Mówi się nieraz o książkach „formacyjnych”, takich, które otworzyły komuś oczy na rzeczywistość, popchnęły w jakimś kierunku, wzbudziły intelektualny ferment, nie dawały spać i jeść itp. Dla mnie takimi książkami – choć dziś się z tego śmieję – były m.in. „Grek Zorba” Kazantzakisa i „Buszujący w zbożu” Salingera. Niektórzy mają też swoje formacyjne filmy. A jak jest z muzyką? Czy macie płyty, które określilibyście tym mianem? Nie muszą to być wasze ulubione płyty, ale takie, które skłoniły was kiedyś do muzycznych poszukiwań, uwrażliwiły na jakiś rodzaj muzyki, trąciły jakąś milczącą dotychczas strunę w duszy.
Poniżej zamieszczam swoją listę siedmiu takich płyt. Wszystkie są dziełem anglofonów, ale cóż robić, druga połowa zeszłego stulecia była czasem dominacji kultury ludów atlantyckich i fakt ten trudno zignorować.
Dlaczego właśnie siedem? A niby dlaczego nie? Liczba nieduża, więc selekcja musi być przemyślana, do tego jest to liczba pełni (wiadomo, siedem planet klasycznej kosmologii, siedem jako Trójca i cztery strony świata, dlatego w końcu mamy w oficjalnej teologii siedem sakramentów). Zatem siedem.
Do złożenia zeznań na temat swojej siódemki zapraszam
Panadantego,
Pat,
Szczepana,
Esthela i
Towarzysza Trokiera. Jeśli komuś taka zabawa nie leży niech da mi znać, mam jeszcze kolejne osoby, które chciałbym odpytać.
Genesis - Foxtrot, rok wyd. 1972 
Dzięki tej płycie przekonałem się, że kompozycje wykraczające poza formułę „trzy minuty w szybkim tempie z solówką w środku” mogą być nie tylko ciekawe, ale piękne i fascynujące. Oprócz słynnej „apokaliptycznej” suity Supper’s Ready jest na tym albumie pięć krótszych utworów, z których wyróżniłbym monumentalny, stworzony do otwierania koncertów Watcher Of The Skies i subtelny, nawiązujący miejscami do muzyki baroku Can-Utility And The Coastliners. Phil Collins w tamtym składzie Genesis tylko bębnił, ale jak!
Lou Reed - New York, rok wyd. 1989

Esencja gitarowego grania. Skład niby prościutki, dwie gitary, bas i bębny, ale ile muzyki potrafi wyczarować. Na tym ascetyczno-bogatym tle były lider The Velvet Underground śpiewa a raczej opowiada, bo wokal nigdy nie był mocną stroną Reeda, niewesołe historie z życia wielkiego amerykańskiego miasta. Ale podobne historie zdarzają się dziś wszędzie i dlatego „New York” Reeda bardziej pasuje do popularnego obecnie terminu „muzyka świata” niż składanki typu „Pieśni weselne z południowo-zachodniego Mali”, jakie pokrywają się dziś kurzem na półkach empików.
Bruce Springsteen - Darkness On The Edge Of Town, rok wyd. 1978

Kto chce się dowiedzieć, dlaczego ten muzyk nosi prostą ksywkę The Boss powinien posłuchać tej płyty, nagranej po trzyletniej przerwie po przełomowym i superpopularnym albumie „Born To Run” z 1975 roku. Jest szorstka, twarda i autentyczna, jak proza Chucka Palahniuka.
Dead Can Dance - Within The Realm Of Dying Sun, rok wyd. 1987

Kiedy usłyszałem tę płytę po raz pierwszy przeżyłem szok. Okazało się bowiem, że nikomu nie znani Pani z Australii i Pan z Nowej Zelandii tworzą sobie we dwójkę muzykę niepodobną do niczego, co wcześniej słyszałem. Ani to rock w stylu cold wave, ani muzyka kameralna, ani symfoniczna a jednocześnie wszystko to słychać na tym niezwykłym albumie. „W królestwie zachodzącego słońca” to płyta szlachetna i chłodna jak brylant zaś natchniona wokaliza Lisy Gerrard i następująca po niej partia oboju w utworze
Persephone: A Gathering Of Flowers mogą służyć za wzorzec tego, jak stworzyć muzykę dramatyczną w nastroju bez popadania w patos, pretensjonalność i stylistykę soundtracku.
King Crimson - Larks’ Tongues In Aspic, rok wyd. 1973

King Crimson od powstania w roku 1969 uchodził za zespół awangardowy, niestrudzenie wytyczający nowe kierunki w muzyce, zawsze o kilka kroków przed konkurencją. Opinia ta jest nie do końca słuszna, kto chce posłuchać naprawdę zakręconego awangardowego rocka niech sięgnie po płyty zapomnianego dziś Gentle Giant, ale odwagi i muzycznej wyobraźni Robertowi Frippowi i kolegom odmówić nie sposób. Larks’ został nagrany w doborowym składzie zaś piękny głos Johna Wettona udźwignął trudne do zaśpiewania ballady
Book Of Saturday i
Exiles. Jednak większość płyty to niezwykła muzyka instrumentalna na pograniczu klimatów typu „warszawskiej jesieni” i jazz-rocka. I w odróżnieniu od „warszawskiej jesieni” tego, co nagrali w 1973 roku Crimsoni, da się słuchać. Przynajmniej ja słucham od wielu lat. Larks’ to płyta ostra, chwilami niemal metalowa, w wielu miejscach zdradzająca fascynację dorobkiem jednego z nielicznych wielkich kompozytorów XX wieku, Beli Bartoka. Odkąd pamiętam, mam kłopoty ze słuchaniem tego albumu w domu. Kiedyś mama, dziś żona żądają abym natychmiast TO wyłączył. A przecież solówki na elektrycznych skrzypcach są takie fajne.
Tom Waits - Frank’s Wild Years, rok wyd. 1987

Zwariowany, genialny miks stylistyki niemieckiego kabaretu, jazzu granego w zadymionych piwnicach, klimatu podwórkowych orkiestr, miejskiego folku, pijackiego patosu (
well it was a train that took me away from here but a train can't bring me home) i subtelnej liryki.
I'll Be Gone czyli piosenka "z kogutem" należy dziś do ulubionych piosenek moich córek. Kilka piosenek z tej płyty udanie spolszczył i zaśpiewał Kazik Staszewski. „Dzikie lata Franka” to Waits w pigułce, dobra płyta do zaznajomienia się z dorobkiem tego największego żyjącego muzyka Ameryki.
The Doors - Absolutely Live, rok wyd. 1970
Płyta – ostrzeżenie i przynajmniej dla mnie znak końca długoletniego romansu z muzyką tej wielkiej kapeli. Od zawsze istniały dwa oblicza Doorsów, to wygładzone w studiu i koncertowe, chropowate i brutalne, niepodobne do niczego, co oferowały w tamtych czasach dzieci-kwiaty z Zachodniego Wybrzeża. Energia „drzwi” na scenie przebijała wszystkie wyczyny współczesnych metalowców będąc dowodem na to, że w pewnych sytuacjach granica między rockiem a szamanizmem zaciera się. Pełen rozpaczy okrzyk Jima Morrisona: "
you cannot petition the Lord with prayer" na początku suity
Celebration Of The Lizard stał się kiedyś dla mnie dzwonkiem alarmowym mówiącym „czas wracać z tej podróży”.
.