środa, luty 25, 2009

Argyros wychodzi z cienia

.


Kto jest odważny i chce mu się wydać 10 złotych, może zakupić marcowy numer "Nowej Fantastyki". Znajdzie w nim m.in. moje opowiadanie „Skała Fotisa”. Dowiecie się z niego, dlaczego w kontaktach z mieszkańcami morza należy zachowywać skrajną ostrożność.

Opowiadań o Kyriakosie Argyrosie, bizantyjskim patrycjuszu z czasów Aleksego I Komnena jest więcej, mam nadzieję, że z czasem światło dzienne ujrzą kolejne epizody z życia tej ciekawej, choć dziś już nieco zapomnianej postaci.



.

niedziela, luty 22, 2009

To, co najlepsze niecho zostanie w rodzinie

.

Polemika Filipa Memchesa z tekstem Adama Szostkiewicza doczekała się wczoraj komentarza w internetowym dzienniku Szczepana Twardocha. Odpowiedzi od Szostkiewicza nikt nie oczekiwał, za to być może mamy początek ciekawej, "wewnątrz-czwórkowej" dyskusji. Obydwa teksty trzeba przeczytać, przemyśleć i wyciagnąć wnioski. Mój jest taki, że każdy Autor pisze o nieco innych rzeczach, ale z wtrącaniem swoich trzech groszy poczekam do ukazania się odpowiedzi Filipa w Szczepanowym dzienniku. W międzyczasie zachęcam do lektury.
.

wtorek, luty 17, 2009

Hüzün

.

Do napisania paru słów o hüzün zbierałem się od jakiegoś czasu a tymczasem ubiegł mnie na swoim blogu Xpictianoc ciekawym wpisem o swojej lekturze książki Orhana Pamuka.

Przyznam, że moja przygoda z opasłym tomem wspomnień tureckiego noblisty była inna niż Xpictianoca. Nie tyle czytałem te książkę, co przez nią mozolnie brnąłem. Bo „Stambuł. Wspomnienia i miasto” to dziwna i trudna książka, chaotyczna i hermetyczna, obca jak obcy są dla mnie współcześni zeuropeizowani Turcy. Większa część wspomnień pisarza o jego nudnej rodzinie i jego duchowy ekshibicjonizm niespecjalnie mnie zainteresowały. Ale jest w tej książce jeden rozdział, zatytułowany „Hüzün”, co w języku tureckim oznacza… No właśnie nie wiadomo do końca co, bo, jak wyjaśnia Pamuk, pojawiające się w słownikach „melancholia” czy „smutek” bynajmniej nie wyczerpują znaczenia tego słowa.

Jest hüzün trudnym do zdefiniowania stambulskim genius loci. Nie jest to ani opisany przez Levi-Straussa smutek tropików ani wyrosła na gruncie zachodniego indywidualizmu melancholia ale raczej lokalny sposób życia i widzenia świata, wspólne duchowe doświadczenie mieszkańców starego ogromnego miasta przygniecionego ciężarem chwały dwóch upadłych imperiów. Ten rozdział „Stambułu”, prawdziwy tour de force pisarza, więcej powie o tureckiej duszy niż niejedna opasła kniga. Hüzün nie da się zrozumieć, trzeba go posmakować, poczuć, ujrzeć. Trzeba patrzeć na marynarzy, którzy z wiadrami w dłoniach zerkają w biało-czarne telewizory, powoli szykując się do snu na swoich łajbach… na osłonięte kobiety z reklamówkami w dłoniach, czekające w milczeniu na autobus, który nie nadjeżdża… na tłumy, które zimowym zmierzchem chcą zdążyć na prom… usłyszeć we mgle syreny statków i dostrzec ruiny bizantyjskich wież obronnych. Trzeba ujrzeć targowiska, które pustoszeją wieczorem, niszczejące siedziby derwiszów… stuletnie rezydencje nawet w największy mróz ogrzewane tylko przez jeden komin… poczuć przejmujące zimno bibliotecznych sal i zapach ludzkich oddechów w kinach porno, które kiedyś były eleganckimi, pełnymi ozdób, złoceń i sztukaterii przybytkami X muzy, a teraz chyłkiem opuszczają je zawstydzeni mężczyźni… Trzeba umieć patrzeć… na mężczyzn, zbierających się w ciepłe dni, kiedy od morza wieje lodos… na młode kobiety stojące w kolejce po tańsze mięso… na cmentarze, wyglądające jak bramy do innego świata i ich cyprysowe aleje… Trzeba myśleć o dzieciach, które z książek historycznych dowiadują się o triumfach imperium osmańskiego i wieczorami są policzkowane przez rodziców… o naziemnych kładkach, których każdy schodek uszkodzony jest w inny sposób; o człowieku, który od czterdziestu lat w tym samym miejscu sprzedaje stambulskie pocztówki…

Ruiny, smutek i morze. Czy taki naprawdę jest Stambuł, czy taka jest dusza tego miasta? Trudno nie wierzyć takiemu czarodziejowi słowa jak Orhan Pamuk.

.

wtorek, luty 10, 2009

Aleossohozi?

.


Takie coś można zakupić u największego amerykańskiego dostawcy prawosławnej literatury i dewocjonaliów, firmy Light & Life.


.


1972

.
Jednym z sympatyczniejszych przejawów anomii, o której ciekawie pisał ostatnio Szczepan Twardoch są towarzyszące jej dynamiczne przemiany w sztuce. Artyści porzucają stare formy bądź przemieniają je w coś zupełnie nowego.

