środa, styczeń 28, 2009

Metropolita Cyryl nowym patriarchą

.


Zgodnie z przewidywaniami szesnastym Patriarchą Moskiewskim i Całej Rusi został metropolita smoleński Cyryl, wybrany głosami zdecydowanej większości delegatów Soboru Lokalnego. Nowego zwierzchnika rosyjskiego prawosławia czekają niełatwe zadania: znalezienie złotego środka między skrzydłami cerkiewnych reformatorów i konserwatystów i normalizacja stosunków z patriarchatem Konstantynopola (choć tu, prawdę mówiąc, więcej zależy od patriarchy Bartłomieja). Przypuszczam też, że patriarcha, który przez dwadzieścia lat pełnił funkcję cerkiewnego „ministra spraw zagranicznych” będzie poświęcał więcej uwagi problemom ekumenizmu, co nie oznacza bynajmniej, że będzie to romantyczny i sentymentalny ekumenizm w stylu lat 1965-85, oczekiwałbym raczej ekumenicznego usztywnienia, może nawet opuszczenia przez Rosjan Światowej Rady Kościołów.

Z niedawnych wypowiedzi nowego patriarchy wynika, że jest on przeciwny reformom liturgicznym, postulowanym przez część rosyjskich środowisk prawosławnych. Będąc zwolennikiem wspólnych inicjatyw prawosławno-katolickich w kwestiach społecznych i moralnych, wyklucza zarazem wszelkie kompromisy na płaszczyźnie dogmatycznej. Zarys społeczno-ekonomicznych poglądów patriarchy Cyryla znaleźć można w tekście zamieszczonym na portalu Instytutu Actona.

Nowemu patriarsze życzę błogosławieństwa Bożego i wytrwałości w dźwiganiu patriarszego krzyża.

.

wtorek, styczeń 27, 2009

Varia 27-I-2009

.
1. Jeszcze o smokach i wężach. W jednej z moich ulubionych książek, zbiorowej biografii Inklingów pióra Humphreya Carpentera znajduje się niezwykła anegdota, którą C.S. Lewis opowiedział kiedyś Tolkienowi. Pewnego razu w pokoju profesorskim Magdalen College wywiązała się dyskusja o smokach, w której wziął udział stawiający wówczas pierwsze kroki w Oksfordzie Jack (dla niezorientowanych – tak nazywali Lewisa krewni i przyjaciele). Kiedy dyskusja dobiegła końca – swoją drogą to miłe, że wykładowcy akademiccy potrafili kiedyś rozmawiać o rzeczach ważnych - zgromadzeni w pokoju usłyszeli słowa „Ja widziałem smoka”. Wypowiedział je F.E. Brightman, wybitny historyk liturgii, człowiek słynący z małomówności, który prawie nigdy nie odzywał się podczas odpoczynku w pokoju profesorskim. Ktoś zapytał Brightmana, gdzie widział smoka. "Na Górze Oliwnej", odparł liturgista i zamilkł. Ciekawe, co działo się dalej? Czy zadawano mu następne pytania? Czy zignorował pytających i pogrążył się w milczeniu, pykając fajkę? Wiadomo tylko, że Brightman aż do śmierci nie podjął tematu i nikt nie zdołał dowiedzieć się, co właściwie widział podczas pobytu w Jerozolimie (zakładam, że nie brał udziału w poświęceniu wody w dniu Teofanii). I właśnie tajemniczość wydaje mi się w całej tej historii najpiękniejsza.


2. Ostatnio sięgnąłem ponownie po „Pasterza dusz”, biografię archimandryty Cleopy Ilie, jednej z najważniejszych postaci rumuńskiego prawosławia w XX wieku. Zastanowiło mnie, jak wielu członków Legionu św. Michała Archanioła zdecydowało się po II wojnie na złożenie ślubów mniszych lub przyjęcie kapłaństwa. Nie pamiętam wszystkich wymienionych przez autora nazwisk, w końcu nie jest to ksiązka o Legiunea Arhanghelul Mihail, tylko o świętym mnichu, ale było ich dużo. Na pewno do eks-legionistów, którzy wybrali te trudna drogę należał o. Marcu Petrescu, popularny duszpasterz, przez oprawców z Securitate nazywany fakirem, bo nigdy nie krzyczał na torturach. I o. Arsenie Papacioc, przed wojną, „w cywilu” znany prawnik i zarazem utalentowany rzeźbiarz. Żyje po dziś dzień, jest starcem – spowiednikiem braci w monasterze Techirghiol. Ale znalazłem tych wzmianek o eks-legionistach więcej.

