poniedziałek, marzec 16, 2009

Wypisy z "Filokalii": św. Marek Eremita

.


Niektórzy, choć nie spełniają przykazań, sądzą, że wierzą w sposób właściwy. Inni wprawdzie ich przestrzegają, lecz oczekują, że Królestwo Boże będzie im dane jak należna zapłata. Jedni i drudzy są daleko od prawdy.


Pan nie ma obowiązku wynagrodzenia sług. Kto jednak nie spełnia dobrze swych zadań, nie osiąga wolności.


Jeśli wszedłeś w kontakt ze złem, to nie mów: „Ono mnie nie pokona!” Skoro zetknąłeś się z nim, już zostałeś pokonany.

.


.

czwartek, marzec 12, 2009

La taranta

.

Czy chrześcijaństwo i pogaństwo są tylko i wyłącznie rywalami? Czy Ewangelia jest tylko realizacją mesjańskiej wiary Izraela czy również wypełnieniem najgłębszych oczekiwań i najlepszych intuicji pogańskich? Jak głęboka jest synteza przedchrześcijańskich obrzędów z kultem chrześcijańskim? Takie pytania lęgną mi się we łbie od dawna i być może zaowocują kiedyś jakimś dłuższym wpisem.

A na razie zapraszam na wygrzebany w Jutubie fascynujący film (zamieszczam link, bo embed jest wyłączony) poświęcony południowowłoskiemu zjawisku o nazwie la taranta, niezwykłej formie ludowego egzorcyzmu przywracającego zdrowie ludziom ukąszonym przez mitycznego złowrogiego pająka.

.

poniedziałek, marzec 09, 2009

Siedem

.


Mówi się nieraz o książkach „formacyjnych”, takich, które otworzyły komuś oczy na rzeczywistość, popchnęły w jakimś kierunku, wzbudziły intelektualny ferment, nie dawały spać i jeść itp. Dla mnie takimi książkami – choć dziś się z tego śmieję – były m.in. „Grek Zorba” Kazantzakisa i „Buszujący w zbożu” Salingera. Niektórzy mają też swoje formacyjne filmy. A jak jest z muzyką? Czy macie płyty, które określilibyście tym mianem? Nie muszą to być wasze ulubione płyty, ale takie, które skłoniły was kiedyś do muzycznych poszukiwań, uwrażliwiły na jakiś rodzaj muzyki, trąciły jakąś milczącą dotychczas strunę w duszy.

Poniżej zamieszczam swoją listę siedmiu takich płyt. Wszystkie są dziełem anglofonów, ale cóż robić, druga połowa zeszłego stulecia była czasem dominacji kultury ludów atlantyckich i fakt ten trudno zignorować.

Dlaczego właśnie siedem? A niby dlaczego nie? Liczba nieduża, więc selekcja musi być przemyślana, do tego jest to liczba pełni (wiadomo, siedem planet klasycznej kosmologii, siedem jako Trójca i cztery strony świata, dlatego w końcu mamy w oficjalnej teologii siedem sakramentów). Zatem siedem.

Do złożenia zeznań na temat swojej siódemki zapraszam Panadantego, Pat, Szczepana, Esthela i Towarzysza Trokiera. Jeśli komuś taka zabawa nie leży niech da mi znać, mam jeszcze kolejne osoby, które chciałbym odpytać.



Genesis - Foxtrot, rok wyd. 1972


Dzięki tej płycie przekonałem się, że kompozycje wykraczające poza formułę „trzy minuty w szybkim tempie z solówką w środku” mogą być nie tylko ciekawe, ale piękne i fascynujące. Oprócz słynnej „apokaliptycznej” suity Supper’s Ready jest na tym albumie pięć krótszych utworów, z których wyróżniłbym monumentalny, stworzony do otwierania koncertów Watcher Of The Skies i subtelny, nawiązujący miejscami do muzyki baroku Can-Utility And The Coastliners. Phil Collins w tamtym składzie Genesis tylko bębnił, ale jak!