Oczywiście różnie z jakością tych przewrotów i zmian bywa. Rewolucyjny Beethoven położył fundament pod znaczną część muzyki dziewiętnastowiecznej, której niemal en masse nie da się słuchać. Tę muzykę recenzent muzyczny Antoni Piekut (kto czytał w latach 80 pismo „Non Stop” ten faceta pamięta) słusznie określił jako „czterdzieści minut pitolenia, pod koniec którego zmęczony i uśpiony słuchacz dobudzany jest waleniem w kotły i talerze”.

Ale eksplozja muzycznej inwencji na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy nasza kochana cywilizacja gorączkowo zdrapywała skromne resztki chrześcijańskiego makijażu, to zjawisko ze wszech miar miłe dla ucha. Jako człek wychowany na radiowych audycjach Piotra Kaczkowskiego mogę być nieobiektywny, ale… Weźmy tylko jeden rok: 1972. W tym roku ukazały się takie płyty jak „Made in Japan” i „Machine Head” Deep Purple. Yes, Genesis, Jethro Tull i ELP wydały klasyczne dla prog-rocka albumy „Close to the Edge”, „Foxtrot”, „Thick as a Brick” i „Picture At an Exhibition”, Wishbone Ash zaskoczył publikę subtelnym gitarowym „Argusem”, holenderski Focus wywalił genialne „Moving Waves” i niewiele słabszą „III”. Chick Corea i Joe Zawinul śmiało eksplorowali obszary jazz-rocka, wydając „Light as a Feather” i „I sing the Body Electric”. Neil Young udowodnił jak świetnie może brzmieć country w rockowej oprawie płytą „Harvest” zaś pionierzy americany z The Band wydali klasyczny koncertowy album „Rock of Ages”. Dorzućmy jeszcze świetne płyty wydane w tamtym roku przez Budgie, Steely Dan, Amon Dull, Can, Franka Zappę, Joni Mitchell, Urial Heep, Pink Floyd, Gentle Giant, J.J. Cale’a (to człowiek, z którego brutalnie zrzynał Mark Knopfler), Thin Lizzy, Sandy Denny, Caravan, T.Rex czy Marvina Gaye. Co dwa, trzy tygodnie album, który wywarł wielki wpływ na to, co działo się muzyce późniejszych dekad. Taki Złoty Wiek już się muzyce rockowej nie powtórzył. Tak więc nawet w czasach anomii życie potrafi być całkiem przyjemne.

A tak w ogóle to Pan Studyta, znany z niechęci do koncertów rockowych, wybiera się dziś do Stodoły na koncert starych dziadków z Marillion.


.

wtorek, luty 03, 2009

Nowe „Arcana”

.


Ukazał się nowy, 85 numer dwumiesięcznika „Arcana” a w nim m.in. poezja Roya Campbella, szkice o Josifie Brodskim i Ferdynandzie Goetlu, obszerny blok tekstów o nagrodzie literackiej im. Józefa Mackiewicza, kolejne odcinki przeglądu niemieckiego Tomasza Gabisia i wypisów z dziennika Szczepana Twardocha a także krótkie „Uwagi o życiu seksualnym w epoce cząstek elementarnych” mojego autorstwa.

.

Dziatwa

.

O tym, że rodzeństwo bywa bardzo do siebie niepodobne wiedzieli już starożytni Papuasi. Co innego jednak wiedza teoretyczna, a co innego własna obserwacja.

Moja starsza córka, która pojawiała się tu kilka razy w ramach wpisów o „nocnych rozmowach”, jest typem marzyciela i wrażliwca. Jej styl bycia dobrze określa angielskie słowo daydreaming. Sztuki gwałtownych, krótkotrwałych załamek uczył ją chyba sam kasztelan Mirmił. Nad wiek dobrze rysuje i przy całej swojej delikatności zdradza, o dziwo, predylekcję do ciężkiego grania (The Cult, Budgie, Mountain, Iron Maiden).

Młodsza to jej przeciwieństwo, osóbka z twardym charakterem, z takich co wolą zaliczyć klapsa ale postawić na swoim niż posłuchać rodziców. Przypuszczam, że w przyszłości sprawi nam niejedną niespodziankę. Ma dobry słuch muzyczny, ale póki co jej talenty artystyczne skupiają się na polu poezji. Wymyśla bowiem moja młodsza dziecina upiorne nursery rhymes. Dwie próbki jej twórczości zamieszczam dziś ku uciesze Gości i Czytelników. Pierwsza, zaimprowizowana w drodze z przedszkola do domu, po przedszkolnym przedstawieniu z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka:


Posadzimy zaraz dziadka
Na fotelu elektrycznym…

oraz nucona niedawno podczas zabawy klockami Lego:

Raz dwa lewa
Raz dwa lewa
Idzie sobie zombi
I piosenkę śpiewa



.

niedziela, luty 01, 2009

La mer

.




Tak więc jestem znowu z moim starym przyjacielem morzem, jest ciągle nieskończone i piękne. Jest rzeczywiście naturalnym zjawiskiem, które może w najlepszy sposób służyć ludzkiej istocie. Jednakże otaczamy je niewystarczającym szacunkiem… Nie powinno się pozwalać na zanurzanie tych znużonych codziennością ciał, tych wszystkich ramion i nóg poruszających się w śmiesznym rytmie, co może tylko doprowadzić ryby do płaczu. W morzu powinny mieszkać tylko syreny, ale jak można by nakłonić te dystyngowane istoty, by wróciły do wód tylko po to, by znaleźć się w tak złym towarzystwie?

[napisał Claude Debussy do Jacquesa Duranda]

.