.
Drogi George,
Postanowiłem napisać do Ciebie kilka słów na koniec Twojego panowania w Imperium Americanum.
Przez osiem lat, podczas których stałeś na szczycie władzy w Imperium, nie miałeś, delikatnie mówiąc, dobrej prasy. Najbardziej zawiniła tu Twoja nieumiejętność poprawnego wysławiania się w języku angielskim (najwyraźniej Twój Ojciec nie zadbał o dobrą guwernantkę), która walnie przyczyniła się do umocnienia stereotypu głupawego, prostackiego, może wręcz nieco upośledzonego Amerykanina-kowboja. Pod tym względem Twój następca to prawdziwy antyczny retor. Nawet jeśli to, co mówi nie ma większego sensu, brzmi to wspaniale. Wróżę mu więc wielka karierę, choć nie wiem, jak ocenią go potomni, szczególnie czarnoskórzy, którzy już wkrótce rozczarują się, że czarny problem Ameryki nadal pozostaje problemem.
Ale przecież mam pisać o Tobie. Kiedy w styczniu 2001 roku zasiadłeś na waszyngtońskim tronie, nikt nie spodziewał się, że będzie to wielka prezydentura. W końcu na tronie umieścili Cię sędziowie Sądu Najwyższego (kto pierwszy porównał kiedyś ustrój Imperium Americanum do władzy sędziów w dawnym Izraelu?) więc siłą rzeczy od samego początku z Twoją charyzmą było nienajlepiej. Dodajmy do tego cień Twojego ojca, imperatora George’a Starszego. Zapowiadałeś się naprawdę kiepsko, dla prawicy zbyt nieokreślony, dla lewicy może niezbyt groźny, ale jednak na tyle irytujący, by ją skonsolidować do walki o rząd dusz. Prezydent jednej kadencji? Marionetka? Łatwy cel dla zlewicowanych mediów?
I wtedy Los albo Fortuna (a może oboje) zesłała Ci z nieba dwa ogniste podarunki, samoloty porwane przez islamskich terrorystów, które wbiły się w nowojorskie Kolosy Mamona, zabijając w kilka chwil trzy tysiące pracujących tam ludzi. I to ludzi nie byle jakich ale wolnych mieszkańców Nowego Jorku, Miasta Miast, Pępka Świata i Wielkiego Jabłka. Można powiedzieć, że tamtego dnia, 11 września 2001 roku, w dziewiątym miesiącu Twojego panowania, Fukuyama poniósł intelektualną śmierć – i słusznie, bo koniec historii należy pozostawić temu, kto jest jej prawdziwym Panem - a Huntington przekonał się, że starcie cywilizacji istnieje nie tylko na stronicach jego książki.
Pamiętasz, przysłałem Ci kiedyś parę książek napisanych przez niegłupich facetów z mojej strony oceanu. Nazywali się Hobbes, Schmitt i Strauss. Ten pierwszy urodził się tak dawno, że zmarł na długo przed przyjściem na świat twego prapradziadka. W swoim dziele „Lewiatan” twierdził, że państwo to zło konieczne, istniejące po to, aby ludzie, żyjący w stanie naturalnej wrogości, nie poprzegryzali sobie gardeł. Dlatego państwo nie powinno sobie zaprzątać głowy najwyższym dobrem (summum bonum) ale raczej skupić się na unikaniu najwyższego zła (summum malum), za które Hobbes uznawał gwałtowną śmierć. I choć żyjemy w warunkach zupełnie innych niż te, które inspirowały autora „Lewiatana” to nasza liberalna demokracja właśnie na tym minimalistycznym fundamencie unikania summum malum dziś się opiera. Smutne, ale tak nisko upadliśmy. A ten zamach to był dla większości z nas prawdziwy cios! Pamiętasz, nie tylko obywatele Imperium, ale prawie cały „świat zachodni” trząsł wtedy portkami. Okazało się bowiem, że to, co w świadomości ludu odurzonego opium etosu terapeutycznego uchodziło za pewnik: mianowicie uchronienie obywateli od gwałtownej śmierci, okazało się mrzonką. I to był problem, który trzeba było jakoś rozwiązać, ale rozwiązanie (dziwaczne niby-wojny w Afganistanie i Iraku) tylko zrodziło nowe problemy. Tak to bywa na przełomie epok.