Zapewne nie ma jednej przyczyny, która skierowała wielu prominentnych legionistów na drogę prawdziwej służby Bogu. Ale jedna sprawa była tu chyba istotna. W gruncie rzeczy Legion św. Michała, mimo towarzyszącej mu religijno-mistycznej otoczki, nie różnił się zbytnio od innych europejskich radykalnych ruchów międzywojennych. Warto w tym kontekście pamiętać o tym, co pisał wtedy Cioran, najbardziej uzdolniony literacko z intelektualistów powiązanych z Legionem. Był on zdania, że Rumunia nie zaistniała nigdy jako rzeczywistość historyczna a przeznaczeniem Legionu jest poprowadzić ją ku jej historycznemu przeznaczeniu. Jako artysta słowa, Cioran nie posługiwał się terminem rewolucja, zastępując go ładniej brzmiącą „transfiguracją”. W pismach Ciorana z tamtych czasów pełno jest gniewu na tradycyjną rumuńskość, gościnność i serdeczność rumuńskiego chłopstwa, jego umiejętność godzenia się z cierpieniem. Wszystkie te cechy miały zostać zmiecione w procesie „transfiguracji”, z której zrodzić się miała Nowa Rumunia i Nowi Rumuni.

Może więc było tak, że upadek Legionu i późniejsze doświadczenia wojenne spowodowały, że legioniści zrozumieli, że nie trzeba „transfigurować” Rumunii i jej mieszkańców tylko siebie samych? Wydaje mi się, że tak właśnie było w przypadku tych, którzy zdecydowali się służyć Bogu w najtrudniejszych, powojennych czasach. Zapewne, na swój opaczny sposób, zrozumiał to też Cioran.

.

piątek, styczeń 23, 2009

Plusy i minusy

.

Kiedy życie ascetyczne i wyrzeczenia, które narzucił sobie chrześcijanin przekroczą ilość łaski, jaką otrzymał, w duszy pojawi się pustka. I ta pustka doprowadzi go do grzechu albo uczyni twardym, szorstkim i niemiłosiernym wobec braci. Człowiek roztropny wkłada więcej wysiłku w praktykowanie cnót pozytywnych niż negatywnych. Przykłady cnót pozytywnych to modlitwa, udział w nabożeństwie, kontemplacja, studiowanie Pisma, przyjmowanie Ciała i Krwi Chrystusa, miłość do Boga. To cnoty, których działanie skierowane jest ku Bogu. Cnoty negatywne zaś to post, wyrzeczenia, ubóstwo, wszelkiego rodzaju abstynencja i inne praktyki ascetyczne, wreszcie wszelkie reguły i zakazy typu „nie będziesz czynił tego i tego”, których działanie skierowane jest ku człowiekowi. Nazwa „negatywne” nie ma w tym przypadku charakteru pejoratywnego, gdyż cnoty te, równoważone cnotami pozytywnymi nadają równowagę życiu duchowemu.


Z “Tęsknoty za Rajem” Alexandra Kalomirosa

.

wtorek, styczeń 20, 2009

Trzym się, Jurek (List do człowieka zza morza)

.

Drogi George,

Postanowiłem napisać do Ciebie kilka słów na koniec Twojego panowania w Imperium Americanum.

Przez osiem lat, podczas których stałeś na szczycie władzy w Imperium, nie miałeś, delikatnie mówiąc, dobrej prasy. Najbardziej zawiniła tu Twoja nieumiejętność poprawnego wysławiania się w języku angielskim (najwyraźniej Twój Ojciec nie zadbał o dobrą guwernantkę), która walnie przyczyniła się do umocnienia stereotypu głupawego, prostackiego, może wręcz nieco upośledzonego Amerykanina-kowboja. Pod tym względem Twój następca to prawdziwy antyczny retor. Nawet jeśli to, co mówi nie ma większego sensu, brzmi to wspaniale. Wróżę mu więc wielka karierę, choć nie wiem, jak ocenią go potomni, szczególnie czarnoskórzy, którzy już wkrótce rozczarują się, że czarny problem Ameryki nadal pozostaje problemem.

