji przy słodkim, wzmacnianym winie-czaszkotrzepie. W Luksemburgu zetknąłem się po raz pierwszy z wielką paletą zachowań trunkowych: piątkowe angielskie binge drinking, kufelek ciemnego bittera do obiadu, pierwsze w życiu Beaujolais Nouveau (w przeciwieństwie do wielu pseudokoneserów lubię to wino), pogodne luksemburskie święta wina w miasteczkach położonych nad Mozelą i, last but not least, pierwszy poważny kontakt z tradycyjnymi belgijskimi piwami górnej fermentacji, w tym z piwem warzonym w położonym nieopodal Luksemburga opactwie trapistów w Orval . A gdzie alkohol tam i tytoń, nierozłączni przyjaciele od kilku wieków towarzyszący biesiadującym ludziom :-)
Dlatego tak bardzo wkurzają mnie, choć palacz ze mnie żaden, nakładane od kilku lat restrykcje na palenie w knajpach. Obawiam się, że to dopiero przygrywka i w przewidywalnej przyszłości czekają nas także ograniczenia w dostępie do alkoholu. Troska naszych władców ma ściśle utylitarny charakter: stawiają na zdrowie swojej trzody. Przedkładając to, co mamy wspólne ze zwierzętami (zdrowie fizyczne) nad to, co wyłącznie ludzkie (biesiada jako jedna z najlepszych form międzyludzkiej komunikacji) stawiamy kolejny krok ku zezwierzęceniu. „Tylko niewielu nie da się w końcu zaprowadzić za uzdę do stajni”, powiada Samotnik z Bogoty, ale to już zupełnie inna, nie-luksemburska historia.
.
Dlatego tak bardzo wkurzają mnie, choć palacz ze mnie żaden, nakładane od kilku lat restrykcje na palenie w knajpach. Obawiam się, że to dopiero przygrywka i w przewidywalnej przyszłości czekają nas także ograniczenia w dostępie do alkoholu. Troska naszych władców ma ściśle utylitarny charakter: stawiają na zdrowie swojej trzody. Przedkładając to, co mamy wspólne ze zwierzętami (zdrowie fizyczne) nad to, co wyłącznie ludzkie (biesiada jako jedna z najlepszych form międzyludzkiej komunikacji) stawiamy kolejny krok ku zezwierzęceniu. „Tylko niewielu nie da się w końcu zaprowadzić za uzdę do stajni”, powiada Samotnik z Bogoty, ale to już zupełnie inna, nie-luksemburska historia.
.