Lou Reed - New York, rok wyd. 1989


Esencja gitarowego grania. Skład niby prościutki, dwie gitary, bas i bębny, ale ile muzyki potrafi wyczarować. Na tym ascetyczno-bogatym tle były lider The Velvet Underground śpiewa a raczej opowiada, bo wokal nigdy nie był mocną stroną Reeda, niewesołe historie z życia wielkiego amerykańskiego miasta. Ale podobne historie zdarzają się dziś wszędzie i dlatego „New York” Reeda bardziej pasuje do popularnego obecnie terminu „muzyka świata” niż składanki typu „Pieśni weselne z południowo-zachodniego Mali”, jakie pokrywają się dziś kurzem na półkach empików.


Bruce Springsteen - Darkness On The Edge Of Town, rok wyd. 1978




Kto chce się dowiedzieć, dlaczego ten muzyk nosi prostą ksywkę The Boss powinien posłuchać tej płyty, nagranej po trzyletniej przerwie po przełomowym i superpopularnym albumie „Born To Run” z 1975 roku. Jest szorstka, twarda i autentyczna, jak proza Chucka Palahniuka.







Dead Can Dance - Within The Realm Of Dying Sun, rok wyd. 1987

Kiedy usłyszałem tę płytę po raz pierwszy przeżyłem szok. Okazało się bowiem, że nikomu nie znani Pani z Australii i Pan z Nowej Zelandii tworzą sobie we dwójkę muzykę niepodobną do niczego, co wcześniej słyszałem. Ani to rock w stylu cold wave, ani muzyka kameralna, ani symfoniczna a jednocześnie wszystko to słychać na tym niezwykłym albumie. „W królestwie zachodzącego słońca” to płyta szlachetna i chłodna jak brylant zaś natchniona wokaliza Lisy Gerrard i następująca po niej partia oboju w utworze Persephone: A Gathering Of Flowers mogą służyć za wzorzec tego, jak stworzyć muzykę dramatyczną w nastroju bez popadania w patos, pretensjonalność i stylistykę soundtracku.



King Crimson - Larks’ Tongues In Aspic, rok wyd. 1973

King Crimson od powstania w roku 1969 uchodził za zespół awangardowy, niestrudzenie wytyczający nowe kierunki w muzyce, zawsze o kilka kroków przed konkurencją. Opinia ta jest nie do końca słuszna, kto chce posłuchać naprawdę zakręconego awangardowego rocka niech sięgnie po płyty zapomnianego dziś Gentle Giant, ale odwagi i muzycznej wyobraźni Robertowi Frippowi i kolegom odmówić nie sposób. Larks’ został nagrany w doborowym składzie zaś piękny głos Johna Wettona udźwignął trudne do zaśpiewania ballady Book Of Saturday i Exiles. Jednak większość płyty to niezwykła muzyka instrumentalna na pograniczu klimatów typu „warszawskiej jesieni” i jazz-rocka. I w odróżnieniu od „warszawskiej jesieni” tego, co nagrali w 1973 roku Crimsoni, da się słuchać. Przynajmniej ja słucham od wielu lat. Larks’ to płyta ostra, chwilami niemal metalowa, w wielu miejscach zdradzająca fascynację dorobkiem jednego z nielicznych wielkich kompozytorów XX wieku, Beli Bartoka. Odkąd pamiętam, mam kłopoty ze słuchaniem tego albumu w domu. Kiedyś mama, dziś żona żądają abym natychmiast TO wyłączył. A przecież solówki na elektrycznych skrzypcach są takie fajne.




Tom Waits - Frank’s Wild Years, rok wyd. 1987

Zwariowany, genialny miks stylistyki niemieckiego kabaretu, jazzu granego w zadymionych piwnicach, klimatu podwórkowych orkiestr, miejskiego folku, pijackiego patosu (well it was a train that took me away from here but a train can't bring me home) i subtelnej liryki. I'll Be Gone czyli piosenka "z kogutem" należy dziś do ulubionych piosenek moich córek. Kilka piosenek z tej płyty udanie spolszczył i zaśpiewał Kazik Staszewski. „Dzikie lata Franka” to Waits w pigułce, dobra płyta do zaznajomienia się z dorobkiem tego największego żyjącego muzyka Ameryki.