Ale przecież mam pisać o Tobie. Kiedy w styczniu 2001 roku zasiadłeś na waszyngtońskim tronie, nikt nie spodziewał się, że będzie to wielka prezydentura. W końcu na tronie umieścili Cię sędziowie Sądu Najwyższego (kto pierwszy porównał kiedyś ustrój Imperium Americanum do władzy sędziów w dawnym Izraelu?) więc siłą rzeczy od samego początku z Twoją charyzmą było nienajlepiej. Dodajmy do tego cień Twojego ojca, imperatora George’a Starszego. Zapowiadałeś się naprawdę kiepsko, dla prawicy zbyt nieokreślony, dla lewicy może niezbyt groźny, ale jednak na tyle irytujący, by ją skonsolidować do walki o rząd dusz. Prezydent jednej kadencji? Marionetka? Łatwy cel dla zlewicowanych mediów?

I wtedy Los albo Fortuna (a może oboje) zesłała Ci z nieba dwa ogniste podarunki, samoloty porwane przez islamskich terrorystów, które wbiły się w nowojorskie Kolosy Mamona, zabijając w kilka chwil trzy tysiące pracujących tam ludzi. I to ludzi nie byle jakich ale wolnych mieszkańców Nowego Jorku, Miasta Miast, Pępka Świata i Wielkiego Jabłka. Można powiedzieć, że tamtego dnia, 11 września 2001 roku, w dziewiątym miesiącu Twojego panowania, Fukuyama poniósł intelektualną śmierć – i słusznie, bo koniec historii należy pozostawić temu, kto jest jej prawdziwym Panem - a Huntington przekonał się, że starcie cywilizacji istnieje nie tylko na stronicach jego książki.

Pamiętasz, przysłałem Ci kiedyś parę książek napisanych przez niegłupich facetów z mojej strony oceanu. Nazywali się Hobbes, Schmitt i Strauss. Ten pierwszy urodził się tak dawno, że zmarł na długo przed przyjściem na świat twego prapradziadka. W swoim dziele „Lewiatan” twierdził, że państwo to zło konieczne, istniejące po to, aby ludzie, żyjący w stanie naturalnej wrogości, nie poprzegryzali sobie gardeł. Dlatego państwo nie powinno sobie zaprzątać głowy najwyższym dobrem (summum bonum) ale raczej skupić się na unikaniu najwyższego zła (summum malum), za które Hobbes uznawał gwałtowną śmierć. I choć żyjemy w warunkach zupełnie innych niż te, które inspirowały autora „Lewiatana” to nasza liberalna demokracja właśnie na tym minimalistycznym fundamencie unikania summum malum dziś się opiera. Smutne, ale tak nisko upadliśmy. A ten zamach to był dla większości z nas prawdziwy cios! Pamiętasz, nie tylko obywatele Imperium, ale prawie cały „świat zachodni” trząsł wtedy portkami. Okazało się bowiem, że to, co w świadomości ludu odurzonego opium etosu terapeutycznego uchodziło za pewnik: mianowicie uchronienie obywateli od gwałtownej śmierci, okazało się mrzonką. I to był problem, który trzeba było jakoś rozwiązać, ale rozwiązanie (dziwaczne niby-wojny w Afganistanie i Iraku) tylko zrodziło nowe problemy. Tak to bywa na przełomie epok.

Wróćmy jeszcze do innych facetów, o których wspomniałem wcześniej. Dawno temu, jeszcze przed II Wojną Domową Białej Cywilizacji, młody Strauss spotkał się i rozmawiał z Carlem Schmittem. Podczas tej rozmowy, obracającej się głównie wokół dzieła Schmitta „Pojęcie polityki” Strauss wskazał na fakt, że choć liberalna demokracja może mieć swój aksjologiczny fundament w postaci unikania summum malum, jednakże jest niemożliwością, aby mogła długo się na nim utrzymać. Bowiem z chwilą, kiedy liberalna demokracja zostaje zaatakowana i musi się bronić, nie jest ona w stanie zapewnić tego, co obiecuje. A wtedy trzeba czegoś „wyższego”, aby zagrzać obywateli do boju, który przecież niesie ze sobą ryzyko gwałtownej śmierci. Schmitt przytomnie stwierdził wtedy (a mówił to jakieś siedemdziesiąt lat temu z okładem), że na Zachodzie wiek rzeczy „wyższych” przeminął dawno temu. W istocie prawie wszystko, co ci dwaj napisali obracało się wokół pytania, czym mamy te rzeczy zastąpić.