Wróćmy jeszcze do innych facetów, o których wspomniałem wcześniej. Dawno temu, jeszcze przed II Wojną Domową Białej Cywilizacji, młody Strauss spotkał się i rozmawiał z Carlem Schmittem. Podczas tej rozmowy, obracającej się głównie wokół dzieła Schmitta „Pojęcie polityki” Strauss wskazał na fakt, że choć liberalna demokracja może mieć swój aksjologiczny fundament w postaci unikania summum malum, jednakże jest niemożliwością, aby mogła długo się na nim utrzymać. Bowiem z chwilą, kiedy liberalna demokracja zostaje zaatakowana i musi się bronić, nie jest ona w stanie zapewnić tego, co obiecuje. A wtedy trzeba czegoś „wyższego”, aby zagrzać obywateli do boju, który przecież niesie ze sobą ryzyko gwałtownej śmierci. Schmitt przytomnie stwierdził wtedy (a mówił to jakieś siedemdziesiąt lat temu z okładem), że na Zachodzie wiek rzeczy „wyższych” przeminął dawno temu. W istocie prawie wszystko, co ci dwaj napisali obracało się wokół pytania, czym mamy te rzeczy zastąpić.
Ale Ty nie byłeś filozofem polityki tylko politykiem i dlatego musiałeś coś zrobić. Lud domagał się akcji, nowy izolacjonizm nie wchodził w grę, zresztą po prawdzie nigdy nie leżał on w naturze Amerykanów. No i coś zrobiłeś, na dobre i na złe, postawiłeś na nową doktrynę bezpieczeństwa i wojnę z terrorem. Miałeś ogromne środki militarne i finansowe, o kryzysie nikomu się wtedy nie śniło a budżet po imperatorze Billu był bardzo tłusty. Ale obywatele – pamiętaj o słowach Straussa! – choć pragnęli bezpieczeństwa i domagali się czynu, nie chcieli za nie płacić. Zabrania się umierać na wojnie! Te kilkaset trupów to za dużo! Darmowe lunche istnieją! Dlatego Imperium znalazło się w stanie politycznej paranoi, ale to nie była twoja wina, raczej historii, która po chwili przerwy, jaka zafundowała sobie po upadku Sowiecji, nieoczekiwanie nabrała rozpędu. Niełatwo jest dopędzić rozpędzoną historię.
Wygląda na to, że Twoja prezydentura była dla Imperium najważniejsza od czasów, ja wiem, może nawet Roosevelta? Historia weszła w ostry zakręt, miraż jednobiegunowego świata zarządzanego znad Potomaku prysł ostatecznie, pojęcie koncertu mocarstw wraca do politycznego języka a skutki tego, co Ameryka pod Twoim przewodnictwem zrobiła u siebie w domu i na świecie od 2001 roku będziemy jeszcze odczuwali przez kilka dziesięcioleci. Nie wiem, jak historia oceni Twoją prezydenturę, ja jednak mówię Ci „Trzym się, Jurek, jak na czasy, w których przyszło ci rządzić, poradziłeś sobie nienajgorzej a lepiej i tak nie mogłeś”.
Pozdrawiam i ślę wyrazy szacunku,
Arseniusz Studziewski
Profesor Emeritus
.
Kolegium św. Symeona Nowego Teologa
.
Chania – Warszawa – Hajnówka
PS
Teraz, kiedy będziesz miał więcej czasu, sięgnij po Whitmana, Longfellowa, Emersona i Thoreau (Poego chyba znasz, wszyscy go czytali, nie?). Z żyjących najlepsi będzą Cormac McCarthy i Gene Wolfe. Zobaczysz, jak pięknie można posługiwać się językiem angielskim.
.