The Doors - Absolutely Live, rok wyd. 1970

Płyta – ostrzeżenie i przynajmniej dla mnie znak końca długoletniego romansu z muzyką tej wielkiej kapeli. Od zawsze istniały dwa oblicza Doorsów, to wygładzone w studiu i koncertowe, chropowate i brutalne, niepodobne do niczego, co oferowały w tamtych czasach dzieci-kwiaty z Zachodniego Wybrzeża. Energia „drzwi” na scenie przebijała wszystkie wyczyny współczesnych metalowców będąc dowodem na to, że w pewnych sytuacjach granica między rockiem a szamanizmem zaciera się. Pełen rozpaczy okrzyk Jima Morrisona: "you cannot petition the Lord with prayer" na początku suity Celebration Of The Lizard stał się kiedyś dla mnie dzwonkiem alarmowym mówiącym „czas wracać z tej podróży”.
.

środa, marzec 04, 2009

κύρα δασκάλα - św. Filotea z Aten

.

Wśród świętych, których wymienia dzisiejszy menologion (kalendarz liturgiczny) znajduje się mniszka-męczennica Filotea Ateńska, której poświęcony jest dzisiejszy wpis.

Przyszła mniszka Filotea urodziła się jako jedyne, późne dziecko w bogatej ateńskiej rodzinie Angelosa i Syrigi Venizelosów w roku 1522. Po matce w jej żyłach płynęła krew bazyleusów z rodu Paleologów. Nadano jej imię Revoula. W wieku 12 lat wydano ją za mąż za jednego z ateńskich arystokratów Andreasa Cheilasa. Kolejne trzy lata okazały się koszmarem. Mąż Revouli miał bowiem skłonności do sadyzmu i często zdarzało mu się znęcać nad swoją żoną-dzieckiem. Kiedy po trzech latach nagle zmarł, Revoula powróciła do rodzinnego domu, utwierdzona w przekonaniu, że towarzyszące jej od dzieciństwa pragnienie życia monastycznego jest słuszne. Mimo to kolejne dziesięć lat musiała spędzić w rodzinnym domu, pomagając matce w zarządzaniu wielkim domem. Dopiero w roku 1547, kiedy Angelos i Syriga zmarli, Revoula Venizelos mogła poświęcić się służbie Bogu. Pomógł jej w tym ogromny majątek odziedziczony po rodzicach. Wkrótce ufundowała w centrum Aten monaster p.w. św. Apostoła Andrzeja, którego igumenią (przełożoną), już jako mniszka Filotea, została. Z czasem pojawiły się mniejsze fundacje w okolicach miasta i na kilku położonych niedaleko Aten wyspach. Jednym z ulubionych miejsc Filotei był mały monaster we wsi Patesia. W jaskini położonej w pobliżu monasteru mniszka Filotea potrafiła spędzać w samotności tygodnie, modląc się i poszcząc. Jednak obowiązki przełożonej dużego monasteru, wymagającej prawie ciągłego pobytu w Atenach, nie pozwalały jej na żywot pustelniczy.

Budowa monasterów była pierwszym etapem dzieła św. Filotei. W dalszej kolejności powstały szpitale, domy opieki dla starców, którymi nie miał się kto zająć, sieć szkółek katechetycznych dla ateńskich dzieci – wtedy właśnie zaczęto nazywać świętą κύρα δασκάλα (Kira daskala, Panią Nauczycielką) - wreszcie przytułki dla ludzi, którzy musieli uciekać z greckiej prowincji nie chcąc przyjąć islamu i dla młodych kobiet, zagrożonych porwaniem do tureckich haremów.