Ale Ty nie byłeś filozofem polityki tylko politykiem i dlatego musiałeś coś zrobić. Lud domagał się akcji, nowy izolacjonizm nie wchodził w grę, zresztą po prawdzie nigdy nie leżał on w naturze Amerykanów. No i coś zrobiłeś, na dobre i na złe, postawiłeś na nową doktrynę bezpieczeństwa i wojnę z terrorem. Miałeś ogromne środki militarne i finansowe, o kryzysie nikomu się wtedy nie śniło a budżet po imperatorze Billu był bardzo tłusty. Ale obywatele – pamiętaj o słowach Straussa! – choć pragnęli bezpieczeństwa i domagali się czynu, nie chcieli za nie płacić. Zabrania się umierać na wojnie! Te kilkaset trupów to za dużo! Darmowe lunche istnieją! Dlatego Imperium znalazło się w stanie politycznej paranoi, ale to nie była twoja wina, raczej historii, która po chwili przerwy, jaka zafundowała sobie po upadku Sowiecji, nieoczekiwanie nabrała rozpędu. Niełatwo jest dopędzić rozpędzoną historię.

Wygląda na to, że Twoja prezydentura była dla Imperium najważniejsza od czasów, ja wiem, może nawet Roosevelta? Historia weszła w ostry zakręt, miraż jednobiegunowego świata zarządzanego znad Potomaku prysł ostatecznie, pojęcie koncertu mocarstw wraca do politycznego języka a skutki tego, co Ameryka pod Twoim przewodnictwem zrobiła u siebie w domu i na świecie od 2001 roku będziemy jeszcze odczuwali przez kilka dziesięcioleci. Nie wiem, jak historia oceni Twoją prezydenturę, ja jednak mówię Ci „Trzym się, Jurek, jak na czasy, w których przyszło ci rządzić, poradziłeś sobie nienajgorzej a lepiej i tak nie mogłeś”.


Pozdrawiam i ślę wyrazy szacunku,

Arseniusz Studziewski

Profesor Emeritus
.
Kolegium św. Symeona Nowego Teologa
.
Chania – Warszawa – Hajnówka

PS

Teraz, kiedy będziesz miał więcej czasu, sięgnij po Whitmana, Longfellowa, Emersona i Thoreau (Poego chyba znasz, wszyscy go czytali, nie?). Z żyjących najlepsi będzą Cormac McCarthy i Gene Wolfe. Zobaczysz, jak pięknie można posługiwać się językiem angielskim.
.

Skruszyłeś głowy węży…

.





Wczoraj w Kościele prawosławnym obchodziliśmy święto Teofanii – Chrztu Pańskiego - Epifanii, jedną z najstarszych i najważniejszych uroczystości chrześcijańskich. Dwie Ewangelie rozpoczynają się od opisu narodzin Jezusa, dwie pozostałe od Jego chrztu. „W swoich narodzinach Syn Boży objawił się światu w sposób utajony, zaś w chrzcie objawił się w całej pełni” pisze św. Hieronim. Przez długi czas Boże Narodzenie i Objawienie stanowiły jedno święto (tak jest po dziś dzień u Ormian), dlatego schemat liturgiczny wigilii tych świąt jest na Wschodzie identyczny i różni się od wigilii pozostałych wielkich świąt cyklu rocznego. Są to też dni ścisłego (absolutnego) postu, chyba, że wigilia wypadnie w niedzielę. W chrześcijańskiej starożytności wigilię Objawienia nazywano Świętem Świateł. Przy blasku setek świec udzielano wieczorem tego dnia chrztu - po grecku niekiedy nazywanego oświeceniem - katechumenom. Jedna z najpiękniejszych starochrześcijańskich homilii chrzcielnych to „Mowa na Święto Świateł” św. Grzegorza Teologa. Chrzest Pański jako początek publicznej działalności Jezusa jest Jego objawieniem – Epifanią, ale przede wszystkim jest Teofanią, pierwszym objawieniem Boga-Trójcy:

.
W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili, gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie (Mk 1,9-11)

.
Chrzest Pański należy do tych wielkich świąt, które wyróżnia bardzo mocny związek z Paschą, największym aktem zbawczym Boga. Podobnie jak w Wielką Sobotę, w wigilię Teofanii czyta się w cerkwi trzynaście paremii zaczerpniętych ze Starego Testamentu. Święto Teofanii nawiązuje też do związanej z Wielką Sobotą tajemnicy zstąpienia Mesjasza do Hadesu/Szeolu, co dobrze ilustruje ikona święta. Obrazem Hadesu na świątecznej ikonie są wody Jordanu i dlatego zazwyczaj maluje się je w ciemnych kolorach. Jeden z Ojców Kościoła pisze o tych wodach w niezwykły sposób: Janowy chrzest pokuty tysięcy ludzi spowodował, że wody te stały się niejako rezerwuarem ludzkiego grzechu, wodami ociężałymi i martwymi. I oto Jezus, zanurzając się w tych wodach wynurza się z nich przyobleczony nie w grzech, gdyż jest bezgrzeszny, lecz w dziedzictwo upadłej ludzkości, czyli śmierć. Publiczna działalność Zbawiciela zaczyna się od dobrowolnego przyjęcia śmierci. To zanurzenie w śmierć jest nie tylko prototypem i ustanowieniem sakramentu chrześcijańskiego chrztu, ale dotyczy całości Bożego stworzenia. W pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju Bóg – Duch Boży, unosi się nad wodami. Te pierwsze „wody”, o których mówi Księga to tohu wabohu, תוֹהוּ־וַבוֹהוּ, bezład i pustka, pierwotna nicość. To ta sama pustka, na skraju której znajduje się Dzieciątko – Przedwieczny Bóg na ikonie Bożego Narodzenia. Jak pisze św. Bazyli Wielki, Duch nie tylko unosił się nad wodami, lecz również uświadamiał im możność zrodzenia życia, przemieniał bezkształtną materia prima w życiodajny żywioł. Rozdzielenie wody przez uczynienie sklepienia nad wodami a następnie wyzwolenie suchego lądu z wody (Rdz 1,6-9) to pierwszy etap stworzenia naszego świata.
..
W tekstach liturgicznych święta kilkakrotnie pojawia się motyw oczyszczenia wody z zamieszkujących ją „węży” (drakoi z greckiego oryginału to mityczne bestie, które mogą mieć postać olbrzymich węży, ale też latających czy pływających gadów, do ich grona zaliczano też słynną Chimerę). Bunt niektórych mocy anielskich a potem upadek pierwszych ludzi spowodowały pęknięcie w doskonałym gmachu pierwotnego stworzenia a ich skutki ogarnęły całą naturę (zob. Rz 8,20-21). Posługując się symbolicznym językiem liturgii: odtąd wody stały się „siedliskiem węży”. Zanurzenie Jezusa w Jordanie i wzięcie na siebie brzemienia śmierci jest jakby powtórnym stworzeniem świata we wcielonym Zbawicielu, przywróceniem światu wewnętrznego porządku, otwarciem go na przebóstwiające energie Boże. I dlatego Teofania ma podwójny wymiar: zwiastuje zbawienie człowieka przez chrzest i życie w objawionym Bogu a poprzez człowieka przynosi odnowienie całego kosmosu, który nosi na sobie piętno ludzkiego grzechu. Dzięki Teofanii to, co Bóg stworzył na początku, znów staje się „bardzo dobre”.

.
W wigilię tego święta oraz w samo święto Kościół prawosławny dokonuje obrzędu Hagiasmy czyli wielkiego poświęcenia wody. Tą wodą święci się domy i pije się ją w ciągu roku w chwilach choroby, podejmowania ważnych decyzji, albo wtedy, kiedy nie można być na nabożeństwie. Rytuał Hagiasmy pokazuje, że przyjęta z czasem liczba siedmiu sakramentów, na Wschodzie nieustalona jeszcze w XV wieku, jest w dużej mierze umowna (swoją drogą, mam na temat tej siódemki pewną teorię, którą postaram się kiedyś tu przedstawić). Kto był choć raz na święcie Jordanu, kto uczestniczył w tej wielkiej modlitwie Kościoła, ten zrozumie, dlaczego tak twierdzę. Chrystus nie ustanowił sakramentów, jako odrębnej, nadprzyrodzonej rzeczywistości, Chrystus ustanowił swój Kościół. Sakrament, w języku greckim mysterion, ujawnia ukrytą czyli prawdziwą naturę rzeczywistości, w której działa Bóg. Każde działanie, w którym na prośbę swojego Kościoła Bóg zsyła łaskę, jest działaniem sakramentalnym. Jeżeli Hagiasma nie jest sakramentem, to czym jest? Wszelkie podziały na sakramenty i sakramentalia bledną w obliczu faktu, że całe liturgiczne działanie Kościoła ma charakter sakramentalny.




.

środa, styczeń 14, 2009

Vox patrum

.