W tym czasie reżim turecki w Attyce był stosunkowo łagodny (zapewne trafiali się jacyś umiarkowanie życzliwi, łasi na łapówki lub po prostu leniwi paszowie) więc działalność św. Filotei mogła przez kilkanaście rozwijać się bez większych przeszkód. Jednak z czasem Turcy zaczęli się niepokoić aktywnością niestrudzonej ateńskiej igumenii. Kilkakrotnie wtrącano ją do więzienia, bito i grożono śmiercią za to, że wykupuje kobiety z tureckiej niewoli. Do ostatecznej konfrontacji doszło pod koniec lat 80 szesnastego wieku, kiedy wśród otomańskich wielmożów zapanowała moda na zabieranie młodych mniszek do haremów. Igumenia Filotea nie ulękła się tureckich gróźb i kilkakrotnie stanowczo odmówiła spełnienia żądań paszów. Jakiś czas później, podczas nocnego czuwania w wigilię św. Dionizego do cerkwi ukochanego przez Filoteę monasteru w Patesii wdarła się banda Turków, którzy wywlekli na zewnątrz sędziwą igumenię i dotkliwie ją pobili. Kilka dni później, 19 lutego 1589 św. Filotea zmarła z powodu obrażeń, pozostawiając w smutku całe Ateny.

Konstantynopolitański patriarcha Mateusz II kanonizował ją w roku 1596, jednakże w obawie przed Turkami w akcie kanonizacyjnym nie nadano wtedy świętej tytułu „męczennicy”, lecz „sprawiedliwej”. Nienaruszone relikwie św. Filotei spoczywają obecnie w ateńskiej katedrze prawosławnej. Nieopodal, w bocznej uliczce stoi po dziś dzień monaster św. Andrzeja. Monaster w Patesii mieści obecnie mały szpital i hospicjum. Św. Filotea jest wraz ze św. Dionizym Areopagitą patronką greckiej stolicy.



.

wtorek, marzec 03, 2009

Cicha hekatomba współczesności

.

Kiedy rozpatrujemy wtargnięcie bólu w sferę rozrodczości, to nie wolno nam także zapominać o ataku na nienarodzonych, który bez wątpienia najwyraźniej obnaża bestialski charakter indywidualistycznej epoki. Duch wszakże, którego całkowity brak zdolności rozróżniania objawia się w pomyleniu wojny z mordem albo przestępstwa z chorobą, musi w walce o przestrzeń życiową wybrać t e n rodzaj zabijania, który jest najbezpieczniejszy i najnędzniejszy. Adwokaci widzą tylko cierpienia oskarżycieli, ale nie bezbronnych i milczących.


Z eseju Ernsta Jüngera O bólu (Literatura na świecie nr 9(182)/1986)

.

poniedziałek, marzec 02, 2009

Czas błogosławionych porażek

.


Może kiedyś napiszę, dlaczego na chrześcijańskim Wschodzie Wielki Post jest o dwa dni dłuższy i zaczyna się w poniedziałek, ale na razie krótki komunikat: Wielki Post uważam za rozpoczęty.

Patrząc wstecz stwierdzam, że wartość wszelkich wielkopostnych postanowień i wyrzeczeń jest w gruncie rzeczy niewielka. Najcenniejsze lekcje, jakie otrzymujemy w tym czasie biorą się właśnie z doznanych upadków, większych i mniejszych niedociągnięć, niedotrzymanych postanowień – moc w słabości się doskonali. Bowiem post jest zwyczajnie ciężki i pokazuje nam, że droga, którą usiłujemy albo nam się wydaje, że usiłujemy kroczyć, jest wąska, ciernista i wiedzie przez niegościnne terytorium Krainy Smoków (kto słuchał Armii, ten wie o co chodzi). Wszystkim Gościom i Czytelnikom życzę, żeby ten post przyniósł im przynajmniej jedna taką błogosławioną porażkę.

A na zachętę zawsze aktualne słowa św. Pawła:


A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe. Mocą bowiem łaski, jaka została mi dana, mówię każdemu z was: Niech nikt nie ma o sobie wyższego mniemania, niż należy, lecz niech sądzi o sobie trzeźwo - według miary, jaką Bóg każdemu w wierze wyznaczył.



.