"Bóg jest dobry, beznamiętny (tj. pozbawiony namiętności) i niezmienny. Jeśli kto zatem, uznając za prawdziwe i rozsądne stwierdzenie, że Bóg jest niezmienny, dziwi się jednakże, jak On – będąc takim – cieszy się z powodu dobrych, od złych odwraca, na grzeszników gniewa, a kiedy okazują skruchę obdarza ich miłosierdziem, to na trzeba odpowiedzieć, że Bóg ani się raduje, ani gniewa, gdyż zarówno radość jak i gniew są to namiętności. Niemądrze jest myśleć, że Boskości może być gorzej lub lepiej z powodu spraw ludzkich. Bóg jest dobry i czyni tylko dobrze, i krzywdy nikomu nie czyni, pozostając zawsze taki sam. My zaś, ludzie, kiedy czynimy dobro upodabniając się do Boga, stajemy się z Nim złączeni, kiedy zaś czynimy zło, stajemy się do Niego niepodobni i oddalamy się od niego… I nie znaczy to, że gniewa się On na nas, lecz że nasze grzechy nie pozwalają Bogu oświecić nas i skazują nas na męki zadawane przez demony. I jeśli, przez modlitwę i dobre czyny uzyskujemy odpuszczenie grzechów, to nie znaczy to, że Boga zmieniliśmy i uczyniliśmy go nam przychylnym, lecz że przez takie działania i zwrócenie się ku Bogu uleczyliśmy się z żyjącego w nas zła i znów możemy kosztować Jego dobroci. Tak więc twierdzić, że Bóg odwraca się od złych to jakby mówić, że Słońce chowa się przed ślepymi."

Św. Antoni Wielki, Pouczenie 150



.

wtorek, styczeń 13, 2009

Paliłem? Nie paliłem? I czy się zaciągałem?




Ja jestem zdruzgotany tym, co przeczytałem w dzisiejszej Rzeczpospolitej. Metropolita dla dobra Cerkwi powinien przejść w stan spoczynku. Jak pozostałych 5 arcybiskupów zamierza pokajać się za zdradę Cerkwi to moje pytanie do Św. Soboru. Nie można złem dobra czynić, czyż nie tak uczy Ewangelia? To za jakieś bzdury srogo karze się /xxxxxx/ a tu .... . Ja jestem w szoku, jako wierny czuję zdruzgotany. Powinniśmy teraz nieustannie modlić się o naszą Cerkiew, o nowych dobrych biskupów, gotowych do złożenia ofiary za Chrystusa i za Cerkiew w obliczu zagrożenia.

A ja zachęcam do rozwagi. Przypominam o dramatacie byłej posłanki Zyty Gilowskiej i obecnego ambasadora RP na Słowacji - Andrzeja Krawczyka - wówczas ministra w Kancelarii Prezydenta (taki tęgi pan w mocnych okularach). Obydwoje jakoś zbliżeni byli do aparatu bezpieczeństwa, ba zarejestrowano ich jako TW - Zytę Gilowską jako "TW Beata", Andrzej Krawczyk miał współpracować z WSW, a mimo to sąd lustracyjny, którego obecnie już nie ma oczyścił obydwoje od zarzutu współpracy. W artykule w Rzepie dokonano dość jasnego, ostrego sądu nad hierarchią PAKP, autor napisał „tajnymi współpracownikami SB byli też prawie wszyscy powojenni zwierzchnicy polskiego prawosławia oraz większość dzisiejszych arcybiskupów - zwierzchników diecezji”. Osobiście nie godzę się z takim stawianiem rzeczy. Jeśli obecnie nie jest możliwa lustracja duchownych, o ile nie pełnią funkcji publicznych w rozumieniu obowiązującej ustawy lustracyjnej, jeżeli wiele osób zarejestrowanych jako „TW” oczyszczono od zarzutów współpracy w poprzednim stanie prawnym, to z tym większym dystansem, czy wręcz, nieufnością należy traktować dziennikarskie rewelacje, nawet jeżeli pisze o nim "Rzeczpospolita".


Który z tych głosów jest bliższy prawdy? Chciałbym wierzyć, że drugi.



.

czwartek, styczeń 08, 2009

Karpaccy anachoreci

.

Polecam uwadze Gości Studionu krótki film o współczesnych rumuńskich pustelnikach.




.

wtorek, styczeń 06, 2009

Hellenika – zamieszki

.



Tragiczny w skutkach strzał policjanta, który padł w ateńskiej dzielnicy o pięknej nazwie Exarchia pozbawiając życia greckiego nastolatka, spowodował potężny wybuch greckiej beczki prochu. Wiele napisano o przyczynach tych zamieszek: wskazywano na nieudolność greckiej klasy rządzącej niezależnie od tego, po której stronie centrum plasują się aktualnie rządzący, na słabość europejskiej unii gospodarczo-walutowej, w ramach której współistnieją kraje o skrajnie odmiennym potencjale gospodarczym, co w czasach napięć powoduje pękanie słabszych ogniw (Grecja, wkrótce Hiszpania). Niektórzy komentatorzy doszukują się w greckich zamieszkach pierwszych sygnałów powrotu do odległych o kilka dziesięcioleci czasów, kiedy na ulicach rządzili tupamaros a terroryści-kidnaperzy zajmowali się głównie porywaniem i zabijaniem wpływowych osobistości politycznych.

Warto jednak spojrzeć na to, co dzieje się w Grecji, z perspektywy historycznej. Problem greckiej tożsamości narodowej i co za tym idzie stosunku Greków do własnej państwowości jest bowiem bardzo zawikłany. Jest to tożsamośc w dużej mierze antynomiczna, co skutkuje wielkim napięciem towarzyszącym greckiemu życiu politycznemu.

Z jednej strony duża część Greków jeszcze całkiem niedawno, bo jakieś sto lat temu uważała się za Rzymian, spadkobierców tradycji Cesarstwa Rzymskiego trwającego w Bizancjum. Arnold Toynbee pisze w „Cywilizacji w czasie próby", że greccy chłopi anatolijscy nie potrafili określić się inaczej niż jako Romaioi – czyli Rzymianie. Nosicielem tej tradycji, nowej formy rzymskiego uniwersalizmu był oczywiście Kościół prawosławny. Z drugiej strony mamy równoległy nurt „helleński", którego zwolennicy twierdzą, że Grecy współcześni są spadkobiercami Grecji antycznej i w niej powinni poszukiwać fundamentu duchowego. Pierwsze starcie tych dwóch tendencji miało miejsce w Bizancjum w XIV wieku. Mało kto ma pojęcie o filozofii (nie teologii!) bizantyjskiej, na polski przekład wciąż czekają (i pewnie się nie doczekają) fundamentalne prace Vassilisa Tatakisa „Filozofia bizantyjska” oraz „Filozofia chrześcijańska w tradycji patrystycznej i bizantyjskiej”. A przecież Bizantyjczycy w XIV wieku mieli swój, mocno zaawansowany prąd renesansowy w kulturze, którego główną postacią był założyciel Akademii Florenckiej, wybitny platonista i filohellen Gemisthos Plethon, jeden z pierwszych Bizantyjczyków posługujących się w sposób bliski nowożytnemu pojęciem greckości – hellenizmu.

Kościół wziął jednak górę a pół wieku później upadło Polis a z nim resztki cesarstwa, skutkiem czego przez długie wieki specyficzna tożsamość rzymsko-chrześcijańska, chroniona przez Kościół – który był wtedy de facto podziemnym państwem greckim - wydawała się nie mieć konkurencji. Na pozór, bo wielu Greków z konieczności pobierało nauki w zachodniej Europie. W każdym razie kościelny monopol na grecka tożsamość zaczął chwiać się w posadach wraz z wyzwoleniem się spod jarzma tureckiego. W 1833 roku zainstalowano w Grecji monarchię z dynastii bawarskiej zaś partia oświeconych nacjonalistów pod wodzą arystokratów z Korfu, braci Kapodistriasów, i wspierana przez oświeceniowo-liberalną myśl Adamantiosa Koraisa (twórcy katherevousy, greki „oczyszczonej” będącej do 1976 roku językiem urzędowym w Grecji) a później ich polityczni i intelektualni spadkobiercy znów zaczęli lansować nurt helleński. „Helleniści" byli zwolennikami modernizacji, Oświecenia i nacjonalizmu w nowoczesnym rozumieniu. To oni stworzyli nowożytną państwowość grecką. Ale mit helleński ma korzenie pogańskie, podczas gdy przetworzona w państwie bizantyjskim „rzymskość" – chrześcijańskie. I choć konstytucja grecka zaczyna się od liturgicznej doksologii Chwała Świętej, Jednoistotnej, Niepodzielnej i Życiodajnej Trójcy, prezydent przysięga na Ewangelię a księża dostają pensje od państwa (model narzucony za zgodą mocarstw zachodnich przez dynastię niemiecką) to od początku istnienia współczesnej Grecji trwa tam duchowy konflikt między dwoma trudnymi do pogodzenia koncepcjami greckości. Dodajmy do tego kilkaset lat życia pod tureckim jarzmem i odziedziczony po otomańskim porządku niebywale mocny polityczny klientelizm. Przypomnijmy sobie, że „zbieranie ziem greckich” trwało dobrze ponad sto lat a Grecy pontyjscy, anatolijscy, macedońscy, wołoscy, jońscy, egipscy, dodekanejscy i kreteńscy to ludzie bardzo ale to bardzo różni i nieraz spoglądający na siebie spode łba. Dorzućmy fakt, że narzucenie niezrozumiałej dla większości mieszkańców kraju urzędowej katharevousy – sztucznej syntezy antycznej i późnobizantyjskiej greki - doprowadziło w Grecji do klasycznej dyglosji, skutkiem której znaczna część społeczeństwa żyła w rzeczywistości pozbawionej odniesienia do posługującej się tajemniczym językiem machiny prawno-państwowej. Suma wszystkich tych czynników sprawiła, że państwo greckie jest, jakie jest a Grecy są jednym z najbardziej nieufnych i niechętnych instytucjom państwowym narodów w Europie. Dlatego nie doszukiwałbym się w greckich zamieszkach zwiastunów podnoszenia głów przez radykalną lewicową hydrę. To przede wszystkim Grecja i opisana przez Kazantzakisa w jednej z jego powieści grecka zapalczywość.

.

niedziela, styczeń 04, 2009

Na całej połaci śnieg…

.

Liczyłem na porządną śnieżycę. Wczoraj wieczorem nad Warszawą rozpadał się śnieg i powiało mocno. Żona i córki poszły wcześnie spać a ja, pozostawiwszy w mieszkaniu tylko jedną zapaloną lampkę, długo wpatrywałem się w szalejący za oknem taniec białych płatków. Mogę tak patrzeć na śnieg przez dwie, trzy godziny, odwiedzając w myślach Śródziemie i Hogwart albo rozmyślając nad wierszem Lampmana lub zimowymi obrazami wielkiego rosyjskiego „prerafaelity” Niestierowa. Niestety rano nadeszła wielkomiejska pół-odwilż, spowodowana naturalną ciepłotą miasta (ach te rury) a wiatr dokądś sobie poszedł i w Warszawie zrobiła się zwykła plucha.

Z natury (i częściowo z pochodzenia) jestem południowcem, więc za zimą nie przepadam, tym bardziej, że kilka lat swojego życia spędziłem w Rosji, gdzie miałem wątpliwą przyjemność przeżyć tydzień mrozów niemal czterdziestostopniowych. Uwielbiam jednak pewien rodzaj dni zimowych – po cichu liczyłem, że ta niedziela taka będzie – kiedy po obfitych opadach śniegu pojawia się gęsta zimowa mgła.


Śnieżycę i mgłę łączy pewne podobieństwo: są to dwa sposoby, jakimi żywioł wody posługuje się aby wtargnąć do wrogiego mu żywiołu powietrza i podporządkować go sobie. Ale śnieżyca to atak gwałtowny, hałaśliwy i zwykle krótkotrwały, coś jak lot kamikadze, podczas gdy mgła przynosi ze sobą to, czego nam wszystkim brakuje: spokój i ciszę. We mgle, szczególnie we mgle zimowej, której działanie wzmacnia krótkość zimowego dnia, można odnaleźć pewną, można by rzec, apofatyczną wartość duchową. Rzeczy znajdujące się w bezpośredniej bliskości zdają się wyraźniejsze niż podczas dnia o zwykłej widzialności i odwrotnie, to, co znajduje się dalej od nas, wydaje się bardzo odległe a przede wszystkim nieokreślone: kształty przybierają postać rozmazanych plam, kolory giną w oceanie bladoszarej bieli. Świat we mgle jest światem ubranym w obłok niewiedzy a pojęcia bliski/daleki nabierają w nim innego znaczenia. Łatwiej wtedy zrozumieć, że nasza wiedza ma swoje granice a każdy krok na zewnątrz to potencjalny skok w przepaść. Patrzajcie tedy, jakobyście ostrożnie chodzili, nie jako niemądrzy, ale jako mądrzy. A może tylko tak mi się wydaje i tworzę na siłę mistykę mgły, wkurzony, że zamiast niej oglądam dziś za oknem czarne jezdnie i pobocza pełne błota poślizgowego.


.